Dramat współczesny

Być rozczarowanym to nie znaczy być wypalonym
Z Karolem Maliszewskim o „Grochem o ścianę” rozmawia Rafał Różewicz

 

Rafał Różewicz: Wiersze – w tym wiersze dla dzieci – powieści, książki krytycznoliterackie, baśnie i legendy, przekłady… A teraz przyszedł czas na zbiór dramatów. Jakbyś za każdym razem chciał sprawdzić się w nowej formie i coś udowodnić. Pytanie tylko: czy po kilkudziesięciu latach pracy twórczej potrzebujesz jeszcze coś udowadniać środowisku literackiemu?

Karol Maliszewski: Jeśli pytasz o stałą ambicję udowadniania czegoś, zaświadczania obecności, to powiem krótko: już mi przeszło. To, co obserwujemy, to krajobraz po bitwie – coś tam sobie na luzie pisuję. Trzeba było jakoś przeżyć pandemię, wyjątkowo niszczące, wręcz toksyczne, rządy PiS-u, wybuch wojny w Ukrainie, była jakaś niesamowita potrzeba psychiczna. Wtedy pojawiły się sytuacje i dialogi, w tych „narodowych skeczach” znalazłem ratunek. Nie było w tym żadnego rachunku, literackiej przebiegłości, nastąpił wybuch i tyle. Teraz znowu piszę wiersze i wróciłem do prozy. Jeśli masz ADHD, to długo nie wytrzymujesz przy jednej formie, drugą ręką zaczynasz pisać coś innego. Pisanie to walka z nudą, z samym sobą (nudzącym się i nudnym), to nie kwestia udowadniania czegoś.

RR: Przyznam, że imponuje mi twoja umiejętność odnajdywania się w różnych gatunkach i rejestrach. Dlaczego więc książkowo debiutujesz dramatami dopiero teraz? Co takiego się stało, że – „na stare lata” – otrzymujemy Maliszewskiego-dramaturga?

KM: Ta dramaturgiczna erupcja była czymś jednorazowym. Traf chciał, że jedną ze sztuk wysłałem do „Dialogu”. Ku mojemu zaskoczeniu wydrukowano ją i wysłano do mnie miły list z informacją, że to jest coś warte. Zachęcony, na tej samej fali, napisałem następne i koniec. A właściwie początek, bo zainteresował się nimi Jacek Bierut i postanowił wydać.

RR: Wspomniałeś o erupcji, o wybuchu. Doskonale znam ten stan, ponieważ dramat Uziemieni napisałem również dzięki tak zwanej „erupcji sił twórczych”. Pisanie, jak wiemy, przychodzi wtedy bardzo łatwo i czasami aż trudno nadążyć z zapisywaniem gotowych fraz czy obrazów. A pamiętasz może, z jakim utworem czy książką najdłużej się męczyłeś? Co „ci nie szło”?

KM: Wszystko pochłaniam łapczywie, dość po chamsku, sorry, i tak najczęściej mam z pisaniem. Gonię coś nieuchwytnego, zdecydowanie szybszego ode mnie, coś, co się tłoczy i zaraz znika. Zależy mi, żeby to sprawnie, szybko zakończyć. Przy czymś dłuższym siedzę z trudem, jakby wbrew sobie. Wszystko rozgrywa się w szczątkach, fragmentach, migawkach, potem można to jakoś sklejać. Nieraz się udaje. Gdy się męczę, to odrzucam, zajmuję się czymś innym, a do tamtego męczącego wracam po jakimś czasie albo wcale. Nic na to nie poradzę, piszę ekstatycznie. Przy takim stylu pracy, stylu bycia w słowie trudno mówić o zmęczeniu, tu raczej pojawia się niebezpieczeństwo zadyszki.

RR: Są dramaty tzw. „do czytania” i dramaty tzw. „do grania”. Przynajmniej tak mi kiedyś wytłumaczono – że autor już na początku decyduje, czy jego utwór bardziej nadaje się na scenę i wtedy pisze go z myślą o wystawieniu, czy raczej do czytania i wówczas kieruje go przede wszystkim do odbiorcy-czytelnika. A jak było u ciebie? Czy od początku wybierałeś, czy tworzysz dramat pod scenę, czy do czytania, czy może w ogóle nie myślałeś w tych kategoriach?

KM: Za wiele nie myślałem. Pisało się. Tak jakbym pisał dłuższy wiersz, wielogłosowy, albo prozę w małych kawałkach. Stare mechanizmy działały u kogoś, kto niewiele wie o teatrze, o układach tam panujących. Znalazłem w głębi szuflady stary zeszyt i zacząłem szybko go zapełniać na nieco inny sposób. Bez żadnej strategii zaistnienia tekstu. Coś musiało być napisane, a potem choćby potop. Nawet nie marzyłem o „Dialogu” czy o wałbrzyskim teatrze. To było jakby poza. Mnie pochłonęło dzianie się sprzężone z gorączkowym gadaniem, więc chyba od początku było to raczej do grania.

RR: Właśnie – bo przecież twoją sztukę Idące wystawiono w Teatrze Dramatycznym im. Jerzego Szaniawskiego w Wałbrzychu. Premiera spektaklu w reżyserii Antoniny Brühl odbyła się 24 kwietnia 2023 roku. Jakie to uczucie widzieć swój dramat na scenie i oglądać go „z boku”, już w roli widza?

KM: To było czytanie performatywne, które, ku mojemu zdumieniu, przerodziło się w pełnokrwisty spektakl, w dzianie się, wykreowanie przestrzeni, scenografii, strojów, muzyki. Wstrząsające doznanie, jakby schizofreniczne. Połowa ciebie rozpoznaje tekst i jego zastosowanie, druga połowa odczuwa odrywanie się czegoś, co z siebie wyrzuciłeś, obcość tych słów i sytuacji. Wychodzisz z teatru odarty i pozbawiony, prawdziwe katharsis, bo świat przyjął twoją intymność, twoją neurozę, i jakoś ją sobie zobiektywizował. Zrobił to Sebastian Majewski, który w ten tekst uwierzył i zaprosił, a przede wszystkim zrobiła to Antonina Brühl. Jej debiut w teatrze był zarazem moim. Z czegoś płaskiego, pozostającego na kartkach papieru zrobiła ruch, zrobiła życie, z klasą i wrażliwością stworzyła coś, co przemówiło jednocześnie do wszystkich zmysłów.

 

RR: Pomimo całego tego bogactwa i wachlarza form, które stosujesz jednocześnie, nie możesz – i chyba nie chcesz – uciec od Nowej Rudy. W jednej z twoich powieści była przecież „Sajgonem”, teraz, w dramatach, nazywasz ją „Borczowem”. Znów przyglądasz się stosunkom międzyludzkim panującym w „małej ojczyźnie”. Czy one jakoś ewoluują, że nadal są dla ciebie atrakcyjnym materiałem twórczym? Co się w nas, ludziach, zmieniło od czasu publikacji, powiedzmy, „Dziennika pozornego”? Co dziś widzisz, czego nie widziałeś wtedy – w ujęciu lokalnym i globalnym? I wreszcie ten cały Borczów — skąd pomysł na taką, a nie inną nazwę Nowej Rudy? Wyjaśnisz etymologię?

KM: Borczów jest przypadkowym wymysłem, nie ma w tej nazwie żadnej tajemnicy etymologicznej, pseudonimuje Nową Rudę. W „Dzienniku pozornym” mamy naiwność i baśniowość, byłem piewcą słodkiej ojczyzny. Oczy otworzyły mi się przy pisaniu sztuk. Pierwsza z nich – najpierw „Pożar”, potem  „Grochem o ścianę” – powstała po tym, jak chciano odebrać Oldze Tokarczuk tytuł honorowej obywatelki miasta, a miejscowi patrioci zmawiali się, żeby podpalić jej dom. Tak się rodziły rządy kiboli, a ja reagowałem tak, jak umiałem, na bieżąco. Skończyły się baśnie z mchu i paproci, nagle ujrzałem bezwzględną walkę ideologiczną. Skrajna prawica uwiła sobie wężowe gniazdo w mojej małej ojczyźnie. Tragedia. Ale starałem się zrobić z tego komedię. Zgrzytać zębami, płakać, a potem śmiać się. Oczywiście, najpierw z samego siebie.

RR: W twoich dramatach mamy do czynienia z krytyką instytucjonalizacji życia publicznego. Wszystko podlega różnym formom organizacji, jest efektem procedur, regulaminów, stworzone w konkretnym celu. Uczelnia „produkuje” studentów, kościół –  „wiernych”, natomiast poeci „produkują” wiersze. W konsekwencji mamy do czynienia z nadprodukcją bełkotu. Bo choć w twoich utworach postacie rozmawiają, to nie wchodzą ze sobą w dialog. Każda wygłasza własne racje i na tym poprzestaje – jak w świetnej scenie rozmowy pomiędzy profesorem a studentką. Ciekawi mnie, co – jako wykładowca w Instytucie Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej na Uniwersytecie Wrocławskim – mówisz studentom po napisaniu „skeczów narodowych”? Że warto rozmawiać?

KM: W tym wieku, wieku pisarskiego luzu, możesz swobodnie mówić o tym, co cię drażni. A drażni tak wiele. Gdyby nie te tygodnie z pasją, z pisaniem tych sztuk, trafiłbym może do jakiegoś wariatkowa. One były wentylem bezpieczeństwa, umożliwiły wyrzucenie z siebie złej energii, albo może raczej goryczy dotyczącej wszechobecnej kabotyńskiej instytucjonalizacji pozorów. Zaczynałem za młodu jako tkliwy liryk, który zderzywszy się ze ścianą, zaczął śmiać się z własnej głupoty i infantylności. Jednak na tych gruzach narodziło się coś nowego. Sztuki otworzyły mnie na to, wygadałem się wreszcie, uteatralniłem emocje, lęki, przeczucia, wyartykułowałem poczucie porażki i z jego fetysza zrobiłem sobie ubaw. A studenci? Nie wiem, czy czytają to, co piszę, ja się tym nie afiszuję, robię swoje jako nauczyciel. Czy rozmawiam? Przede wszystkim rozmawiam. Komunikacja jest rozmową, owszem, bohaterowie moich sztuk nie zawsze są do tego przekonani, może boją się instytucji rozmowy, tęsknią za czymś mniej formalnym. A tak na marginesie, być może moje najwcześniejsze przeżycia teatralne związane były z absurdem, z automatycznym, jakby deklamowanym, sposobem mówienia, ale nie komunikowania się, postaci Ionesco czy Różewicza. Na dokładkę Mrożek i Gombrowicz. I wszystko to, w mojej wrażliwości, sprowadzone do jarmarczno-kabaretowego mianownika, do czegoś w rodzaju buffo.

RR: Pozwól, że zacytuję: „Do tylu kościołów wchodziłem daremnie, gipsowe figurki śmiały się ze mnie…” – pisałeś w wierszu Prosta historia, otwierającym Potrawy pośmiertne z 2010 roku. Innym razem, w powieści Przemyśl–Szczecin, ukazałeś ejakulującego księdza czy stworzyłeś scenę, w której pociąg zatrzymuje się w miejscowości-stacji Krzyż. Gdy pojawia się u ciebie wątek religijny, ma zwykle formę humorystyczną, choć nietrudno dostrzec w nim solidną krytykę ziemskich namiestników Chrystusa. Podobnie jest w twoich dramatach. Choć nie jesteś pisarzem religijnym (broń Boże!), od lat konsekwentnie poruszasz w swojej twórczości kwestię wiary oraz tego, jak w spłyconej wersji jest nam ona sprzedawana. Dlaczego Bóg nie chce cię opuścić? A może w gruncie rzeczy naprawdę chcesz wierzyć – i najpierw poprzez studiowanie filozofii, a potem poprzez pisanie – próbujesz zmusić się do uwierzenia, najlepiej w to, w co każe nam wierzyć Kościół?

KM: Nie wiem, jak to jest z wiarą. Moją własną, bohaterów, postaci, podmiotów lirycznych. Płynie przez ich usta nieustanna rozmowa na ten temat. Tęsknią za jakimś transcendentalnym pewnikiem, sensowną duchową całością świata. Ale tęsknią raczej nadaremnie. Niemniej ta tęsknota, sama w sobie, jakoś ich formuje, pewien drobny komponent dorzuca do skomplikowanej relacji z bytem. Kościół coś niewątpliwie zrobił dla kształtu cywilizacji, jaką znamy, ale przy tym zrobił o wiele więcej złego. I nadal robi. A to boli wyznawców miłości czystej, wiary szlachetnej. Moi bohaterowie znajdują boga poza kościołem, a ze mnie biorą przekonanie, że najpierw jest materia i zanurzony w niej człowieczek, wcale nie pan stworzenia, zaś co do kwestii ducha, będącego lepiszczem rozsianych fragmentów rzeczywistości, pozostają tylko domysły i przypuszczenia. Gubienie się w nich czy szukanie otuchy, itd., to coś, co głęboko tkwi w naturze warunkowanego historycznie człowieka.

RR: W zbiorze jest sporo miejsc, w których obrywa się literaturze. Ściślej – tym, którzy organizują życie literackie w Polsce. To nie pierwszy raz, kiedy w ironicznym świetle przedstawiasz kulisy robienia u nas literatury: te wszystkie lokalne konkursy poetyckie, warsztaty literackie na głębokiej prowincji, umowy o dzieło i przelewy na konto zlecane przez urocze panie z gminnych bibliotek. Wydajesz się naprawdę wściekły, bo chyba nie tak wyobrażałeś sobie bycie literatem. Bo bycie nim sprowadza się do roli przede wszystkim oceniającego innych, przyznającego dyplom, medal, tytuł honorowego obywatela… A jednak, gdy otwieram kolejny numer „Odry”, to nadal są tam drukowane „Pocztówki literackie Karola Maliszewskiego”, w których od lat radzisz ludziom, jak powinni pisać. Trochę mi się to gryzie. Pamiętam, że kiedyś, w odpowiedzi na list od czytelnika, napisałeś nawet, że też masz prawo czuć się zmęczony. Co więc najbardziej męczy cię w naszym literackim grajdołku, a co najbardziej cieszy? Czy twoja odpowiedź będzie taka sama z perspektywy krytyka, poety i dramaturga?

KM: Powinno uczyć się adeptów konsekwentnego rozróżniania dwóch rzeczy. Czym innym jest konfesja, natchnienie, proces twórczy, ekstaza i ekspresja, a czymś zupełnie innym przepychanie się łokciami na literackim rynku. To jak zderzenie wczesnego romantyzmu z późnym kapitalizmem. Wściekłość jest jakąś reakcją i może przynieść płodne literacko efekty. W tej chwili jestem na etapie zniechęcenia i zmęczenia, dalej pisząc z zapałem, bo „wewnętrznego ognia” itd. A co do „Odry” – skoro 20 lat temu dałem słowo Mietkowi Orskiemu, że będę odpisywał na listy z wierszami, to nadal to robię. Robota jak inne. Nic się nie gryzie. Bo ja ich najczęściej zniechęcam, grzecznie informując, że rajska kraina ułudy, do której chcą wstąpić, to w rzeczywistości bagno. Oczywiście, to dydaktyzm oparty na przesadzie, jestem jednak zwolennikiem terapii wstrząsowej. Niech od razu wiedzą, że przed nimi droga przez mękę, przez świat niesłychanie celebrowanej i chorej kastowości, i że raz po raz jakiś funkcjonariusz komitetu centralnego literatury będzie wykrzykiwał w ich kierunku, że trzeba znać swoje miejsce. Ale podkreślam – być rozczarowanym to nie znaczy być wypalonym. Nadal się pali, nadal się pisze, może nawet z większą wiarą w jakiś ostateczny sens, jakiś mimo wszystko ślad.

RR: Dziękuję za rozmowę.

.

.

„Grochem o ścianę. Skecze narodowe x5” są dostępne tu: https://business.allegro.pl/oferta/karol-maliszewski-grochem-o-sciane-18112615975

.

.

Grochem o ścianę. Karol Maliszewski
fot. Róża Bierut

.

.

Karol Maliszewski

.

Karol Maliszewski

Urodził się w 1960 r. w Nowej Rudzie, gdzie mieszka do dzisiaj. Pracuje w Instytucie Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Wrocławskiego. Opublikował dziewięć zbiorów wierszy – ostatnie to „Potrawy pośmiertne”, 2010, „Ody odbite”, 2012 i „[małe zawsze]”, 2017, oraz osiem książek prozatorskich, m.in. „Faramucha”, 2001 (nominowana do Paszportu Polityki), „Sajgon”, 2009, „Manekiny”, 2012, „Przemyśl-Szczecin”, 2013 (nominowana do Śląskiego Wawrzynu Literackiego), „Ludzie stąd”, 2017. W roku 1999 ukazała się jego książka krytycznoliteracka pt. „Nasi klasycyści, nasi barbarzyńcy”, a w 2001 druga książka tego typu, zatytułowana „Zwierzę na J. Szkice o wierszach i ludziach”. Następnie wydał: „Rozproszone głosy. Notatki krytyka”, 2006 (nominowana do Nagrody Nike), „Po debiucie”, 2008, „Pociąg do literatury”, 2010, „Wolność czytania”, 2015. Jest współautorem podręcznika „Jak zostać pisarzem”, 2011. Ostatnio wydał książkę krytycznoliteracką pt. „Poezja i okolice” i wybór wierszy z lat 1984-2014 zatytułowany „Jeszcze inna historia”. W 2017 zadebiutował jako twórca dla dzieci książką pt. „Przypadki Pantareja”. Był jurorem w programie zajmującym się promocją młodych talentów – „Dolina Kreatywna” (program II TVP), a także stałym recenzentem literackim programów „Rewolwer Kulturalny” i „Magazyn Aktualności Kulturalnych” (Telewizja Wrocław). W radiu TOK FM prezentował stałe pogadanki radiowe z cyklu „Literackie powroty do dzieciństwa”. Współpracował z „Telewizyjnymi Wiadomościami Literackimi” jako recenzent. Przez kilka lat redagował debiutanckie tomiki poetyckie wychodzące w serii „Z kołatką” przy Stowarzyszeniu Pisarzy Polskich we Wrocławiu. W ramach działalności Biura Literackiego w gimnazjach i liceach wrocławskich organizował lekcje w ramach projektu „Szkoła z poezją”. Współpracuje z wrocławskim wydawnictwem „Warstwy” jako autor recenzji wewnętrznych. Opracował cykl spotkań „Dorzecza”, prezentując wybrane dolnośląskie środowiska literackie we Wrocławskim Domu Literatury, gdzie jest członkiem Rady Programowej. Zorganizował i od 25 lat prowadzi Noworudzkie Spotkania z Poezją, redagując towarzyszące im antologie poetyckie. Aktywnie działa przy organizacji Festiwalu „Góry Literatury” (Nowa Ruda i okolice), prowadząc spotkania autorskie oraz wspólnie z Olgą Tokarczuk i Zbigniewem Kruszyńskim warsztaty prozatorskie dla debiutantów. Zajmuje się poradnictwem literackim, np. w rubryce „Pocztówki literackie” w „Odrze” czy ostatnio (sierpień 2017) podczas Festiwalu Kultury Studenckiej FAMA w Świnoujściu, gdzie był odpowiedzialny za sekcję literacką. Jest członkiem jury nagrody „Warto” („Gazeta Wyborcza”), wyławiając i nagradzając dolnośląskie talenty literackie. Pełni obowiązki eksperta przy Wrocławskim Programie Wydawniczym. Jest członkiem zarządu Fundacji „Literacka Polska”, współpracuje z jej internetowym portalem, przeprowadza wywiady z pisarzami, zamieszcza recenzje. Od 2016 roku zasiada w jury Wrocławskiej Nagrody Poetyckiej „Silesius”.

.

.

Poezja współczesna. Pismo literackie i wydawnictwo.
Fot. Marzena Kwaśnicka

.

Rafał Różewicz – poeta, prozaik, dramaturg i recenzent. Autor m.in. „Książki” (Wydawnictwoj, Wrocław 2025).Wzmiankowany i polecany przez autorki podręcznika do języka polskiego „Ponad słowami” dla liceum ogólnokształcącego i technikum.Gość Anny Dymnej w ramach Krakowskiego Salonu Poezji (2022) oraz jedna z twarzy wystawy poświęconej wybranym wrocławskim pisarzom i poetom, która odbyła się w przestrzeni miejskiej Wrocławia w 2022 roku. Juror ogólnopolskich konkursów poetyckich. Nominowany m.in. do Wrocławskiej Nagrody Poetyckiej Silesius (2015) i dwukrotnie do Nagrody Kulturalnej „wARTo” (2015 i 2017). Tłumaczony na język angielski (przeł. Emilia Staniek), hiszpański (przeł. Ada Trzeciakowska), ukraiński (przeł. Andrij Bondar) i rosyjski (przeł. Igor Biełow).Wiersze i recenzje publikował i publikuje w takich pismach jak: „Twórczość”, „Nowaja Polsza”, „Odra” i „Czas Literatury”.Książki Rafała Różewicza recenzowano na łamach m.in.: „Tygodnika Powszechnego”, „Nowych Książek”, „Gazety Wyborczej”, „Twórczości”, „Lampy”, „Wyspy” i „Odry”.Gość licznych festiwali literackich i poetyckich m.in. Międzynarodowego Festiwalu Opowiadania we Wrocławiu, Festiwalu Góry Literatury w Nowej Rudzie, Festiwalu Stolica Języka Polskiego w Szczebrzeszynie, Festiwalu Puls Literatury w Łodzi, Festiwalu Miasto Poezji w Lublinie, Manifestacji Poetyckich w Warszawie, Festiwalu Dużego Formatu w Warszawie, Festiwalu Wielorzecze w Elblągu, Portu Poetyckiego w Chorzowie, Majowego BUUM-u Poetyckiego w Toruniu, hopLEM Festiwal w Gorzowie Wielkopolskim, Międzynarodowego Listopada Poetyckiego w Poznaniu oraz Festiwalu Literatura do Poznania. Mieszka we Wrocławiu.

PODZIEL SIĘ