Jacek Bierut: Ruch obrotowy to Pana druga książka poetycka. Opowie Pan o swojej drodze do niej?
Cezary Żarna: Mógłbym powiedzieć, że zebrałem wiersze, przygotowałem propozycję, rozesłałem do wydawnictw, zaczekałem na odpowiedź i to cała historia, ale tak nie jest, bo to nie wszystko. To, tak właściwie, tylko następstwa decyzji, bo książka to decyzja. Decyzja, która jest naturalna, bo wynika z potrzeby, czasem wręcz z przymusu pisania. Wiersze „się dzieją”, są tyglem, mieszanką uczuć, emocji, przeżyć, myśli, chwil, tego wszystkiego, co dotyka, co zatrzymuje i co porusza, powstają, „wylewają się”, zostają zapisane, tworzą zbiór, którego wydanie w postaci książki, na pewnym etapie, staje się równie naturalne, jest taką samą potrzebą, jak samo pisanie.
JB: Debiutował Pan w Cogito w 2002. Debiut książkowy ponad dwadzieścia lat później, a potem dość szybko druga książka. Co się działo między jednym i drugim debiutem?
CŻ: Trzecia już też właściwie jest gotowa 😉 A wracając do pytania, krótko mówiąc, zamiast poezji była proza życia. I tak było przez długie lata, a potem mój świat stanął na głowie i rozpadł się na kawałki. I paradoksalnie, gdy patrzę na to z perspektywy czasu, utwierdzam się w przekonaniu, że dobrze, że tak się stało, zarówno od strony, nazwijmy ją, „życiowej”, jak i twórczej. Tak teraz myślę, że gdyby nie te wydarzenia z mojego życia, cały ich szereg, to wszystko, co przetrwałem, bo to chyba będzie najlepsze określenie, nie wróciłbym do pisania, nie zapoczątkowałbym zmian, ewolucji, chwilami właściwie rewolucji, nie zacząłbym sprzątać gruzów, które zostały po to, żeby zacząć budować coś nowego. Może tak czasem po prostu jest, że coś musi się skończyć, by zaczęło się coś innego.
JB: Kiedy czytałem książkę po raz pierwszy, miałem właśnie takie wrażenie, sama prawda, bez pitu-pitu. Ale przecież nie są to tylko (aż) wiersze terapeutyczne.
CŻ: To w ogóle nie są wiersze terapeutyczne, choć, jeśli ktoś chce je tak odbierać, to ma do tego pełne prawo, nie neguję tego, że mogą być tak odbierane, tak samo, jak nie narzucam interpretacji. Poezję trzeba poczuć, ona ma dotknąć, poruszyć, sprawić, że czytelnik się zatrzyma, jeśli to się udaje, to w mojej ocenie wiersz wywiązuje się ze swojego zadania i tym samym zasługuje na miano „dobrego”.
Wracając do książki, nie ma w niej zbędnego, jak Pan to określił (choć ja użyłbym mocniejszego słowa), pitu-pitu. Wiersze są twarde, może nawet surowe, według mnie mocne i przede wszystkim, bo to najważniejsze, prawdziwe. Nie ma w nich fałszu, nie ma sztuczności, wymysłów i pisania pod publikę, jest życie, bo, wbrew pozorom, wbrew temu, że dużo w nich mroku, to są wiersze o życiu. O prawdziwym, rzeczywistym, namacalnym życiu, o świecie, o ludziach. O moim, choć wiem, że zabrzmi to jak banał, odbiorze otaczającej mnie rzeczywistości, o tym, co mnie dotyka, co gniecie, co sprawia, że potrafię się zatrzymać nawet wtedy, gdy wolałbym iść dalej.
JB: Są też tacierzyńskie, choć w bardzo przewrotny sposób.
CŻ: Tak, chyba możemy je tak nazwać. Jest kilka chyba najbardziej emocjonalnych wierszy, pisanych z perspektywy ojca, który coś nie coś już przeżył i czegoś doświadczył, który ma świadomość, w pełni zdaje sobie sprawę z tego, że jego syn wpadnie w ten kołowrotek, właściwie już w nim jest, mimo młodego wieku, i że w żaden sposób nie jest w stanie ani go uchronić, ani zapobiec temu, co może i prawdopodobnie go spotka.
JB: Zaczyna Pan tom od incipitu „Oto wypowiadasz to, co jest”. To nie jest cała Pana „strategia poetycka”, ale ważna jej część. Mocny podmiot liryczny i uważna recepcja rzeczywistości. Co według Pana jest w tej strategii ważniejsze. Odbiór otoczenia, jego warunków i zasad, czy jednak odbierający?
CŻ: Trudno to jednoznacznie określić, choć jeśli musiałbym zdecydować, to powiedziałbym, że jednak odbierający. Z jednego, prostego, ale zasadniczego powodu. Odbiorca jest subiektywny, indywidualny, patrzy na świat ze swojej perspektywy, w sposób niepowtarzalny, który został ukształtowany przez jego osobiste doświadczenia, przeżycia, wychowanie, środowisko i mnóstwo innych rzeczy. Jego odbiór nie musi i prawdopodobnie nie jest taki, jak mój, może być zbliżony, ale nie będzie taki sam. Ja przekazuję swój, również jak najbardziej subiektywny, dzielę się nim i tylko od czytelnika, czyli de facto odbiorcy mojego świata, upraszczając, od jego wrażliwości, zależy to, co z tego weźmie dla siebie, z czym powiąże, co odniesie do swojego życia i nazwijmy to, swojej rzeczywistości i przede wszystkim, co go dotknie, co poruszy i co poczuje.
JB: Książka zaczyna się szóstego czerwca. Czas jest ważny? Jak długo to wszystko się dzieje?
CŻ: Książka zaczyna się wcześniej, wiersze w niej umieszczone to okres mniej więcej dziesięciu miesięcy, choć powstało ich w tym czasie kilka razy więcej. Potem to była tylko kwestia wyboru, kompozycji, układu, dopasowania do siebie nawzajem tak, aby wszystko tworzyło jedną, przynajmniej w miarę spójną całość.
Jeśli mówimy o dacie, to szósty czerwca jest autentyczny, tego dnia powstały wiersze, do których Pan nawiązuje. Sam czas, data, nie ma większego znaczenia, ważna jest chwila, moment, przebłysk, choć wszystko dzieje się od dawna, właściwie odkąd pamiętam, zawsze było coś, co mnie dotykało i może to właśnie mój odbiór rzeczywistości, rzeczy, wydarzeń, procesów, które dostrzegam powoduje, że od dawna i wciąż „się dzieje”.
JB: Zapytam o inspiracje. Ktoś wywarł na Pana wpływ, że poszedł Pan akurat w tę stronę? Nawet nie chodzi mi o główny motyw książki. Raczej pytam o dykcję.
CŻ: Nie, chyba nie było nikogo takiego. Czytam, od dawna, nie tylko poezję, ale różne gatunki literackie, i to ma niewątpliwy wpływ na to, jak piszę, choć powiedziałbym, że raczej na stronę warsztatową. Styl pisania, jak Pan to określił dykcja, cały czas się kształtuje, zmienia, mogę chyba powiedzieć, że w powolny sposób ewoluuje i jest to widoczne, sam to dostrzegam, widać to również w Ruchu obrotowym, bo choć to okres stosunkowo nieduży, to przez dziesięć miesięcy ten styl, sposób, forma się zmieniły.
Wszystkie moje wiersze są surowe, raczej twarde i oszczędne, nie ma w nich udziwnień, staram się unikać banałów, przegadania, ma być walnięcie, takie trzaśnięcie z zaskoczenia łopatą w głowę, coś, co dotknie, co coś wywoła, poruszy, zmusi, żeby się zatrzymać i chwilę zastanowić. I, żeby było jasne, to nie jest założenie, tak się, po prostu, dzieje. Samo, naturalnie, bez przymusu.
Jest jeszcze jedna cecha, której ja nie dostrzegałem, a na którą ktoś zwrócił mi uwagę i którą z czasem też zacząłem widzieć. Pewną, nazwijmy to, wielowarstwowość, możliwości, które daje wiersz, opcje, w jaki sposób można go rozumieć i to, co mi jest trudno ocenić, ale co nazwała ta sama i bliska mi osoba, która od strony poetyckiej zna mnie najlepiej. Przenikanie. Cechę, którą trudno sprecyzować, nazwać, włożyć ją w ramy, którą podobno trudno jest znaleźć i doświadczyć. I tego się trzymam.
JB: A co z głównym tematem książki? Nie zdradzę go tu. Wydaje mi się, że to nie był wybór, raczej podjęcie go wynikało z bardzo silnego poczucia konieczności. Jakby właśnie nie było wyboru.
CŻ: Ma Pan rację, nie było wyboru, z tym, że temat nie był wtedy jeszcze tematem. Nie istniał albo i to będzie właściwie sformułowanie, nie został jeszcze nazwany. Istniała za to wspomniana przez Pana konieczność, przymus, potrzeba, trudno jednoznacznie określić, czym to było, zresztą, to bez znaczenia, bo to „coś” było naturalne. Inaczej mówiąc, kolejność była odwrotna, najpierw była potrzeba, która, gdy teraz o tym myślę, stała się koniecznością, i z której, trzymając się terminologii, wynikł temat, który dopiero z czasem, z każdym następnym wierszem, nim się stał.
JB: Książkę kończy wiersz zaczynający się tym fragmentem.
Nic już nie mówi
.
w tym obolałym wierszu. Milczy. Słowa
nie pędzą, nie wypadają z ust, nie potrzebują instrukcji,
by się tłumaczyć. Ziemia
też milczy.
.
Mam wrażenie, że przypadku Ruchu obrotowego można się jednak pokusić o tezę, że poezja ocala. Ale czy to prawda? Czuje Pan, że bez napisania (i wydania) tej książki sprawy miałby się gorzej?
CŻ: Czy poezja ocala? Poezja pomaga, pozwala znaleźć ujście, jest wentylem bezpieczeństwa i jest szansą. Dokładnie tak, to szansa. Na zrobienie porządku, na usystematyzowanie, na wyrzucenie z siebie tego wszystkiego, co utkwiło, więc patrząc pod tym kątem, możemy przyjąć założenie, że poezja jest formą ocalenia samego siebie. Z drugiej strony, wydaje mi się, że ocalenie to jednak zbyt duże słowo, bo to właściwie równoznaczne stwierdzenie z uratowaniem życia, a to chyba zbyt wiele, zbyt mocne stwierdzenie, nie czuję tego w ten sposób i dlatego zostałbym przy założeniu, że poezja to wentyl, zawór bezpieczeństwa, który odkręcam, gdy jest do tego jakikolwiek powód.
Jeśli mówimy o książce, to samo jej napisanie to proces. Proces, przede wszystkim, twórczy, który, jak już mówiliśmy na początku, wynika z potrzeby, wręcz przymusu pisania. Wydanie natomiast to decyzja, mówiąc kolokwialnie, o tym, czy chcę podzielić się ze światem tym, co napisałem, czy jednak nie chcę. Motywacja do tego może być różna, moją była potrzeba, która stała się równie naturalna jak samo pisanie i wiara, że ktoś będzie chciał to przeczytać i weźmie coś dla siebie. Nie traktuję tego w sposób, w jaki Pan to powiedział, nie uważam, że wydanie lub niewydanie książki miało sprawić, że jest lepiej albo gorzej. Zostaję w kategoriach potrzeby, która, po prostu, jest. Piszę, bo tego potrzebuję. Wydaję, bo potrzeba jest podobna.
JB: Dziękuję za rozmowę.
.
.
Książka jest dostępna tu: https://business.allegro.pl/oferta/cezary-zarna-ruch-obrotowy-18109095888
.
.

.
.

.
Cezary Żarna – debiutował jako poeta wierszem „Na Stacji” opublikowanym w miesięczniku „Cogito” w 2002 roku. Autor dwóch książek poetyckich: „Ruch obrotowy” (Wydawnictwo J, Wrocław 2025) i „Miłość. Piękna Pomyłka” (Liberum Verbum, Wrocław 2023). Współautor kilku antologii i almanachów poetyckich. Laureat kilku konkursów poetyckich. Publikował w „Akancie”, „Ypsilonie”, „Post Scriptum”, „Tlenie Literackim”, „Czterech Zeszytach and After”, „Pisarze.pl”, „e-eleWatorze”, „Ty.Tu.Le” i „Mojej Przestrzeni Kultury”, a także w kilku serwisach internetowych.
Oprócz poezji zajmuje się także rysunkiem. Mieszka w Legionowie.
