Drugi dzień wiosny. Jacek Bierut

Moment ugryzienia w czoło
Z Jackiem Bierutem o „Drugim dniu wiosny” rozmawia Dominik Bielicki

Dominik Bielicki: Muszę Ci z góry uprzedzić, że rozmowa o Drugim dniu wiosny może stanowić dla mnie trudną do odparcia pokusę, aby podpytać o pewne szczegóły fabularne pozwalające zrekonstruować bieg zdarzeń powieści. Wiem, że nie powinno się tego robić z uwagi na ryzyko spoilerowania, ale w tym wypadku naprawdę trudno się powstrzymać. Mam wrażenie, że w tę strukturę już na poziomie powiązań między bohaterami przemyślnie włączyłeś jakiś ruchomy luz czy sprzeczność, które sprawiają, że jakby jej sobie nie układać, zawsze zostajemy z takim lub innym puzzlem w dłoni. Czy się mylę?

Jacek Bierut: Wiedziałem, że po lekturze tej powieści mogą się u Czytelników pojawić trudne dla mnie pytania, a to o czas (czy na pewno wszystko się zgadza, tam czasami decydują minuty), a to o “to kto jest wujkiem kogo?”. Ale też moje założenie od początku było takie, że tym razem to ma być krótka powieść. Krótką trudniej napisać. Podopinałem zatem wszystko tak, że czasami Czytelnikowi musi wystarczyć jedna wskazóweczka. Jeśli ją przegapi, trudno, nic się nie popsuje. Ale masz rację, zawsze zostajemy z jednym puzzlem w dłoni i to jest, nie chcę tak mówić, coś w rodzaju bonusu dla Czytelnika. W jego umyśle, emocjach układane są puzzle przestrzenne, ten ostatni może pasować do kilku miejsc i ulokowanie go może odrobinę zmienić całość. Już nie mówię o ostatniej scenie, której właściwie nie ma, ale musi się zadziać. Spojleruję? Wiesz, najchętniej czytam te książki, a o których mówi się, że wymagają tak zwanej “aktywnej lektury”, ale czy Drugi dzień wiosny taki jest? Pytasz w zasadzie o to, czy mogłem zaplanować typ lektury? Mogłem, ale efekt chyba z góry jest skazany na niepowodzenie. Ruchomy luz? Oczywiście. Bardzo ruchliwy zresztą. Tu wszyscy przed kimś uciekają, jednocześnie kogoś goniąc. Znów spojleruję? A sprzeczności? Oczywiście. Czym byłby świat przedstawiony bez sprzeczności?

DB: O to, że moje rozumienie, jeśli przegapię drobną wskazóweczkę, się jakoś radykalnie nie wykolei, byłem w zasadzie spokojny. Tylko że ta gęstość znaczeniowa, istotność każdego szczegółu pobudza umysł jak substancja psychoaktywna. Kiedy Dróżdż mówi, że lubi dziurawiec, który w innym miejscu występuje w funkcji niesmacznego, seksistowskiego przytyku, zaczynam poddawać rewizji swoją odruchową sympatię dla tej postaci. Pamiętam, że w pewnym momencie zacząłem się zastanawiać, czy nazwisko poety Mieczysława Jastruna w piśmie literackim czytanym przez Roxanę w pociągu ma znaczenie, skoro wokół tylu gitarzystów. A kawałek dalej ona stwierdza, że nie ma dobrego nazwiska na poetkę. Nie bardzo Ci wierzę, że to efekt po prostu kompresji, bo widzę tu zaawansowaną metodę, która przywodzi mi np. Przejrzystość rzeczy Nabokova. Jestem ciekaw Twoich inspiracji w zakresie tej techniki.

JB: To bardzo trudne pytanie na krótką odpowiedź. Przez ostatnie sześć lat uczyłem (to złe słowo, ale użyjmy go dla uproszczenia) pisania powieści. Trzy grupy, każda po dwa lata. Tego chyba ich nie nauczyłem. Kondensacji tak. Wydaje się, prosty zabieg techniczny. Właściwie umiem z każdego testu, nawet skondensowanego, zrobić zgrabny akapicik (o tym samym lub o czymś innym), ale nie używam tej techniki przy pisaniu powieści. To się bierze z innych rzeczy niż tylko gmeranie w samym języku. Podstawowa rzecz, jak sądzę, to wypracowana latami chyba niemal pierwotna umiejętność skupienia. Bycie w tekście tak, jak nie potrafię być w rzeczywistości w nawet najbardziej intrygujących okolicznościach. Trudno mi to wytłumaczyć, umiem tego tylko doświadczać. Budowania świata przedstawionego tak, jakby to był na użytek tego czasu jedyny świat. Ale to za mało. Wielką rolę zawsze odgrywają nasze rozmowy z Różą. Nigdy nie gadam o tym, o czym piszę, ale z tych rozmów czasami wiele wynika, jak przywołany przez Ciebie dziurawiec. A reszta to już technikalia, wykresy, notatki, przesuwanie, sprawdzanie układów, czyli często bardzo dużo czytania, wywalania, transportowania. To nie jest w miarę prosty schemat, powiedzmy, ruchu konika szachowego po szachownicy, bo skoro dzieje się tak dużo (w Drugim dniu wiosny dzieje się pewnie nie mniej niż w innych moich powieściach), płaska plansza nie wystarczy. Trzeba zbudować przestrzeń, dodatkowy wymiar. Jak zbudować przestrzeń niezdolną do istnienia na prawach fizyki? Można ją budować, podpierając się szczegółami. Czerwonymi kołami drezyny. Do tego dochodzi szczęście. Na przykład, kiedy znalazłem dokładną datę wydarzeń, znalazłem też numer Poezji, który leżał wtedy w kioskach. Było takie pismo literackie i można je było kupić w każdym kiosku. Leżał u mnie w domu przez tyle lat zupełnie po nic (choć przecież przeprowadziłem się w międzyczasie kilka razy – tu mi się natychmiast przypomniał Twój wielki wiersz o kieliszkach), a kiedy szukałem czegoś zupełnie innego, trafił w moje ręce. W idealnym momencie. Zatem skorzystałem. To też za mało, ale korzystałem też z wielu innych maszynek jednocześnie, z fartu, z pobazgrolonych notatek, z szalenie żywotnego umysłu Róży, z ciągów fabularnych wyznaczanych kreskami i strzałkami na papierach na moim biurku (Róża ciągle mi mówi, że to bałagan, a tam się tworzą porządki). Wiem, że to nie jest odpowiedź na Twoje pytanie. Powinienem pewnie napisać książkę Jak napisałem niektóre z moich książek. Tyle że Roussel zaczął swoją od “Zawsze nosiłem się z zamiarem wyjaśnienia…”, a ja chyba nigdy nie miałem takiego zamiaru. Bo po co to wiedzieć? Jeśli maszynki zadziałały, dały dobry efekt, to może samo to wystarczy?

DB: Jako programista chętnie się z tym podejściem zgodzę. Z tego, co mówisz, można wywnioskować, że aby naprawdę być, potrzebujesz jakiejś escherowskiej przestrzeni niemożliwej lub przynajmniej szerszej niż nasze poczciwe 4D z fizyką newtonowską i geometrię euklidesową. Ale w książce istnieją dwa plany. W pierwszym na oko realistycznym (nie licząc Twoich lokalnych demolek) miejsce, czas i relacje przyczynowo-skutkowe mają się stosunkowo nieźle. Jesteśmy sobie w Jeleniej Górze wiosną roku 1983, stan wojenny zawieszony, ale jeszcze nie zniesiony, milicja upierdliwa, ubecja brutalna, brakuje wszystkiego, nawet waty. Jazda zaczyna się w planie drugim, gdzie zostało chyba zaburzone wszystko, co się da. Czasem mam wrażenie, że ten antyświat dokłada swoją grozę do grozy stanu wojennego, innym razem – że tamten kontekst polityczny zostaje przez niego zepchnięty na dalszy plan jako anomalia mniejsza. Jak Ty wspominasz tamten czas, miałeś wtedy 19 lat? 

 

JB: Ładnie to powiedziałeś. Bo jak uciec od zbowidowskiego pitu-pitu? Obalając fizykę newtonowską teorią strun, co się w książce okazało strategią chybioną głównie przez to, że teoria strun już wtedy jawiła się jako ślepa uliczka? Musiałem znaleźć coś innego. I właściwie dopiero w tej powieści zeszły mi się tropy, po których do tej pory chadzałem. Ten drugi plan (a może pierwszy?), Stopa i Werbel. Ależ mi się przydało ich odkrycie. Pojawili mi się nagle, w momencie, kiedy myślałem, że kończę już tę książkę. A z nimi objawiło mi się miejsce ukryte. Ależ to było trzaśnięcie światami (mówię także o tym przedstawionym). Nie wiedziałem czemu, ale w różnych formach takie miejsce pojawiało mi się w powieściach. Teraz już wiem. Ale nie mogę tego tu opowiedzieć, bo coś bym odebrał przyszłym Czytelnikom. Paliło mi się wtedy pod paluchami. Popłynęło. Uwielbiam takie pisanie. A jak wspominam tamten czas, kiedy miałem dziewiętnaście lat? Raczej go nie wspominam, ale czasem wykorzystuję, bo to jednak było tak odjechane i tak namacalne, że może stanowić odniesienie do prawie wszystkiego, z czym borykamy się dziś. Mówię o tamtej rzeczywistości. Jeśli pytasz o szczegóły, drobiazgi, to prawie niczego w książce nie musiałem wymyślać, to wszystko jest realne (choć już tylko w pamięci). Kabel gitarowy w kształcie skręconego spiralnie kabla telefonicznego. Buda przy boisku. Nawet konkretne nagrobki. Już nie wspomnę o tarczy na agrafce, zimnej słuchawce telefonu, odbitych trójkątach na dżinsach. Ale też nie napisałem książki wspomnieniowej lub do wspominania. Odgryzłbym sobie łapę, gdyby mi się taka pisała. Wybrałem tamten czas z innych względów. W tej powieści właściwie nieustannie bohaterowie podejmują decyzje w ważnych (przynajmniej dla nich) sprawach. A czym są dla ludzi ich decyzje, ile ważą, dobrze pokazać w mocnym otoczeniu. Tam, gdzie można je zweryfikować. Żyję długo, jako czterolatek widziałem z okna naszego mieszkania w Szklarskiej Porębie czołgi jadące nocą w kierunku Czechosłowacji w 68 i to pamiętam. Jakieś trzy lata później widziałem Wojaczka na peronie wrocławskiego dworca. Jako szesnastolatek byłem w Afryce, choć wtedy szczytem marzeń był wyjazd do NRD lub Jugosławii. Ale ten moment, wiosna osiemdziesiątego trzeciego, wydał mi się najlepszą scenerią dla tej gonitwy wydarzeń drugiego dnia wiosny, kolejnej nocy i świtu, w której ani ich czas, ani miejsce nie są tak ważne. Przecież to wszystko, odejmując lub podmieniając pewne szczegóły, mogłoby się wydarzyć i w latach pierwszych, i na przykład w 2022. I równie dobrze w Świnoujściu lub Dęblinie. Zdecydowanie podoba mi się Twój koncept z anomalią mniejszą. Zwykle widzimy tylko anomalie mniejsze. Mamy zwyczajnie wąskie pole widzenia. A ja? W 83 miałem dziewiętnaście lat, zdawałem maturę i zaraz po niej zaczęła się moja wolność, błogosławiony stan, który nikomu poza mną do niczego się nie przyda. Znów nie odpowiedziałem na Twoje pytanie.

DB: W sposób pokrętny o to Cię właśnie chciałem podpytać: o Stopę i Werbla błądzących korytarzami niczym bohaterowie Stalkera Tarkowskiego. Co rozumiesz przez „miejsce ukryte”?

 

JB: Ale że Tarkowski? Nie pomyślałem o tym. Może masz rację? A od pytania ucieknę. Tak właśnie pomyślałem, że to dobry temat na jakiś nieduży tekst, Miejsca ukryte u Bieruta. Jest ich trochę. W Ludziach chyba nawet dwa, nieistniejąca już w świecie przedstawionym skryjda, ale przede wszystkim to miejsce w kuchni Jody (ono się także pojawia w Poczuciu ciągłości). Najlepiej to chyba tłumaczy Twój koncept anomalii mniejszej wobec czegoś, co toczy się w ukryciu. Wiesz, jako dziecko chodziłem na Górę Strzelecką na sanki i narty. Bardzo mnie wtedy zaintrygowała. To taka góra w Cieplicach, trochę na uboczu. Nawet spora z niezłym stokiem. Na szczycie poniemiecka wieża, na którą nie można było wejść (miała wypalone schody). Już wtedy mnie interesowała, zbierałem strzępy informacji. Wiem, do kogo należała przed wojną i jak potoczyły się losy tej rodziny. Strzępy tej wiedzy trafiły do 2DW. Latami chodziłem tam z psem. Aż objawili mi się Stopa z Werblem i ta góra wydała mi się idealna. Miejsce ukryte, w którym schodzi się przeszłość z teraźniejszością i przyszłością, i właściwie stamtąd pociągane są najważniejsze sznurki. A Stopa i Werbel w tym wszystkim nie mają żadnych narzędzi. Funkcjonują na zasadach panujących w anomalii mniejszej. I gna w to jeszcze narrator, który też mi się objawił, ktoś, kto wciska gaz do dechy. I oba światy, mniejszej i większej anomalii, pędzą na siebie. Bardzo czule myślę o sytuacji, którą stworzyłem (trochę dzięki temu, że bardzo dawno temu chodziłem na sanki i miałem kapitalnego psa, świetnego, bardzo za nim tęsknię, trochę dlatego, że miałem kilku kumpli z bidula, ale głównie dlatego, że historia powszechna oszalała na naszych oczach).

DB: Teraz rozumiem. Ukryte w sensie potocznym, topograficznym. Ale ze Strzeleckiej Góry zrobiony jest skok narracyjny do „miejsca ukrytego” w powieściowej historii. Mam tu na myśli rozdział „Kość czołowa” i sąsiednie z bidula. Wydaje się, że coś się wtedy rozstrzygnęło, że ten punkt promieniuje na późniejsze (późniejsze?) zdarzenia w planie realistycznym, historię Hrabiego i Dróżdża, a może Turczyńskiego? Przy drugiej lekturze zrobiłem małą kwerendę i wyszło mi, że jedyną osobą pojawiającą się jawnie w obu planach jest Gośka, postać raczej epizodyczna. Czy uprawniony byłby zatem wniosek, że w świecie przedstawionym to nie ludzie są przekaźnikami treści? Wybacz nieprecyzyjne określenie, może masz lepsze?

JB: Nosiciele treści? Jej tragarze? Znów pewnie nie odpowiem na Twoje pytanie. Bo to pytanie głównie o strategie narracyjne. Coś, nad czym przy powieściach chyba najdłużej pracuję. Powieść to rzadko jest to, co jest opowiadane. Powieść robi sposób, w jaki coś się opowiada. To niesie treści. Choć najlepiej zrobić to tak, żeby czytelnik miał wrażenie, że treść niosą bohaterowie i obrazy. Wypracowałem sprytnych narratorów. Mają wyczulone zmysły, są ruchliwi, ale posiedli też coś w rodzaju lepiszcza. Nie chodzi tylko o wykorzystywanie wątków do różnego rodzaju przerzutni (skądś dokądś), jak sprawa z dziurawcem lub Gośką, postacią absolutnie trzecioplanową. Chodzi o nieustanne stwarzanie wrażenia, że historia/opowieść niesie się niejako sama. Odwija na naszych oczach, tyle że kilkoma nićmi naraz. Albo raczej kablami. To nie jest proste. To jest właściwie nieustanne pisanie w kilku planach, w planie tego, o czym się akurat opowiada, i w planie dużo szerszym, obejmującym całość, także całość tego, czego w powieści ostatecznie nie ma, choć przecież tam jest, czyli o te wszystkie niedopowiedziane wątki, które przecież nie są urwane, pokiereszowane, one się toczą i to czuć, ale dzieje się to poza rozdziałami. To bardzo ryzykowne twierdzenie z mojej strony, ale w powieści często równie ważne są rzeczy, sprawy i wątki, które ostatecznie się w niej nie znalazły, ale w niej przecież są, jak te, które zmieściły się w rozdziałach. Jak o tym mam opowiedzieć? Jak to się robi? Tu chodzi o ten pierwotny rodzaj skupienia, o którym już wspomniałem. Wątek Elki przed feralną nocą, właściwie prawie nic o nim nie wiemy, a jednak on jest, żywy. Można z niego zrobić osobną książkę. Tak jak wątek Muszynki zaraz po tych wszystkich wydarzeniach. Ta książka mogłaby być niezłym hiciorem. Wątek żony Dróżdża. I tak dalej. Gośka jest zresztą świetnym przykładem. No i druga rzecz, na którą zwróciłeś uwagę, punkt węzłowy, moment ugryzienia w czoło (to prawdziwa historia z prawdziwego bidula, nie dałbym rady wymyślić czegoś takiego). Tak, masz rację, tego właściwie nie widać, bo opowieść toczy się w innym planie i zajmuje czymś innym, ale to wtedy wszystko pękło. Bez tego Stopa i Werbel poszliby pewnie do górniczej zawodówki i połowa Drugiego dnia wiosny nadawałaby się tylko do obśmiania. Przecież mogłem ten wątek przenieść z cieplickiej czarodziejskiej góry do Wałbrzycha lub Nowej Rudy (kopalnie tam wtedy wciąż pracowały) i zrobić z tego coś w rodzaju komedii, usuwając w ogóle z tła generała. To nawet intrygujące. Aż mnie podkusiło, żeby zrobić z tego osobną powieść. Żartuję, ale wydaje mi się to teraz pociągające. Nie za dużo gadam?

DB: Nie, te kwestie warsztatowe żywo mnie interesują. Przypuszczam, że opowieść wciąga najbardziej wtedy, gdy czytelnik czuje, że coś się zadziało pod powierzchnią, że poszła w ruch jakaś wielka masa niosąca bohaterów razem z ich motywami, okolicznościami i całą resztą. Kairos – przezywa kota Hrabia na początku, a chwilę potem wyczuwa, że w młodym drzewie-badylu przed blokiem, przesadzonym z Strzeleckiej Góry, puścił sok. W sumie takim chyba najbardziej masywnym ruszeniem jest właśnie to przyrody na wiosnę. To się czuje „w powietrzu”, czyli jest wszędzie i nigdzie, ale głównie przecież pod ziemią. Tak rozumiem wagę, jaką przywiązujesz do elementów opowieści, które nie wchodzą otwartym tekstem do rozdziałów. Ale czy te zalecenia nie sprawdzają się jeszcze lepiej w przypadku powieści stuprocentowo realistycznych?

JB: Na pewno masz rację i w dodatku zadajesz coraz trudniejsze pytania. Odpowiem podpórką. Pewien polski bardzo ważny i przenikliwy krytyk literacki, napisał o 2DW (tak, już przeczytał książkę) między innymi takie zdanie. “Zasadne jest pytanie, czy mamy jeszcze w tym przypadku do czynienia z konwencją realistyczną. Odpowiedź jest moim zdaniem twierdząca – należałoby jednak mówić o realizmie domyślnym i sproblematyzowanym”. Nie wiem, co jeszcze odpowiedzieć. Może odpowiedzią jest to, że odkąd pamiętam, właśnie tak żyję. Dla mnie to są normalne stany. Wokół i we mnie coś zasuwa, powiedzmy, głównym nurtem, ale widzę też drobiazgi, wody gruntowe, wodonośność tego co głębiej i możliwość skroplenia się tego co powyżej. I przecieku z boku. I z tego, co pędzi z naprzeciwka. To męczy, owszem, potrafię to zatrzymać, sprowadzić do jednego, ale za jakiś czas mi się rozwarstwia, przypomnę sobie jakiś wers albo jakieś zdanie mnie pociągnie. To nie znaczy, że nie znam spokoju, znam go, umiem go mieć, ale często to dla mnie za mało. Wiesz, urodziliśmy się, żyjemy, szkoda tego na pierdoły. Teraz piszę powieść absolutnie realistyczną, ale sam czuję, że tam już wzbiera. Ale jeśli zacznę odkształcać, to znów nieznacznie i w niewielu szczegółach. Poza tym, im więcej dowiaduję się o tym, co się dzieje w fizyce, tej nazywanej do niedawna kwantową, tym częściej myślę, że realizm w literaturze nie jest tak do końca opisem realnego. No i najważniejsze. Drugi dzień wiosny to nie powieść do czytania tego, czego w niej nie ma, wręcz przeciwnie. Jest w niej wszystko, co potrzebne. Niepotrzebne rzeczy wywaliliśmy na etapie redakcji. Może już skończymy tę rozmowę, póki nie zacząłeś pytać o kobiety?

DB: Tak chyba musimy zrobić, bo jak zacznę pytać o Muszynę, Elkę, Przyziemicę, Strychninę i Roxanę to nie skończymy tej rozmowy. A zdaje się, że jest jeszcze dyrka z bidula. Pozwól więc, że zamiast o kobiety, zapytam o tramwaj. Dziewiątkę. W 83 w Jeleniej Górze już nie kursował, co nie? Wskrzesiłeś go?

JB: To nie tramwaj, to autobus. Tramwaje z Cieplic i Jeleniej zniknęły kilkanaście lat wcześniej. Autobus jest prawdziwy, przystanek jest prawdziwy, zdarzenie jest prawdziwe, nawet niebieski balonik taki jest. Wezwanie do WKU też. Coś musiałem źle napisać, że zobaczyłeś tramwaj, ale w sumie to najmniej ważne w całej historii. Najważniejsze, żeby skutecznie budować świat przedstawiony, on i tak u każdej Czytelniczki i każdego Czytelnika będzie wyglądał trochę inaczej. Dziewiątka jeździ na tej trasie do dziś. Niedawno nawet posiedziałem na tym przystanku. Dobre miejsce. Lubię przyjeżdżać do Cieplic.

DB: Sromotnie spudłowałem! A już miałem teorię. Musiałem się zasugerować jednocyfrowym numerem. W takim razie zapytam jednak o kobiety. Wszystkie są w położeniu nie do pozazdroszczenia. W najgorszym chyba żona Turczyńskiego, ale i Roxana i Radka nie mają wesoło. Jednocześnie sprawiają wrażenie silniejszych i mądrzejszych od mężczyzn. W warstwie narracyjnej kobiety robią tej historii głębię i w jakiś sposób tłumaczą mężczyzn, ich motywy. Gdyby nie Strychnina, Turczyński byłby płaski i banalny jak zło. Jednocześnie wydają się one jakoś wszystkie ze sobą połączone. Ożywają, czując, że coś się dzieje, że historia ruszyła. Łączy je nawet jakiś wariant efektu McClintock.

JB: Aż podskoczyłem z radości, że to zauważyłeś. Bez kobiet tej książki nie warto byłoby pisać ani czytać. Synchronia menstruacyjna to tylko jeden lekko zaznaczony element czegoś znacznie potężniejszego. Nie wiem, jak to nazwać. Plecha? Niewidoczna gołym okiem sieć połączeń. Wydarzenia to tylko jedna z warstw tego, o co chodziło mi w tej powieści. Można nawet przyjąć, że zewnętrzna. Są przyczyny, widzimy skutki, ale to nie ten ciąg wyznacza to, co jest motorem i jednocześnie tak pędzi. Podstawą jest spoiwo, lepiszcze, połączenie. Ich nosicielem może odrobinę jest narrator, ale to kobiety pełnią tę rolę (w tym świecie przedstawionym i często w naszym, realnym). Że są silniejsze, mądrzejsze, to chyba wszyscy wiemy. Problemem w literaturze bywa to, że trudno to pokazać w obrazach, w działaniu, w tak zwanej akcji i tego nie zbrukać, nie zbanalizować. Gdybym to napisał tak, że zamieniłbym rolami kobiety i mężczyzn, też bym chyba tego nie dał rady osiągnąć. Gdyby to Radka uskoczyła spod pociągu, Dróżdż prawdopodobnie nie wykazałby tyle aktywności, ile w sprawie wykazała Radka. Gdyby to Hrabia odjeżdżał tym pociągiem, a Roxanne stała na peronie, musiałbym zupełnie zawrócić narrację, bo ona by na ten peron przecież w ogóle nie dotarła, to kompletnie nie byłyby jej motywacje. Boję się o tym mówić, bo coś spłaszczę. Chyba Ty lepiej to nazwałeś. Kiedy rusza historia, połączenia między kobietami gwałtownie nabierają znaczenia.

DB: Pełna zgoda, nie widzę Drożdża wchodzącego do siedziby esbecji, żeby dopytywać o zaginioną bliską osobę. Zamach na generała –  o tak, to jest coś na miarę jego artystycznego ja. Chciałbym jeszcze zapytać o chronologię w tym pierwszym prima facie realistycznym planie. Pojawia się w nim wątek Pola Szczerców, kontrowersji ekologicznych wokół tego przedsięwzięcia. Ale przecież mamy 1983 rok!

JB: To też prawdziwa historia. To były trudne czasy, ludzi radzili sobie sposobami. Węgiel kamienny szedł do przemysłu i na eksport. Brakowało wszystkiego. Polskość polega przecież również na tym, że kiedy trzeba, ludzie wpadają na pomysły. Jednym z nich było opalanie domów węglem brunatnym. A że to wszystko działo się w kotlinie, szybko można było zobaczyć efekt na własne oczy. Nawet nie trzeba było iść w góry, skąd to dużo lepiej widać. Snuło się to ulicami. I jedna z koleżanek na lekcji geografii zrobiła podczas odpowiedzi przy tablicy taki wykład. Właśnie o Polu Szczerców. Choć pewnie problem przyjechał wtedy do kotliny z Bogatyni. Coraz częściej myślę, że w trudnych czasach objawiają się nie tylko współczesne bolączki, ale dostajemy też jakąś dziurkę, przez którą możliwy jest wgląd w przyszłość. Jak dziś.

DB: Wiemy już, że siła nośna tej prozy nie wynika z działań protagonistów, trudno doszukać się też czynników nadprzyrodzonych. Jaki jest Twój stosunek do materializmu, a w szczególności jego popularnej ostatnio odmiany zwanej “nowym materializmem”?

JB: Piękne pytanie. Odbieram je z radością. Czy mamy jeszcze szanse na metafizykę przystającą do naszej rzeczywistości, do stanu badań nad polami kwantowymi, postępów psychoanalizy, wymykania się kapitalizmu z wydawałoby się zamkniętych ram. Ale teraz przyszło mi do głowy, czy jest możliwy “nowy idealizm”? Może nie będę tego rozwijał. To rzecz, która mi ciągle wraca w powieściach. Materialne czynniki nadprzyrodzone. W Powstaniu grudniowym napisałem taką scenę, w której trzynastolatek z podpórką narratora dochodzi do zdania “Cała tajemnica polega na tym, że nie ma żadnej tajemnicy, ale my jednak jesteśmy”. Taka konstatacja może prowadzić do dożywotniego zaangażowania w problematyzowanie oczywistych wewnętrznych sprzeczności, które zauważa się niechybnie po zagłębieniu w jakiekolwiek złożoności. Ale myślałem do tej pory intuicyjnie, że w tych przestrzeniach lokuję te głębsze lub wyższe warstwy swoich powieści. Pomogłeś mi to choć odrobinę zracjonalizować. Mam nadzieję, że tak jest, że Czytelnik/Czytelniczka może to poczuć. I nie tyle zbadać mój stosunek do materializmu lub neomaterializmu, ile zdziwić się swoim.

DB: Skoro już o mowa o Czytelnikach/Czytelniczkach, to pora na pytanie, od którego nie da się uciec, bo na pewno będą chcieli Ci je zadać: co jest pod kocykiem?

JB: Jest spore prawdopodobieństwo, że bardzo niewiele osób doczyta tę rozmowę do tego miejsca. Zatem odpowiem, bo Ci się to po prostu należy, choć nie powinienem tego robić publicznie. Drugiego dnia wiosny roku pamiętnego z wezwaniem do WKU (Wojskowa Komisja Uzupełnień) w ręku trafiłem na przystanek koło kościoła w Cieplicach i pierwszy raz zobaczyłem najważniejszą osobę w moim życiu.

DB: Ach, teraz rozumiem trochę więcej. Dzięki za ten trop. I za rozmowę.

.

.

Drugi dzień wiosny jest dostępny tu: https://business.allegro.pl/oferta/jacek-bierut-drugi-dzien-wiosny-18196421478

.

.

Drugi dzień wiosny. Jacek Bierut
fot. Róża Bierut

.

.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu docelowego.

.

.

Dominik Bielicki

.

Dominik Bielicki (1976) – autor książek z wierszami: „Gruba tańczy” (2008), „Pawilony” (2017) oraz „Wielki ping-pong” (2023). Laureat Nagrody Literackiej „Gdynia” (2018) i Nagordy Silesius (2024). Debiutował w Filipince. Mieszka w Warszawie.

.

Jacek Bierut
fot. Róża Bierut

.

Jacek Bierut, prozaik, poeta, dramaturg, autor siedmiu powieści („PiT”, „Spojenia”, „Hajs”, „Pornofonia”, „Powstanie Grudniowe”, „Ludzie”, „Drugi dzień wiosny”), tomu opowiadań („71”), pięciu tomów wierszy („Igła”, „Fizyka”, „Frak człowieka”, „Kocia wiara”, „Folie”), tomu dramatów „Pestka mandarynki i inne dramaty”, a także tomu esejów „Przesieka”. Laureat nagród literackich. Jego książki były nominowane do nagród Silesius, Angelus i innych. Laureat I nagrody Stref Kontaktu 2019. Współredaktor opracowania literatury dolnośląskiej po 1989 roku „Rozkład jazdy” i redaktor dwujęzycznej (polsko-ukraińskiej) antologii poezji wrocławskiej i podwrocławskiej „Nielegalny prąd”. Założyciel wydawnictwa j i dziennika literackiego w Internecie (wydawnictwoj.pl). Eseista, krytyk literacki, tłumacz, redaktor, wydawca. Nauczyciel pisania (jego uczniowie wielokrotnie zostawali laureatami nagród literackich).

 

PODZIEL SIĘ