proza współczesna, wydawnictwo, pismo literackie

Zbieg okoliczności (fragment)
Jakub Bartecki

Zapadał zmrok, gdy Jan B. szedł ulicą Nowowiejskiego i myślał o rzeczach ponadczasowych. Pożółkłe liście leżące na ulicy i trotuarze szarpał wiatr, a po niebie szybko sunęły ciemne chmury, przez co wieczór wydawał się być jeszcze bardziej ponury; świeżo włączone lampy miejskie budziły się do swej wieczornej służby.

Tuż obok, idąc w przeciwnym kierunku, minęła go kobieta w średnim wieku, opatulając się mocno kołnierzem swego płaszcza. „Zbliża się jakieś wyładowanie. Albo na widok tej kobiety poczułem chłód?” – pomyślał B.

Z czarnego nieba zaczęły spadać nieprawdopodobnie wielkie krople deszczu. Wyglądały zupełnie jak wodne bomby – woreczki z wodą, które kiedyś razem z bratem wyrzucali przez okno z czwartego piętra w Śmigus Dyngus pod nogi przechodniów.

Kolejne krople wybuchały przy zderzeniu z chodnikiem i ulicą, chlapiąc niemiłosiernie wszystko dookoła. Zaledwie kilkanaście sekund deszczu wystarczyło, żeby wszystko było kompletnie zalane. Wiatr wzmógł się i smagał niewidzialnym cepem po elewacji kamienicy ciągnącej się aż do skrzyżowania ulic Nowowiejskiego i Sobieskiego.  Jan B. przyspieszył kroku.

Stracił nadzieję, że zdąży wrócić do swojego mieszkania, nie będąc przemoczonym do suchej nitki. Postanowił uchronić się w pierwszym lepszym miejscu. Pośród kolejnych chwiejących się szyldów wzdłuż kamienicy zauważył nazwę „Szach Mat”, a pod logiem z szachownicą napis „OTWARTE”. Wszedł tam bez zastanowienia i otrzepawszy zmoknięte ubranie rozpiął kurtkę i rozejrzał się. Znalazł się w małym barze – jednej z lokalnych spelun, które znajdziemy w każdym mieście.

            Wewnątrz lokalu panował półmrok, co jest dość specyficzne dla miejsc tego typu. Poza długą ladą rozstawiono kilka okrągłych stołów i wiele drewnianych krzeseł; ciemnobrązowa boazeria nadawała ton kolorom mebli i posadzki. Cała klientela odwróciła się w stronę przybysza i z nieukrywaną nienawiścią śledziła każdy jego ruch. Na szczęście tylko przez moment, bowiem kiedy tylko poprosił barmana o kufel piwa, wszyscy wrócili do wcześniejszego zajęcia.

Okazało się, że siedzący przy jednym ze stołów starszy mężczyzna, nie zdjąwszy nawet kapelusza, opowiadał jakąś historię. B. odebrał od barmana zamówienie i w bezpiecznej odległości słuchał opowiadania starego.

            – Pod sklepem stała wielka kolejka, długa i szeroka, kolejka po zakazane owoce, po lepsze jutro… jak to w Święta, sklepy pozamykane… tego… ledwo już stałem, ale było trochę czasu, w tym sznurku pięknych ludzi, wesołych i spragnionych. Jakiś wariat z przodu powiedział ten żart o dziecku, który przeszedł do tyłu jak w tej zabawie w głupi telefon.

            – W głuchy telefon – poprawił ktoś.

– Jaki żart? – zapytał blondyn o tłustych włosach i czerwonej, nabrzmiałej twarzy.

Po barze poniósł się pomruk niezadowolenia. W pijanym towarzystwie każda iskra może doprowadzić do wybuchu, szamotaniny, trzaskania kufli i mordobicia.

            Stary łyknął z kufla i westchnął głęboko, jak wieszcz, którego ktoś wyprowadza z równowagi w trakcie rojenia wizji.

Po chwili wpatrywania się w blondyna rzekł:

– Dlaczego dziecko nie kupi w sklepie skrzynki wódki?

Blondyn nie odpowiadał, gorączkowo myślał, co sprawiło, że jego włosy wydawały się jeszcze bardziej tłuste i pozlepiane.

            – Bo nie uniesie – dokończył stary.

            Nikt z towarzystwa się jednak nie zaśmiał, a blondyn dostał od kogoś w pysk, co najwyraźniej ukontentowało starego, który podjął urwany wątek.

            – Stała tam też wytarta kobieta… ach… więc wszyscyśmy jak duży tłok poruszyli się w stronę lady i wreszcie, mieliśmy w swoich rękach upragnione marzenia. Wszyscy zostaliśmy przyjaciółmi na długie lata… Wróciłem za winkiel, ukręciłem łeb małpie – w tym momencie przekręcił zaciśniętymi dłoniami w przeciwne strony – i zrobiło mi się zimno, ale to zimno jak cholera. Nawet teraz jak o tym myślę, to mnie telepie. Dzisiaj już nie ma takich zim, dzisiaj można w grudniu w krótkich spodniach chodzić do sklepu, na spacer.

– Za komuny były takie zimy, w latach siedemdziesiątych i jak służyłem w wojsku na początku osiemdziesiątych – uporządkował szpakowaty mężczyzna w pogniecionej marynarce.

– Ale to nie było za komuny, to było niedawno – podjął stary i pogroził palcem. – Więc był mróz do szpiku kości… a jak stałem w tej kolejce, to widziałem, że ludzie powoli idą do kościoła na pasterkę, zbliżała się dwunasta, myślę, nie jestem przecież tak pijany, żeby nie pójść z nimi… ogrzeję się trochę…

– Przecież to w ogóle nie byłeś ty, Orzeł – wtrącił się ktoś z widowni.

– Nie ja? – zdziwił się.

– Od pasterki był Dasti.

– Hmm, jesteś pewny Miki? – zamyślił się stary zwany Orłem i zaczął nerwowo pocierać ręką swój kapelusz. – A wydawało mi się, że to byłem ja.

– Na pewno. Od tej wódy wszystko ci się już pierdoli do końca.

O dziwo stary nie wzburzył się na tak ostrą uwagę. Widać było, że czuje szacunek lub strach w stosunku do swojego rozmówcy. Zresztą, czy w pewnych okolicznościach to nie jedno i to samo?

– No dobrze – powiedział ulegle i zasępił się.

– A co to za historia z pasterką? – zapytał blondyn, wciąż rozmasowując sobie prawą połowę twarzy.

– Kto to w ogóle kurwa jest? – zapytał mężczyzna w marynarce. Po sali poniósł się szmer rozmów, wydawało się, że każdy w barze zadał to pytanie osobie stojącej najbliżej siebie i gdy wszystkie znaki zapytania skoncentrowały się na tych przetłuszczonych blond włosach, gdy barman zaczynał w myślach obliczać koszty strat, gdy w każdej głowie, w tym w głowie Jana B., pojawiła się myśl, że trzeba blondyna sprać po pysku jak należy, żeby się nauczył nie zadawać głupich pytań w obcym towarzystwie, w te słowa przemówił Miki:

– To mój bratanek Marcinek, nie ruszać go – syknął. – Tylko ja go mogę temperować – i zrazu wszyscy się uspokoili.

– Może zamiast tak kurwami rzucać, opowiesz mu bajeczkę na dobranoc, co? – podjął po chwili i spojrzał na szpakowatego w marynarce.

Prawdziwi twardziele znani są bowiem z tego, że najmocniejsze emocje i groźby zamykają w kwestiach pozornie łagodnych lub zgoła dziecięcych.

Szpakowaty westchnął. Zbierał myśli i trzeba przyznać, że chwilę to trwało. W międzyczasie opróżnił kufel i poprosił barmana o kolejny, a w zasadzie o dwa, bo opowieść miała być bardzo długa i wymagająca, lecz barman nie zgodził się.

– Masz już u mnie taką krechę, że nawet jednego ci nie powinienem dać – rzekł zza lady.

Wszyscy w sali zaczęli się niecierpliwić, co okazywali szuraniem butami, szeptami i innymi formami niezadowolenia. Ktoś nawet wpadł na pomysł, że huknie kuflem o stolik, żeby pogonić mężczyznę w marynarce i tak oto kilka osób, a każda coraz mocniej, waliła szkłem o blat. Bum, bum, bum.

            – To było kilka ładnych miesięcy temu – przemówił wreszcie szpakowaty. – Dasti wtedy jeszcze żył. Teraz mało osób go pamięta. Nikt nie wie, kim był naprawdę. Podobno jego matka straciła z nim kontakt już w ciąży, gdy robił fikołki w jej brzuchu. Ale czym się zajmował, z kim się przyjaźnił, tego nie wie nikt. Znano go jednak na całym osiedlu. Z okazyjnego pijaczka stał się graczem, wszedł do ekstraklasy. Niektórzy mówią, że każdy człowiek rodzi się z darem. Cóż… Dasti najwyraźniej stał w kolejce w monopolowym, gdy Bóg rozdawał ludziom ich talenty. Tyle w ramach wstępu – powiedział i wypił swój kufel na ex, po czym wymownie spojrzał na barmana. Ten jednak pozostawał niewzruszony. Machał głową na lewo i prawo.

            – Proszę mu nalać piwo, niech dokończy – polecił niespodziewanie Jan B. barmanowi, czym zaskarbił sobie sympatię szpakowatego i zaintrygował całe towarzystwo.

W tym sporcie, jak w każdym innym, ważne jest to, kto ma pieniądze – resztę da się załatwić. B. został tym samym zaliczony do towarzystwa. Dostał wilczy bilet lub dziką kartę. Miał kasę. Dotychczas obserwował opisaną powyżej scenę z bezpiecznej odległości, lecz teraz przysiadł się do pozostałych. Oczywiście został zlustrowany od stóp do głowy, przetrawiony w otrutych alkoholem żołądkach i chwilowo zaakceptowany.

Szpakowaty skinął głową swojemu darczyńcy, poczekał aż barman poda mu coś na zwilżenie ust i ciągnął dalej:

            – Po wigilii, objedzeni jak wieprze, zostawiliśmy nasze perły w domach i spotkaliśmy się jak zawsze, tam gdzie zawsze. W Mekkce. Godzina była jeszcze młoda, my byliśmy jeszcze piękni, więc sopaliśmy sobie za sklepem seteczki, rozmawiając o palących problemach świata, które nas nie dotyczą. Czas leciał nieubłaganie. My stawaliśmy się coraz mniej piękni. W końcu zaczęli nas mijać ludzie idący na pasterkę. I wtedy jeden z naszych został strącony z nieba. A może to było później?

            Jan B. słuchał historii zaniepokojony i zszokowany.

Nie bez kozery postawił przed chwilą piwo obcemu człowiekowi i wszedł do grona lokalnych moczymord. Historia z pasterką była mu bardzo dobrze znana, gdyż sam brał w niej udział. Co prawda na początku myślał, że się przesłyszał, ale gdy w kontekście pasterki padła ksywka „Dasti”, zorientował się, że chodzi o właśnie „tę” historię. „Tylko skąd obcy ludzie mogą ją znać?” – zastanawiał się chwilę, zanim rzucił się w towarzyską przepaść. „Przecież nikogo oprócz nas tam nie było. To jest… to nie do wiary… to nie może być” – powtarzał w kółko i coraz mocniej zanurzał się w konsternacji. Nie możemy się zresztą temu dziwić, wszak nie na co dzień obce towarzystwo rozmawia sobie swobodnie o losowym wydarzeniu z naszego życia.

Postanowił słuchać dalej.

– Więc staliśmy w kółku za sklepem w pięć osób, gdy nagle Maksiu wyciągnął się jak struna i zerzygał. Dobrze, że trochę na bok, bo byłby upaskudził świnia Franza. Śmialiśmy się jak jasna cholera.

B. nie wierzył własnym uszom, kolejne elementy j e g o historii wylatywały w powietrze jak obłąkane pociski.

            – Wtedy też, ni stąd, ni zowąd podszedł do nas Dasti, który akurat gdzieś przechodził – tu szpakowaty mrugnął wymownie okiem – i powiedział…

            – Też tak miałem – wtrącił się nagle B., intonując styl głosu Dastiego.

Całe towarzystwo spojrzało zdziwione na naszego bohatera.

– Właśnie miałem powiedzieć, stul pysk, młody – rzekł szpakowaty mężczyzna w marynarce.

W jego oczach B. zauważył płomień.

Nikt już oczywiście nie pamiętał, że to właśnie on zafundował reszcie dalszą część opowiadania.

– Co ty się w ogóle kurwa młody wtrącasz? – zapytał z nerwem Miki.

B. odwrócił się w jego stronę i zamarł. Miki sprawiał bowiem wrażenie człowieka gotowego na wszystko.

            – To jest moja historia, nasze wspomnienie, nie wiem, nie wiem skąd ten pan ją zna, ale nie było go wtedy z nami – odpowiedział dobrodusznie i szczerze nasz bohater.

            – Ja też to znam – powiedział ktoś z towarzystwa.

– Wszyscy to znamy – dodał ktoś inny.

            – Młody uważaj, bo gościnny występ zaraz skończy się nieprzyjemnościami – ostrzegł go barman, który chuchał i dmuchał na nastroje wszystkich swoich gości i najwyraźniej cieszył się dużym szacunkiem.

            Zatrzymajmy się na moment przy tym ciekawym człowieku.

Arnold Beck był właścicielem i barmanem lokalu „Szach Mat”. Ciężko było jednak stwierdzić ile ma lat[1]. Był to człowiek od zawsze wierny przede wszystkim samemu sobie i swoim interesom – dlatego też potrafił utrzymać się na rynku tyle lat. Oczywiście nie bez pewnych kłopotów.

Na jego twarzy widoczne były wszystkie ważniejsze momenty, które wydarzyły się w Polsce odkąd otworzył swój bar w połowie lat 70. Na przykład pierwsza wizyta Jana Pawła II w kraju widniała w postaci długiej blizny, ciągnącej się od prawego oka aż po szczękę. Zawdzięczał ją jakiemuś losowemu pielgrzymowi z kraju, który zaplątał się niepotrzebnie w dzień wizyty papieża Polaka w „Szachu” i rozpętał prawdziwą awanturę kilkoma niepoprawnymi politycznie zdaniami, które skończyły się tłuczeniem szkła i ogólną szamotaniną. Wtedy też Beck otrzymał piekielnie mocne uderzenie kuflem z hartowanego szkła, a jego twarz rozstąpiła się we wspomnianym wyżej miejscu jak Morze Czerwone przed Mojżeszem. Właściciel „Szacha” ledwo wtedy uszedł z życiem, a zawdzięczał to znajomościom i romansowi z lokalnymi dygnitarzami ówczesnej władzy, bez którego nie byłby wstanie administrować żadnego lokalu, a w ramach którego prowadził niezobowiązującą obserwację klientów i pozwalał różnym szarym eminencjom folgować sobie w barze, ile dusza zapragnie.

Skrzywiony nos Arnolda Becka, o czym mało osób wie, był związany z udanym strajkiem miejscowej „Solidarności” w klubie Ikar. Efektem tego strajku były zmiana prezydenta miasta, odwołanie wojewody oraz krzywda kilkunastu przypadkowych osób, które podejrzewano o współpracę ze strajkującymi lub prewencyjnie upominano na przyszłość, żeby nie zapomniały, po której stronie barykady się znajdują.

Na twarzy Becka odbite były również inne ślady historii naszego kraju: wygrana Wałęsy w wyborach prezydenckich – blizna nad lewym uchem, srebro piłkarzy na Olimpiadzie w Barcelonie – biała drabinka po szwach na czole nad lewą brwią, wstąpienie Rzeczpospolitej do NATO – wycięta kępa włosów przy prawym uchu, i tak dalej, i dalej.

Jednym słowem – twarz Arnolda Becka była swoistą mapą po historii Polski od połowy lat 70. ubiegłego wieku, dlatego też jego opinie i zdania, które wypowiadał, cieszyły się wielkim zainteresowaniem i szacunkiem. Nie sposób było lekceważyć tego człowieka w jego barze, o czym wiedzieli wszyscy.

            Wracając jednak do wydarzeń w „Szachu”.

Jan B. od razu zauważył, że popełnił błąd.

Być może to była jego historia, jego wspomnienie, być może obcy ludzie okradali go z tego przykrego przeżycia, ale nic nie usprawiedliwiało go z przerywania szpakowatemu, gdy ten opowiadał. Przecież czasami po prostu trzeba siedzieć cicho. A już zwłaszcza w towarzystwach tego typu, które są bardzo wyczulone na swoisty savoir vivre nowych. Gdy się wchodzi do grupy pijaków, trzeba pamiętać, że jest się obserwowanym z każdej strony. Nigdy nie wiadomo, z kim przyszło nam obcować. Wszak niektórzy, ci bardziej skorzy do szukania zaczepki, tylko czekają na jakieś potknięcie nowego; na jakieś niestosowne słowo czy gest.

W niektórych kręgach niepotrzebnie wypowiedziany wyraz potrafi zwrócić uwagę na niestosowny ubiór, który od samego wejścia do baru nie przypadł komuś do gustu. Wtedy ta osoba – najczęściej o wąskich horyzontach, lecz szerokich barkach, często z bogatą kartoteką lub okrutną famą w kręgu – może się na tym wyrazie zaczepić i przez resztę wieczoru znęcać się nad nowoprzybyłym, który w końcu nie wytrzymuje narzuconej presji i albo rzuca się w szpony nienawiści, albo po stoicku wymyka się z lokalu pośród słów i znika na zawsze.

            – Coś takiego zdarzyło mi się pierwszy raz w życiu – powiedział B., ale towarzystwo nie było tym usatysfakcjonowane. Napięcie zaczynało rosnąć.

            – Przepraszam, ja nie wiem… – dodał po chwili, nerwowo się rozglądając.

Był to jego drugi wielki błąd tego wieczoru.

W środowisku podchmielonych twardzieli również trzeba być twardzielem. Publiczne przeprosiny, skierowane w bliżej nieokreślonym kierunku, mogły zdziałać tylko jedno – podgrzać atmosferę.

Pomruk nienawistnego niezadowolenia wypełnił pomieszczenie. Mężczyźni zaczęli rozglądać się z groźnymi minami.

            – Małe zagubione dzieciątko – rzekł groźnie Miki.

Jakże kontrastowało to miłe zdanko z pogardą, z jaką zostało wypowiedziane. Głos bandziora przybrał barwę rdzy; jego dźwięk był mieszaniną pisku, piekielnego skomlenia grzeszników i zapowiedź przyszłego cierpienia odbiorcy tych słów.

            – A może tak, droga paniusia, ma ochotę zacisnąć piąstki? – dodał złowieszczo.

Wszyscy wokoło, włącznie z barmanem, przełknęli ślinę. Niektórzy w pomieszczeniu odruchowo zasłonili się przed nadchodzącym ciosem.

B. zaczął wycofywać się w stronę wyjścia.

Miki machnął ręką, przywołując swoich kompanów i od razu wszyscy zaczęli zbliżać się w kierunku naszego bohatera.

– Kici, kici… kici, kici – złowieszczo przywoływali B. jak złapanego w ślepy zaułek bezbronnego kota.

W jego głowie była jednak zupełna pustka. Oczekiwał, aż przed oczami przelecą mu jakiekolwiek ważniejsze wspomnienia z życia. Czekał na jakiś wstrząs, lecz nic takiego nie przychodziło. W końcu, po kilku sekundach trwających całą wieczność, dopadł do drzwi.

Gdy je otworzył, wiatr wdarł się do baru i przeleciał po wnętrzu jak diabeł tasmański z bajek Disneya. Na ulicę Nowowiejskiego wciąż spadały niewyobrażalnie wielkie krople deszczu. Woda rwącym potokiem płynęła wzdłuż chodnika i ulicy. Z wartkiego strumyczka pędzącego wzdłuż trotuaru oderwała się nitka brudnego deszczu, który wpłynął do „Szacha”.

Nasz bohater trzymał klamkę i przyjął na siebie pierwszą falę uderzenia wiatru i wody. To jednak nie zatrzymało Mikiego i kompanów, którzy byli o trzy kroki od B., gdy ten, odruchowo, w bliżej nieokreślony i niemożliwy wręcz sposób, złapał jedną z wielkich kropel i cisnął nią w twarz swojego niedoszłego kata.

Rozerwana kropla chlusnęła na twarzy bandziora z wielką siłą, tak że jego sylwetka odchyliła się znacząco, a sam Miki musiał skorzystać z kilku osób idących za nim, bo byłby stracił równowagę.

W ten sposób wodna bomba z dzieciństwa uratowała życie Janowi B., który wykorzystał tę chwilę i uciekł w kierunku torowiska przy alei Wolności.

.

[1] Podobno nawet w oficjalnych dokumentach ta – jak i wiele innych – podstawowa informacja była objęta klauzulą „ściśle tajne”.

.

.

proza współczesna, wydawnictwo, pismo literackie

.

Jakub Bartecki (ur. 1992r. w Częstochowie) – absolwent Uniwersytetu Wrocławskiego, miłośnik czeskiego piwa i soczystej literatury. W wolnym czasie egzystencjalista amator, poszukujący sensu istnienia. W zajętym czasie gaduła i wybitny słuchacz. Obecnie mieszkający w Rudzie Śląskiej. W 2024 ukazał się jego debiutancki zbiór opowiadań pod tytułem „Czeski leżak”.

PODZIEL SIĘ