Ostatni raz widziałem go z profilu. Andrzej Zamojski

Bowie i kameleony właściwe
Karol Płatek  

Andrzej Zamojski, Ostatni raz widziałem go z profilu, Wydawnictwo J, Wrocław 2025, s. 208.

.

Już samo to, że o debiutanckiej powieści Andrzeja Zamojskiego bardzo trudno mówi i pisze się bez zdradzania kluczowych (i atrakcyjnych) elementów konstrukcyjnych, jest jej ogromnym plusem. Bo oto mamy książkę, w której obcować możemy z żywym, wielowarstwowym i – last but not least – zwyczajnie ciekawym światem. Światem przemyślanym, wykoncypowanym, zbudowanym na licznych odniesieniach do autentycznych postaci i wydarzeń. Brzmi ogólnikowo, ale to cena za niezdradzanie szczegółów; za niepsucie czytelniczej zabawy.

            Gdy podkreślam, na pierwszy rzut oka krańcowo banalną, kategorię „ciekawości” utworu Zamojskiego, mam na myśli przede wszystkim śmiałość autora w czerpaniu z różnych – powiedzmy – obszarów poznawczych. Sam jestem (niewstydzącym się tego) dużym zwolennikiem prozy z kategorii „narrator chodzi i myśli”; tej, którą od czasu do czasu nazywa się wysoko artystyczną. Każdy intuicyjnie rozumie, o co chodzi: niedopowiedzenia, brak wyraźnych konturów, pamięć, tożsamość, traumy rodzinne, tzw. praca w języku. Ten zbiór haseł wywoławczych. Czasem jednak zachciewa się czegoś innego. Jeśli nie bardziej „epickiego”, to na pewno – czegoś konceptualnie silniej zarysowanego, czegoś umiejętnie podczepiającego się pod to, co za oknem. Nie chcę przez to powiedzieć, że powieść Zamojskiego nie jest „artystyczna”, bynajmniej. Cieszy natomiast solidnym konkretem, namacalnością poszczególnych materiałów, odważnym mieszaniem faktów i nieskrępowanej fantazji, wyjściem poza najbardziej zgrany zestaw tematów i chwytów.

            Ostatni raz widziałem go z profilu to opowieść o grupie artystów i intelektualistów (albo szerzej: ludzi sukcesu – i to gigantycznego), których łączy umiłowanie do anonimowości, a w każdym razie do ukrywania się w cieniu własnych osiągnięć. Ludzi – zwłaszcza tych zajmujących się działalnością artystyczną – można z grubsza podzielić na tych, którzy wolą być, i tych skupiających się na robieniu. Jak każdy nibyafortystyczny podział i ta kategoryzacja rozpadłaby się, gdyby się jej lepiej przyjrzeć, ale jeśli na chwilę przyjmiemy ją za dobrą monetę, to z łatwością stwierdzimy, że książka Zamojskiego jest o tych drugich. O tych, którzy faktyczną działalność artystyczną stawiają dużo wyżej niż brylowanie czy ciągły autoerotyczny masaż ego. Podstawowa zabawa w czasie lektury polega na rozpoznaniu, o jakiej autentycznej tajemniczej postaci w danej chwili mowa; którą z wielkich gwiazd pielęgnujących swoją prywatność Zamojski postanowił zwerbować do gry w miksowanie faktów i zmyśleń. Gdybym myślał, że jest to książka niewarta zachodu, zdradziłbym wszystkie szczegóły bez zawahania; ale że Ostatni raz widziałem go z profilu to rzecz pod wieloma względami intrygująca i artystycznie satysfakcjonująca – nie puszczę farby. Chociaż – uczciwość każe podkreślić ten fakt – nie są to wielkie kalambury. W kolejnych partiach powieści poznajemy postacie tak charakterystyczne (mimo wizerunkowej elipsy, a może właśnie dzięki niej), że zorientować się można we wszystkim bardzo szybko. Legenda street artu zaangażowanego politycznie pochodząca z Bristolu? Nikt raczej nie spudłuje. Genialny pisarz, amerykański postmodernista, którego ostatnie potwierdzone zdjęcie pochodzi sprzed kilkudziesięciu lat? No pewnie.

            Ten wymyślony klub ekstremalnie dyskretnych spotyka się co kilka lat – właściwie nie do końca wiadomo po co. By omówić nowe strategie walki o anonimowość? Wymienić się doświadczeniami? Inspirować się wzajemnie? A może zwyczajnie – by raz na jakiś czas, mimo wszystko, dać upust potrzebie widoczności (choćby miała to być widoczność ograniczona do jednego wieczora, do jednego tylko nowojorskiego mieszkania, w którym odbywa się ten dziwaczny spęd)? By wśród podobnych sobie fetować tę trwającą od lat zgrywę? Kto wie, może wszystko po trochu. Całą tę awanturę zapoczątkował przed laty niejaki Thomas Newton, androgeniczny, pozaczasowy (bo niestarzejący się) oryginał, który co pewien czas pojawia się na drodze naszych bohaterów (i jednej bohaterki) i organizuje następne edycje prestiżowego zlotu.

Thomas pełni w powieści funkcję – chyba można zaryzykować takie stwierdzenie – metafizyczną. Jest ucieleśnieniem tajemnicy, a może – personifikacją sztuki jako takiej. O ile tożsamości reszty postaci nie będę obnażał, o tyle przy Thomasie nie mogę sobie darować (ale jest on bohaterem innej kategorii, więc może będzie mi wybaczone). Thomas Newton przywędrował do książki Zamojskiego z filmu Człowiek, który spadł na ziemię Nicolasa Roega z 1976, na podstawie powieści SF Waltera Tevisa. Thomasa, czyli kosmitę poszukującego na naszej planecie wody dla swojej wymierającej cywilizacji, zagrał David Bowie. I to chyba on jest dla Zamojskiego ważniejszy niż intertekstualna gra między filmem Roega a własną powieścią. Wybrać akurat Bowiego na opiekuna/herszta artystów pragnących żyć w cieniu – ciekawy gest, przewrotny. Skrótowa i powierzchowna dziennikarska formuła brzmiała przed laty tak: David Bowie to istny kameleon, potrafiący zmieniać się jak na zawołanie. Kłam tej formule zadał sam zainteresowany; autor Low miał kiedyś powiedzieć, że takie postawienie sprawy to kompletne nieporozumienie. Kameleony specjalizują się przecież w upodabnianiu do tła – a on nigdy tak nie chciał. Każda jego kolejna mutacja była ćwiczeniem z jaskrawości; z negowania norm. Dlaczego więc to właśnie Thomasa-Bowiego Zamojski uczynił patronem, powiedzmy, kameleonów właściwych? Odpowiedzi może być kilka, ja lubię myśleć, że to pokrętny hołd złożony Bowiemu. Ukłon w stronę jego sztuki, która – po latach widać to jeszcze wyraźniej – broni się nawet oderwana przez upływający czas od pierwotnych wcieleniowo-kostiumowych kontekstów.

Gdy na początku podkreślałem to, że w powieści Zamojskiego wielką frajdę daje obcowanie z konkretami, chodziło mi przede wszystkim o to, że ten debiutujący prozaik nie boi się wyjść poza pole najbardziej automatycznych odniesień „literackich”. Wydaje się, że interesuje go wszystko. Do swojej opowieści wpuszcza długie passusy na temat najambitniejszej i najdroższej gastronomii (i jakimś cudem udaje mu się przy tym uniknąć dętego snobizmu), funkcjonowania instytucji zajmujących się sztuką wizualną czy (po)nowoczesnych form globalnego obiegu pieniędzy w postaci operacji kryptowalutowych. Wszystkie te elementy mają swoje fabularne uzasadnienie, nie są jedynie garścią ciekawostek dorzuconą bonusowo. Te płaszczyzny sumują się, dając nam koniec końców pogłębiony i atrakcyjny obraz grupy wyjątkowych postaci, których Zamojski rekrutował do swojej bandy.

Najbardziej podoba mi się w tej książce to, że mimo mnogości postaci, kontekstów, dekoracji – ani przez moment nie miałem wrażenia pospiesznego skakania po wątkach czy miejscach akcji. Ostatni raz widziałem go z profilu to powieść niewielkich rozmiarów, która mimo to mieści w sobie przynajmniej kilka różnych tonacji. Chodzę tutaj fabularnymi opłotkami, wiem, ale to tylko dlatego – powtórzę – żeby nie odbierać szansy na dobrą zabawę. Pragnę jednak podkreślić mnogość pomysłów i zakrętów, które są w tej książce obecne. Bo mamy tu i napięcia rodzinne, i smugę cienia, i układanie się ze śmiercią bliskiej osoby, i zakochanie w wieku mocno dojrzałym, i nawet quasiszpiegowską intrygę z Noblem w tle. A przede wszystkim – mamy porządnie zaprojektowaną powieść, w której czuć świeżą energię i obietnicę kolejnych chwytliwych pomysłów.

.

.

Pierwodruk recenzji ukazał się w czerwcowym numerze Odry. Dziękujemy redakcji i autorowi za zgodę na przedruk.

.

.

Andrzej Zamojski Ostatni raz widziałem go z profil
fot. Róża Bierut wydawnictwo j

.

Ostatni raz widziałem go z profilu można kupić tu: https://business.allegro.pl/oferta/andrzej-zamojski-ostatni-raz-widzialem-go-z-profilu-18193394214

.

.

krytyka literacka, proza polska

.

Karol Płatek (ur. 1992) – redaktor, recenzent, poeta. Teksty krytycznoliterackie publikował m.in. w „Lampie”, „Twórczości”, „Nowych Książkach”, „Zeszytach Literackich”, „Fabulariach”, „Odrze”, a poetyckie – m.in. w „Afroncie”, „Helikopterze”, „8 Arkuszu Odry”, „Notatniku Literackim”. W 2023 roku dla Fundacji Ośrodka KARTA przygotował wybór tekstów Ksawerego Pruszyńskiego pod tytułem Narrator rzeczywistości. Autoportret odczytany. W 2024 roku, dzięki wygranej w I Ogólnopolskim Konkursie na Książkę Poetycką FONT, zadebiutował zbiorem wierszy pod tytułem Powolne ruchy roślin, który został nominowany do Nagrody Silesius w kategorii debiut.

PODZIEL SIĘ