Wieczorem na statku ogłosiliśmy kolejny poziom ograniczeń według instrukcji głównego klienta i mojego biura w Dubaju. Zapewne spędzili cały dzień, intensywnie myśląc, jak uprzykrzyć nam życie.
Zamknięto siłownię.
Zamknięto kino.
Ograniczono mesę.
Podzielono załogę na grupy. Ludzie zaczęli jeść o różnych godzinach. Mijali się jak obcy. Nawet śmiech gdzieś zniknął, a statek przypominał coraz bardziej szpital polowy lub więzienie.
Nie wiedziałem już, które porównanie jest trafniejsze.
W nocy nie mogłem spać.
Znowu.
Leżałem w kabinie i patrzyłem w sufit. Silniki mruczały gdzieś głęboko pod nami.
Stary znajomy dźwięk.
Normalnie uspokajający, tym razem nie pomagał. Myślałem o rodzinie.
O Anicie.
O dzieciach.
O tym, że od tygodni słyszą w telewizji o jakimś statku u wybrzeży Libii. O epidemii i kwarantannie i problemach.
I wiedzą, że jestem tu sam.
Telefon zawibrował.
Wiadomość od żony.
Tylko jedno zdanie.
“Wróć do nas”.
Patrzyłem na ekran bardzo długo. Nie dlatego, że nie wiedziałem, co odpisać. Tylko dlatego, że pierwszy raz od miesięcy nie wiedziałem, czy potrafię dotrzymać tej obietnicy.
Nad ranem dostaliśmy kolejną wiadomość z Trypolisu.
Agent.
Port Health.
Sanitary Authority.
Jeszcze kilka nowych pieczątek do kolekcji. Statek miał zostać skierowany na specjalne kotwicowisko oczekujące.
Dalsza obserwacja.
Dalsza kontrola.
Dalsze decyzje.
Czyli innymi słowy:
Jeszcze nie koniec.
Jeszcze nawet nie blisko końca. Spojrzałem na mapę. Trypolis był już przed dziobem.
W oddali.
Ale był.
Upragniony ląd.
Cywilizacja i pomoc.
A przynajmniej jej obietnica.
Morze nauczyło mnie jednej rzeczy. Najbardziej niebezpieczne są sytuacje, kiedy człowiek zaczyna wierzyć, że najgorsze już minęło, a wtedy właśnie najczęściej dostaje kolejny cios.
A ja miałem bardzo nieprzyjemne przeczucie, że ten jeszcze nadchodzi.
W mojej głowie narodziła się pewna myśl, jeżeli przez kilka dni z rzędu wszystko idzie źle, to człowiek zaczyna przyzwyczajać się do katastrof. Przestaje go zaskakiwać pożar lub sztorm.
To niebezpieczny moment, bo wtedy zaczyna wierzyć, że widział już wszystko.
A morze nienawidzi ludzi, którzy myślą, że widzieli już wszystko.
Tripoli Anchorage.
Kotwicowisko przed portem.
.
ROZDZIAŁ XXIX — Zmęczenie.
.
Następnego dnia rano zobaczyliśmy ląd z bliska.
Brudnoszary.
Rozmyty przez pył unoszący się nad wybrzeżem. Libia nigdy nie wyglądała jak pocztówka. Była jak stary bokser po piętnastu rundach.
Poraniona i zmęczona.
Ale dalej stojąca na nogach. Na radarze pojawiały się kolejne jednostki.
Tankowce.
Holowniki.
Małe statki zaopatrzeniowe.
Kilka jednostek wojskowych.
Wszyscy gdzieś czekali.
Na dokument.
Na zgodę.
Na pieniądze.
Na paliwo.
My czekaliśmy na cud.
O dziewiątej rano zarzuciliśmy kotwicę.
Po kilku tygodniach ciągłego napięcia sam odgłos wypadającego łańcucha był przyjemny. Kotwica zawsze dawała pewne poczucie bezpieczeństwa. Nieważne czy było to prawdą, czy nie. Ludzie lubią symbole, a kotwica była jednym z nich.
Nie minęła godzina.
Przyszła pierwsza wiadomość od agenta.
Port Health Authority boarded another vessel yesterday.
Fourteen new cases.
Possible quarantine extension.
Spojrzałem na maila.
Potem na kawę.
Potem znowu na maila.
Kawa wyglądała zdecydowanie bardziej przyjaźnie.
Po południu przyjechała pierwsza łódź pilotowa.
Niestety jeszcze nie po nas.
Do sąsiedniego tankowca, ale wszyscy wyszli na pokład i patrzyli.
To był już ten etap izolacji. Człowiek cieszył się na widok kogokolwiek nowego.
Nawet urzędnika.
Nawet celnika.
Nawet człowieka, którego normalnie przeklinałby przez radio.
Chorzy nadal przybywali.
Powoli.
Ale regularnie.
Jak przypływ.
Nie było już gwałtownych skoków.
Nie było eksplozji nowych przypadków.
Było coś gorszego.
Stały wzrost.
Jeden.
Potem dwóch.
Potem kolejnych trzech.
Doktor przestał nawet wyglądać na zaskoczonego. Po prostu aktualizował listę.
Nazwisko.
Kabina.
Temperatura.
Objawy.
Kolejne nazwisko.
Kolejna kabina.
Kolejny człowiek.
Wieczorem spotkałem Carlosa. Siedział sam na rufie i patrzył na światła miasta.
Nie pił.
Co już samo w sobie było alarmujące.
— Everything okay?
Zapytałem.
— No.
Odparł.
— Honest answer?
— Honest answer.
Pokiwał głową.
— I am tired, Captain.
Bardzo proste zdanie.
Ale chyba najuczciwsze, jakie usłyszałem od miesięcy.
Nie:
„Everything under control.”
Nie:
„We manage.”
Nie:
„No problem.”
Po prostu:
Jestem zmęczony.
Po chwili dodał:
— Everybody thinks offshore people are strong.
— We are.
— No.
We are just tired for longer.
To było tak dobre, że przez chwilę nic nie odpowiedziałem.
Bo miał rację.
Marynarze nie byli silniejsi od innych ludzi.
Po prostu mieli więcej okazji, żeby nauczyć się funkcjonować zmęczeni.
.
.
.

.
Artur Sakowski – Kapitan żeglugi wielkiej (Master Mariner), oficer dynamicznego pozycjonowania (DPO Unlimited) oraz menedżer morski z ponad piętnastoletnim doświadczeniem w branży offshore. Obecnie pracuje na jednostkach specjalistycznych operujących na Morzu Północnym, Morzu Śródziemnym, Atlantyku oraz u wybrzeży Afryki, uczestnicząc w międzynarodowych projektach związanych z przemysłem offshore oil & gas oraz energetyką wiatrową.
Na co dzień zarządza wieloosobowymi załogami i odpowiada za bezpieczeństwo ludzi pracujących setki kilometrów od lądu. Doświadczenia zdobyte podczas wielomiesięcznych kontraktów na morzu, obserwacja ludzkich charakterów oraz życie pomiędzy rodziną a światem offshore stały się inspiracją dla jego twórczości literackiej.
Jest mężem i ojcem. W swoich tekstach sięga po tematy samotności, odpowiedzialności, zmęczenia, rozłąki oraz ceny, jaką ludzie płacą za życie i pracę z dala od domu.
Hotel z Horroru jest jego debiutancką powieścią – historią inspirowaną prawdziwymi wydarzeniami i doświadczeniami ludzi żyjących pomiędzy morzem, samotnością, odpowiedzialnością i niekończącą się rotacją offshore.
.
.

.
.

