Zatankowałem w porę. Został mi jeszcze kilometr do gabinetu, a o 9 miał przyjść do mnie ten emeryt z przewlekłymi zatokami. Cholera, myślę. Nie chce się udać na zabieg, bo boi się komplikacji. Nie chce brać leków, bo twierdzi, że joga mu pomaga. To po co, do kurwy nędzy, przychodzi do mnie? Szkoda mi chłopa, mógłby wyzdrowieć i wydać trzynastą emeryturę na wyjazd do Egiptu. Parkuję na Sowińskiego. Siedzę w gabinecie, popijam czarną kawę, bo od mleka mi skacze cukier.
– Dzień dobry- uśmiecha się, patrzy, jak przeglądam jego papiery
– Dobry. Długo się nie widzieliśmy, co?
– A, wie pan, z żoną pojechaliśmy (…)
– Do Egiptu?
– Do Lądka Zdroju !
No tak. Przecież musi mieć blisko do lekarza rodzinnego.
– I jak tam?
– A no, oddycha się lepiej, i z tym kolanem…
– Ja panu mówię. Od lekarza też trzeba odpocząć
Wymusiłem uśmiech. Nie dał się nabrać i posmutniał.
– Zdjąć koszulkę?
– Zdjąć.
Zdejmuje koszulkę. Skóra i kości. Oddech w normie, lekkie świsty. Nos lekko zatkany. A poza tym zdrów jak ryba.
– Zdrów jak ryba, panie, a już się bałem
– A pływać pan się uczył?
– A za dzieciaka się pływało, a teraz to co najwyżej raz do roku, jak żonie się zechce jechać do Kołobrzegu. Drze się na mnie – tylko nie płyń za boje, bo uduszę! No i nie płynę, bo babsko znerwicowane, jak na metr się od niej oddalę.
– A pan to też strachoputnik?
Poprosił o badania krwi, ,,na wszelki wypadek”; dałem mu hormony tarczycy, testosteron i coś jeszcze, czort wie co, i wyszedł, powtarzając to swoje ,,dziękuję, wszystkiego dobrego”.
Dopiłem kawę, szukam glukometru. Zaraz przyjdzie ta babka z cukrzycą.
– O, proszę pana, jakiś nowy
Ta. Kupiłem go z tydzień temu. Na niektórych pacjentów nie szkoda mi kasy. Nie ględzą, nie domagają się niepotrzebnych badań i dadzą człowiekowi odpocząć.
– A ta, Contour Plusy były w przecenie
– No a dawno pana nie widziałam. Wszystko w porządku, panie Skalski?
– Taak… – odpowiadam.
– Coś nie w sosie pan. Mogę zapytać co…?
– Wierzy mi pani, lekarz też człowiek. Pierdolę głupoty… Przepraszam za wyrażenie.
– Nie szkodzi, panie Marcinie, nie szkodzi. Taki pan młody, kulturalny człowiek, a w kolejce czasami trafią się takie sukin…syny, że nie powiem.
Niedługo stuknie mi czterdziestka. Dobra, jeszcze 5 lat. Może jeszcze młody, cholera wie. Podobno mam dobre geny.
Rozebrała się; pofałdowane ciało, zwisające piersi, opuchnięte pośladki. Jeszcze nie taka stara.
– A z dietą u pani?
– O, proszę pana, podjem sobie, nie powiem, z koleżankami…
Rozgadała się. Połowa wizyty na tym upłynęła. Zapomniała zabrać recepty, bo bardziej ciekawił ją nowy stetoskop.
Wracam do domu, biorę ciepły prysznic. Kaśka wyjmuje z lodówki piwo bezalkoholowe, bo ,,lekarzowi nie wypada pić”. Jak się pobraliśmy 6 lat temu, to nawet winko mi postawiła. Odgrzałem nam obiad, wstawiam czajnik.
– Co ty taki markotny?
– A, wiesz, ciągle to samo.
– To chyba dobrze. Wolałbyś, żeby przychodzili z rakiem trzustki?
– Jakby to był rak, to nie szliby na internę.
– Ty z tym twoim czarnym humorem. Czarny jak słoma, cholercia.
– Nie klnij przy dzieciach
– Ohoho, tatusiek się znalazł.
Obrzucamy się kurwami; szepczemy je sobie do ucha, całujemy się. Dzieci kłócą się w pokoju naprzeciwko. Kaśka nalewa nam kawy, dzieciakom też.
Kogo dzisiaj mamy?
– Proszę, zapraszam
– Dobry wieczór
– Dobry wieczór, proszę usiąść. Proszę.
– No to tak. Od dwóch miesięcy nie mogę spać. Boli mnie głowa, piję, niedawno rzuciłem palenie.
– Normalne. A o której godzinie zasypiasz? Możemy na ty?
– Tak, jasne
Hubert się skarży, ja spisuję objawy.
– Ty coś studiujesz?
– Tak, historię.
– A to skąd taka pasja?
– No trochę z gier, z filmów. No i z książek. Ale powiem panu, że to chyba nie to
– Mieliśmy przejść na ty, no ale, jak pan woli. A te pana studia, to jak pan studiuje, skoro ze snem niemrawo?
– No chodzę w kratkę. Nie, nie będę pana prosił o zwolnienie. Nie chcę, za przeproszeniem, zawracać panu głowy.
– W porządku. To tak jest, że się nie chce, ale jak już raz dasz sobie spokój, to potem się tak człowiek rozleniwi, że cholera wie, ile tak pociągnie.
– Myśli pan?
– Tak, tak mi się wydaje. Zrobi pan te testy i przyniesie mi wyniki. Dla świętego spokoju – podaję mu namiary – a tak z innej beczki, co pan czyta?
Wymienia jakieś smutne niemieckie książki, Huellbecka, Kotańskiego i paru innych.
– No z samego czytania to nie wyżyjesz.
– Z pisania też nie.
– No to wszystko jasne.
Zaśmiał się.
– Co jasne?
– No wiesz – tym razem przeszedł na ty – ślęczenie nad wordem w środku nocy raczej nie pomaga.
– No nie pomaga. Tylko młody, powiem ci, że jak się teraz wykończysz, to na starość nie będziesz miał siły, żeby pisać.
– A jak teraz nie napiszesz, to potem tym bardziej nie.
Pokiwałem głową. Rację miał. Poleciłem mu Celine’a, zapisuje sobie tytuł Podróży do kresu nocy i powoli zbieram manatki. Już ciemno jak w czarnej dupie, młody pewnie zdiagnozuje się prywatnie i niedługo wróci, a ta babka też za niedługo przyjdzie znowu przebadana.
Siedzę w pubie na rogu Matejki. Z kumplem, bo z żoną nie da rady wyjść. Ciągle kończy na lampce wina albo wciska mi te piwka zero, jakbym to ja miał coś z wątrobą. Stasiek bierze wątróbkę, lagera, a potem jeszcze jakieś jasne.
Popijam ipę, ciężko, myślę, ciężko; ale póki on nie zrzędzi, ja trzymam mordę w kubeł.
– Cisza. Cisza. Teraz na scenie wystąpi….
Jakaś Niemka gra na keyboardzie, ćpun w wieczorowej koszuli śpiewa
liebe herb, im Haar der Wind, wir vertreiben
– Najebał się – mamrocze Stasiek
– A tam, dobrze gra.
– To ona gra, on śpiewa.
– Ta?
Nie zauważyłem. Musiałem coś wypić wcześniej. Zamgliło mi się przed oczami i skoczyłem do kibla. Znowu byłem na nogach.
– Ścięło cię?
– Ty lepiej sobie przypomnij, jak przed Kaśką się zatoczyłeś. Pamiętasz?
Zaczerwienił się i siorbnął do dna, zagryza wątróbką. Patrzy mi prosto w gały.
– Ty to potrafisz wybrać moment.
– Kaśka, Kaśka.
– Co z nią?
– Bo ja wiem?
– Nie gadaj. Widziałem was razem.
– Bo to jedną brunetkę widziałeś w życiu?
– Niejedną.
– No, no. Już wiem, jak ty się uganiałeś za nimi. Zawsze mówiłeś – brunetki, szatynki. A jak jakaś blondyna cię zaczepiała, to ty nie. Nie, bo nie.
– Ty Skalski, kręcisz coś?
– Ja kręcę? To ty masz jakiś problem.
– Nie pierdol, stary. Widziałem cię z Kaśką. Bachora macie.
– Bachory.
– O, jeszcze lepiej
– Tobie, S., nikt dawno nie przyłożył?
– A no nie.
Wziąłem do ręki pusty kufel, Stasiek odsunął się ode mnie, jak bym miał mu zaraz przyłożyć, i idę do baru po coś mocniejszego. Wraca mu na twarz ten przygłupi uśmiech.
Mija z pół godziny, on ledwo się trzyma, hipster kończy swoje przyśpiewki, Niemka pochyla się nad ladą i zamawia drinka, Stasiek przystaje do niej. Do brunetki.
Dziewczyna daje mu numer telefonu, zostają razem jeszcze chwilę, ja wracam do domu.
– Otworzysz, kochanie?
– Ta, za chwilę
– No nie wierzę. Najebałeś się.
– Chuj z tym. Stary, tylko jedną noc.
– Co się dzieje?- przybiega Kaśka.
Śmieje się. Płacze. Jedno i drugie.
– Nie ma mowy
– Wpuść go. Założę się, że tobie też postawił.
Gapi się na mnie z wyrzutem; zamykam drzwi, biorę zjeba pod rękę i kładę na fotelu. Marta już śpi, Maciek siedzi u siebie w pokoju.
– Tylko, do kurwy nędzy, masz być cicho. Rozumiesz?
Rano włączam telewizję i szturcham Staśka. Już nie śpi. Leży jak zabity z otwartymi oczami.
– Brunetka?
– Ta.
– Ta, czy tak?
– Ta, i z nią tak samo.
– Dobrze, że nie tamta – dodaję, kiwając głową w stronę sypialni, gdzie jeszcze śpi Kasia – no, ubieraj się.
– Maciuś nie chcę widzieć, jakich tata ma kolegów, co?
– Jak cię Maciuś takiego zobaczy, to ci zasadz…
– Stasiek, co z tobą?
– Kasia? Kasia!
– Cicho bądź, ty…
– Chcesz herbaty albo coś innego do picia?
– Do picia? Ty siebie słyszysz?
– Na klina- uśmiecha się głupawo Kaśka.
– A mi to byś nigdy nie postawiła. Słuchaj: dzieciaki mają na dziesiątą do szkoły. Weź go odprowadź na taksówkę. Ja zapłacę za Bolta.
Zapomniałem pozamykać wolne terminy na wczoraj i na znanym lekarzu pojawiły się z trzy opinię w stylu Doktor ma w d… pacjentów. Nie polecam. Zawiodłam się, albo szkoda pieniędzy, lepiej poczekać te 4 godziny w kolejce na NFZ.
Przeliczam gotówkę. Na koncie też trochę mam. Przelewam kasę pacjentom, może wreszcie dadzą mi spokój.
Teraz będzie ostro. Obsługuję jednego po drugim. Wchodzi babka, przez chwilę narzeka, że to jej ostatni raz u mnie, a potem pierdoli coś o nowym glukometrze, pisarz-amator pokazuje mi cytat z Celine’a, a emeryt chyba naprawdę poszedł za moją radą i nie wrócił. Może oszczędza na ten Egipt.
Kaśka też nie wraca. Parkuję koło baru na rogu, niemiecka wokalistka sączy whisky. Moja kobieta udowadnia pijakowi, że z brunetkami też potrafi.
.
.

.

