Oczy szeroko otwarte. Jacek Gutorow

Nic nie ginie
O „Oczach szeroko otwartych” z Jackiem Gutorowem rozmawia Jacek Bierut

Jacek Bierut: Jacku, jakiś czas temu umówiliśmy się we Wrocławiu. Wypadło mi coś pilnego i zadzwoniłem do Ciebie, że się troszkę spóźnię. Kiedy już dotarłem na miejsce, zobaczyłem Cię z daleka, siedziałeś otoczony niezwykłą aurą. Nawet chyba powiedziałem Ci wtedy coś o niebieskim baloniku. Może zatem zacznę nie od pytania o książkę, a o Ciebie. Coś się zmieniło. Zawsze było w Tobie wiele z tego, co nazwałbym po prostu szlachetnością, ale teraz jest więcej i to jest trochę inne. Wybacz pytanie, ono mimo wszystko ma związek z książką.

Jacek Gutorow: W zasadzie nie wiem, co powiedzieć. Wspominasz o zmianie… Myślę, że z wiekiem wszyscy się jakoś zmieniamy. Na przykład łatwiej mi teraz obserwować siebie z boku. Taki dystans dużo daje. Wiele rzeczy, które kiedyś wydawały mi się ważne, traci na znaczeniu. Nie chodzi przy tym o zobojętnienie, tylko o inną perspektywę. Więcej ciszy, światła, przestrzeni. Siedzę przy stole, przede mną kubek z wyszczerbionym brzegiem, jakaś plama na blacie. Niby zwyczajne, ale czy istotnie takie zwyczajne? Ta bliskość przedmiotów. Dziwność ich bycia. Niezwykłość bytu w ogóle. Na przykład ta szczerba na brzegu kubka – niby oczywista, a przecież nieoczywista. Zdarzają się takie chwile obcowania ze światem, chwile absolutnej teraźniejszości, otwartości na istnienie. Być może o tym mówisz.

JB: Prawdopodobnie o tym. Bo też dużo tego znajduję w Twojej nowej książce poetyckiej. Nie tylko uważność, ale też trudna umiejętność bycia „teraz”, może nawet „tylko teraz”. Ale czy to nabieranie dystansu kazało nam tak długo czekać na Twoje nowe wiersze?

JG: Długo? Jasne, można publikować książki poetyckie co dwa, trzy lata. Ale niespecjalnie mnie to interesuje. Po ukazaniu się Roku bez chmur w 2017 roku myślałem, że dam sobie spokój z publikowaniem wierszy. Jest za dużo książek, poezję czyta niewiele osób, najczęściej z tak zwanego środowiska, w sumie zrobiła się bańka, w której jest oczywiście przyjemnie, ale cokolwiek klaustrofobicznie. Zresztą… Wróciłem niedawno do rozmów, jakie Assayas i Björkman przeprowadzili z Bergmanem pod koniec lat osiemdziesiątych. Bergman mówi tak: w każdej twórczości ważny jest brak konsekwencji; trzeba być niekonsekwentnym; jeżeli jest się konsekwentnym, piękno wymyka nam się i znika. W pełni się pod tym podpisuję. Nie interesuje mnie życie poety-literata, który co kilka lat przypomina o sobie kolejną książką i pieczołowicie buduje swój dorobek. Nie chcę być konsekwentny. Wiersz żyje dla mnie tylko w momencie powstawania. Potem jest martwy, w każdym razie jest martwy dla mnie.

JB: Tylko czy w Oczach szeroko otwartych na pewno znajdziemy wiersze? Chociaż dużo w nich literatury, odniesień, to mam wrażenie, że dajesz nam przede wszystkim lekcje patrzenia. Choć pewnie nie takie było Twoje założenie.

JG: No, na pewno nie chciałem dawać nikomu żadnych lekcji. Te wiersze to  prywatne zapiski, nic więcej. Nie oczekuję, że ktoś będzie się z nimi zgadzał. Mówię „wiersze”, bo to jednak wiersze, choć może lepiej byłoby powiedzieć (a w każdym razie takie jest moje marzenie), że są to wiersze, które nie chcą być wierszami – chcą być sposobami patrzenia czy bycia. Poezja jest konwencją literacką, a każda konwencja przesłania rzeczywistość. Jako krytyk literacki i nauczyciel akademicki zajmuję się historią literatury, analizą tekstu, typami konwencji, i tak dalej. Szczerze mówiąc, uwielbiam to. Takie szperanie w historii kultury, przy czym jest to zazwyczaj najlepsza część tego, co w danej kulturze stworzono, jest w moim odczuciu głęboko satysfakcjonujące. Ale jako „poeta” – używam cudzysłowu, aby w jakiś sposób odciąć się od stereotypu, z którym nie chcę mieć nic wspólnego – powinienem, muszę, chcę o tym wszystkim zapomnieć. Przy każdym wierszu zaczynam od nowa, mając nadzieję, że jakoś wyrwę się formie, zapomnę, choćby na chwilę, o tropach literackich, strategiach lirycznych, jakkolwiek to nazwiemy. Cóż, taka nadzieja jest płonna, o czym wiedzą wszyscy poeci. Jak wyrazić to, co tutaj i teraz, w tej chwili, która biegnie z nami w nieznane? Wszak język jest z natury czasowy; wyrażenie jakiegokolwiek sensu zajmuje pewien czas. A chodzi o oddanie doświadczenia spoza czasu. To problem z rodzaju tych, przed jakimi stają ci, którzy zaczynają medytować. Jak przekroczyć własne ego, skoro każdy akt, każdy gest, jest z natury działaniem ego? W buddyzmie zen mnisi często medytują nad koanami – krótkimi, paradoksalnymi wierszami-zagadkami, których celem jest zaskoczenie umysłu i wyprowadzenie go poza język i poza czas. Bardzo bym chciał, aby te moje wiersze-które-nie-chcą-być-wierszami postrzegano właśnie jako swego rodzaju koany. Sprawa jest jednak problematyczna. Raz, że nie potrafię zupełnie abstrahować od tradycji; powiedziałem przed momentem, że zaczynam każde pisanie od nowa, ale czasami widzę, że znowu coś przepisuję. Dwa, że nawet wiersz-który-nie-chce-być-wierszem jest mimo wszystko wierszem i jego lektura jest już w punkcie wyjścia obciążona balastem literackości. Przypomniał mi się właśnie tytuł płyty Talking Heads –  Stop Making Sense: „przestańcie nadawać (wszystkiemu) sens”. Jestem za, tylko że to hasło też coś znaczy, zawiera sens do odkrycia, ba, samo sobie zaprzecza. Często dzieje się tak w poezji. Ryszard Krynicki zatytułował swój wiersz „Biała plama”, ale to nie jest biała plama, prawda? To wiersz, bo został opublikowany w tomie wierszy i jest skierowany do czytelnika. Podpisany przez tego a nie innego poetę. Ma dedykację, i to bardzo znaczącą. Pojawia się w określonym kontekście literackim, estetycznym, językowym. Mówiąc inaczej, jest wszystkim, tylko nie białą plamą. Ale przepraszam, rozgadałem się…

JB: Och, Biała plama, każdy poeta/poetka chciał(a)by napisać taki wiersz. Jeśli się temu głębiej przyjrzeć, napisałeś podobny, to Dedykacja, która jest właściwie niemal tylko dedykacją i informacją o spokoju wyniesionym z Niepokoju. Czyli zrobiłeś jeszcze jeden krok dalej. Chciałem teraz spytać o coś innego, ale jeśli pojawił się Ryszard Krynicki, niech pojawi się i Tadeusz Różewicz. Podejmujesz optykę (albo perspektywę patrzenia) Różewicza? Czy tylko sprawdzasz w tym tomie różne sposoby patrzenia?

JG: Różewicz jest w moich wierszach zawsze jakoś obecny, ale to obecność raczej utajona, czasami nawet przypadkowa czy nieświadoma. Czytam go przecież od czterdziestu lat, wielokrotnie o nim pisałem, uczestniczyłem w niezliczonych dyskusjach, te wszystkie rozmowy… To zostawia ślady na wrażliwości, na wyobraźni, na języku. W nowym tomie są dwa pożegnania z Różewiczem, bardzo dla mnie ważne. Ale poza tym jego duch chyba nie jest jakoś specjalnie wyczuwalny, choć możliwe są wpływy nieświadome, które zauważę za kilka lat. Od czasu lektury Płaskorzeźby na początku lat dziewięćdziesiątych – to moja ulubiona książka Różewicza – silnie przemawia do mnie idea wyczerpania sensu poezji i wychodzenia z literatury. Ten wątek jest w moich wierszach tak czy inaczej stale obecny, wiąże się on z moimi własnymi przemyśleniami na temat statusu i roli poety. Ale dużo w tej materii zawdzięczam Różewiczowi, który miał niezwykły dar sprowadzania skomplikowanych idei do kilku słów bądź obrazów. Kiedy czytam o tak zwanym końcu poezji, wracam do poezji Różewicza. Odnajduję w nich wszystko: diagnozę, opis, paradoksy, widmo ambiwalencji. Choćby wiersz „Teraz” z Płaskorzeźby z kapitalnym dwuwersem: „pozwalam wierszom/ uciekać ode mnie”. Wspaniały Różewiczowski minimalizm, kłaniam się do ziemi. Albo późniejsze „Przypomnienie”: „staję się poetą/ kiedy skreślam słowa”, a potem: „odszedł poeta/ a ja zostałem/ i dopisuję te słowa”. Idea końca poezji nie oznacza wcale końca poezji.

JB: U Ciebie koniec poezji zaczyna się na ubitej ziemi. Jak rozumieć tę metaforę o wystrojonej metaforze?

JG: Jak mówię, do koncepcji końca poezji podchodzę ostrożnie. To w końcu tylko idea, która w dodatku wplątana jest w różnego rodzaju aporie. Bo co to znaczy pisać wiersz o wychodzeniu z poezji? To nic innego jak zasupłać się w aporię: piszemy o pragnieniu niepisania (trochę upraszczam, rzecz jasna). Generalnie rzecz biorąc, chciałbym w wierszu dotknąć rzeczywistości, dotrzeć do rzeczywistości poprzez wiersz. Cóż, w zasadzie jest to niemożliwe. Ale robię, co mogę. I szukam. Wybacz, że ponownie odwołam się do przykładu praktyki medytacyjnej, lecz dostrzegam w niej jeden z lepiej przemyślanych i przećwiczonych scenariuszy dochodzenia do rzeczywistości. Otóż dobra medytacja polega na stopniowym uwalnianiu się od nadmiaru umysłowych komplikacji i oczyszczaniu własnego umysłu. Nie odrzucamy myśli, tylko pozwalamy im pojawiać się, przepływać i znikać. Kluczowa jest świadomość ich powstawania i znikania. Chciałbym, aby tak mi się pisały wiersze, w duchu bezwarunkowego, nieuprzedzonego otwarcia na świat, na refleksy i błyski, barwy i odgłosy – rzeczywistość to przecież niewyczerpany, właściwie nieskończony potencjał doznań i sensów. Musi temu jednak towarzyszyć uważność. Łatwo paść ofiarą mistyfikacji – było nie było, na naszą percepcję świata (siebie, innych) składają się często nagromadzone uprzedzenia, oczekiwania, nawyki, to wszystko, co jest odbiciem naszego umysłu. Chodzi o to, aby nie pomylić świata z naszymi wyobrażeniami o świecie. Tu trzeba dystansu i uwagi.

W historii poezji pojawiały się różne pomysły, jak uchwycić i oddać rzeczywistość. Jednym z nich jest radykalny minimalizm, a więc próba pozbycia się czy też obejścia słów. Przykładem jest wspomniana „Biała plama”. Moim zdaniem problem polega na tym (przed chwilą o tym mówiłem), że nie da się w ten sposób uciec od formy, konwencji, literackości. Biała plama nigdy nie jest biała, niestety; być może zresztą to chciał powiedzieć Krynicki. Inny sposób to pokazanie, w jaki sposób język stale siebie kwestionuje i podważa – ukazanie jego ograniczeń, jego konwencjonalności, literackości. Ta strategia jest mi chyba najbliższa. Przy czym to nie jest tak, że wybieram ją spośród innych strategii – to raczej ona wybiera mnie. Zresztą poetycki minimalizm też mnie kusi, co widać chyba w nowym tomie. Co do metafory o wystrojonej metaforze – powiedziałbym, że to kolejna aporia, w którą jako piszący wiersze czuję się wplątany. Jestem świadom nieuchronnej metaforyczności mojego pojmowania świata, ale ta świadomość też ma charakter metaforyczny. Innymi słowy: zależy mi na demaskacji konwencji, w jakie uwikłana jest poezja, ale jeśli taka demaskacja przybiera formę wiersza, mamy nieusuwalną sprzeczność, bo literatura z samej swej istoty jest konwencjonalna. Czy jest to sytuacja beznadziejna, przygnębiająca, koszmarna? Moim zdaniem nie. Cały proces można przecież potraktować jako wyzwanie, szansę na egzystencjalny reset bądź detoks. Jak to ujął Blake: „Wystarczy oczyścić drzwi percepcji, a każda rzecz jawiłaby się nam taka, jaka jest: nieskończona”. Widzę w tym piękny życiowy program.

JB: Mówisz o rzeczach, które chyba najlepiej rozumiałem jako dziecko. I przypomniało mi się natychmiast, jak jako dziewięciolatek czytałem w ciemnym pokoju mojej babci na głos „Beniowskiego”. Tak, z tego oprawionego w płótno trzynastotomowego wydania dzieł zebranych Słowackiego. Babcia była chora, od roku nie wstawała, miała także problem z dłońmi. I naszedł mnie wtedy dziwny stan, wynikający chyba z szoku, że takie rzeczy są możliwe. Mówię o Słowackim, o tym dziwnym pokoju, o starym zegarze z kukułką. Ty też sięgnąłeś do dzieciństwa i jednocześnie do Słowackiego. To bardzo poruszający poemat.

JG: „Dzieciństwo Anhellego” to jedyny duży poemat w tomie, na pewno jeden z najważniejszych utworów w tej książce. Wiele pojawiających się w nim obrazów chodziło za mną przez lata, najczęściej w formie utajonej, ledwie uświadamianej. Powiedzieć, ze przeżyłem przygodę z poezją Słowackiego, to nic nie powiedzieć. Jego twórczość miała i ma na mnie nieomal hipnotyczny wpływ. Inna sprawa, że do poezji romantycznej dotarłem dość późno. W domu rodzinnym jedyną książką była książka kucharska, a reżim szkolnych lektur na długie lata odrzucił mnie od romantyków (może z wyjątkiem Mickiewicza). Słowackiego zacząłem poznawać po trzydziestce, ale było to, myślę, głębokie wejście w jego twórczość.

W „Dzieciństwie” są tropy autobiograficzne, dla mnie istotne, dla czytelnika niekoniecznie. Niektóre z nich odkryłem dopiero po napisaniu poematu. Nie ma sensu o nich mówić, wymagałoby to długiego wywodu, w którym nieuchronnie pojawiłyby się prywatne odniesienia. Czasami myślę, że mógłbym poddać się sesji psychoanalitycznej z Anhellim w ręce. Jest w nim kilka scen, które nie dawały i nie dają mi spokoju. Duże wrażenie od początku wywierała na mnie pogańska wyobraźnia poety. Myślę głównie o wątku szamańskim i postaci Szamana, który jest przewodnikiem Anhellego. To jak wędrówka Wergiliusza i Dantego po kolejnych kręgach piekła: „I tak odbywali Szaman z Anhellim wędrówkę po ziemi smutnej i po gościńcach pustych, pod szumiącymi lasami Syberii”. Syberyjskie Inferno… Im dłużej i intensywniej zagłębiałem się w Anhellego, tym bardziej czułem się nieswojo, bo z tyłu świadomości zaczęły pojawiać się i rozwijać obrazy z dzieciństwa, często zapomniane, może tłumione. Chciałbym kiedyś o tym napisać, ale rzecz wymaga czasu, namysłu i ostrożności. Anhelli to oczywiście wielka poezja, i to pod każdym względem: formalnym, językowym, imaginacyjnym, duchowym. Są w nim rzeczy, które irytują, to fakt. Pewien rodzaj egzaltacji, manieryzmy, biblijny ton nie zawsze brzmi przekonująco. Ale kiedy wejdziemy w istotę dramatu, czujemy siłę tego utworu. Ja czuję. Nawiasem mówiąc, od lat interesuje mnie problem duchowości w poezji Słowackiego. Temat chyba nie do końca przebadany. Myślę o zainteresowaniach poety hinduizmem i buddyzmem, choć rzecz dotyczy zapewne także innych tradycji duchowych. Swego czasu duże wrażenie zrobiła na mnie książka Lucyny Nawareckiej poświęcona ezoterycznym źródłom i kontekstom Króla-Ducha. Jest też znakomite studium Maryli Falk o „pierwiastkach indyjskich” w myśli Słowackiego – tekst podsunął mi Ireneusz Kania (odkrywca tej tajemniczej indolożki), to była ważna lektura, wciąż odnajduję w niej ciekawe wątki.

Wracając jeszcze do „Dzieciństwa Anhellego”… Pisanie tego poematu było dla mnie pod pewnymi względami rodzajem magicznego rytuału. Myślę, że każdy miał w życiu momenty, kiedy stawał twarzą w twarz z własnym dzieciństwem i z różnymi nierozwiązanymi kwestiami. Pisanie „Dzieciństwa” było próbą oswojenia w sobie dzikiego dziecka, dziecka, które pozostaje cieniem, wyrzutem sumienia, może żalem.

JB: W Oczach szeroko otwartych pojawia się też trochę wierszy włóczęgowskich. Bardzo je lubię. Rozpoznaję Beskid Niski i trochę innych miejsc na wschodzie Polski. Ale też nie są to zwykłe łazęgi i zwykłe relacje poetyckie z przebytych tras. To coś znacznie więcej. Te miejsca wyraźnie coś Ci robią. I Ty im też.

JG: To jest ta przestrzeń oddalenia… od tłumów, od cywilizacji, a także, paradoksalnie, od siebie. Też chodzisz, więc wiesz, że w górach wszystko się upraszcza. I nie muszą to być wysokie góry. Nawiasem mówiąc, te włóczęgi (celnie to nazwałeś) to nie tylko wschodnia Polska. To także Sudety, Karkonosze, Izery, również po stronie czeskiej. Wiąże się to też z moimi zainteresowaniami historią. Lubię szukać śladów, na przykład celtyckich czy walońskich. O Beskidzie Niskim myślałem od dawna głównie z uwagi na Łemków. Fascynowała mnie ich historia, może dlatego, że moja rodzina pochodzi z kresowego pogranicza, a tak zwane Kresy to również zaginiony świat… choć co to właściwie znaczy „zaginiony”? Nic nie ginie. Zaraził mnie Darek Pado, który przy różnych okazjach rozwijał opowieści o magurskich wertepach, o Ropkach i Nieznajowej. Słuchałem uważnie. Miałem wrażenie, że mówi o czymś mi bliskim. Pewnego dnia wsiadłem w samochód i ruszyłem na samotne odkrywanie. Fajne to było. Czułem się jak w domu. Cisza, bezdroża, łąki. Idziesz i idziesz, a kiedy masz dość, siadasz gdziekolwiek, w rowie, przy jakiejś kapliczce, pod dziką jabłonką, czytasz albo po prostu patrzysz i chłoniesz rzeczywistość, której jest tak dużo. Jeździmy tam każdego roku. Zawsze odkrywamy coś nowego. Cerkwie, ikony, stare cmentarze, puste miejsca po zniszczonych łemkowskich wioskach, zakopane studnie, kamienne krzyże. W Nowicy jest ślad Antonycza, świetnego poety. Echa zaginionego świata, ślady po ludziach. Jest to zresztą nie tyle odkrywanie, co zanurzanie się w czasie, bycie w czasie. A może po prostu bycie.

JB: To „czytasz” bardzo mnie zaciekawiło. Nie biorę książek na łazęgi, a Ty tak. Mam takie wrażenie, że Oczy szeroko otwarte nie zostały napisane przeciwko czemukolwiek, a tym bardziej komukolwiek. Co więcej, zostały napisane w dość ścisłym dialogu z kilkoma mistrzami, acz niespiesznie i bez pretensji. Nie mam racji?

JG: Tak, oczywiście. Sporo jest tych cytatów i odniesień, nie tylko do literatury, ale również do malarstwa i muzyki. Wiem, że nie wszystkim taka aluzyjność się podoba. Dla mnie to coś podstawowego i naturalnego. Kiedy oglądam obrazy Cézanne’a czy Gauguina, mam poczucie, że odrobinę inaczej patrzę na świat. Wychodzę poza siebie. Przekraczam siebie. Podobnie ze słuchaniem muzyki, no i czytaniem oczywiście też. Mówisz o dialogu – a ja przytakuję. Obraz Cézanne’a, na który nikt nie patrzy, w gruncie rzeczy nie istnieje. Zaczyna istnieć dopiero wtedy, kiedy ktoś go ogląda, interpretuje po swojemu i w tym sensie zmienia, może nieznacznie, ale jednak. Działa to również w drugą stronę, zwłaszcza jeśli odpowiednio uważnie oglądasz obraz – wychodzisz odmieniony. Dla mnie najciekawsze jest to, co dzieje się na skrzyżowaniu różnych sposobów postrzegania świata. Zwłaszcza wtedy, gdy mamy do czynienia z naprawdę różnymi wrażliwościami i punktami widzenia. Bardzo lubię dzieła, których nie rozumiem, które stawiają mi opór. Często jest tak, że muszę coś w sobie zmienić, przełamać, wyzwolić, wyartykułować, po to, żeby zrozumieć odmienny język, żeby zrobić krok ku rzeczywistości. To coś więcej niż lektura czy oglądanie obrazu – to praca nad sobą.

JB: Kontemplacja obrazu mistrza różni się od kontemplacji, powiedzmy, górskiego pejzażu lub wyszczerbionego kubka? To wcale nie jest głupie pytanie.

JG: Mam kłopot z tego rodzaju pytaniami, bo zakładają duży stopień uogólnienia, a w moim odczuciu rozmawiamy o doświadczeniach pojedynczych, wyjątkowych, ograniczonych do perspektywy pierwszoosobowej. Percepcja, kontemplacja to sprawy bardzo indywidualne. Każdy przypadek jest inny, uzależniony od wielu czynników. W zasadzie nie widzę różnicy pomiędzy kontemplacją pejzażu i kontemplacją obrazu (powiedzmy) Rembrandta. Liczy się jakość naszej percepcji, a nie jej przedmiot. Jeśli patrzymy z uwagą, jeżeli jesteśmy obecni w tym spojrzeniu, to nawet najbardziej trywialne czy brzydkie (przynajmniej w teorii) widoki czy przedmioty mogą dać nam satysfakcję, czegoś nas nauczyć. Z kolei jeśli jesteśmy znudzeni i oglądamy Rembrandta, bo nie mamy nic lepszego do roboty, to Rembrandt nic nam nie da. Ale warto też mieć na względzie, że wielkie dzieła sztuki to najczęściej zapisy intensywnych, świadomych, uważnych doświadczeń, i już tylko dlatego mogą nas one czegoś nauczyć czy też mogą coś w nas otworzyć. Piękny widok jest niemy, choć bezpośrednio ku nam otwarty. Dzieło sztuki nie ma tej bezpośredniości, w grę wchodzi zawsze pewne medium, nieuchronnie pojawia się pośrednictwo – ale też z tego powodu jakoś do nas przemawia, samo z siebie prowokuje do bardziej intensywnej percepcji. Bob Dylan powiedział kiedyś, że jedyne, co może zrobić artysta, to zainspirować słuchacza, widza bądź czytelnika. Ale to już bardzo dużo! Dzięki obcowaniu z wielkim malarstwem mam (mogę mieć) głębsze spojrzenie na świat. Dzięki dobrej powieści jestem bardziej uwrażliwiony na to, jak i co myślą inni. Wielka sztuka pomaga nam zrozumieć siebie i innych, a także podprowadza nas ku rzeczywistości, a nie tylko ją odtwarza. Taka inspiracja to wspaniała sprawa. Ale, jak mówię, bałbym się uogólniać. Wszystko zależy od indywidualnego podejścia i zaangażowania, i chyba od wielu innych spraw. Ktoś dozna olśnienia, słuchając sonaty Schuberta. Dla kogoś innego olśnieniem będzie widok wyszczerbionego kubka. A jeszcze inna osoba odnajdzie spełnienie w stanie zupełnego wyciszenia i pustki. Myślę, że to temat na osobną rozmowę.

JB: Zdecydowanie tak, „wystarczy stanąć bokiem / i znikasz”. Dużo w Oczach szeroko otwartych tematów na osobne rozmowy. Na przykład sposób, w jaki przemycasz w książce coś w rodzaju dyskretnej autobiografii lub nie mniej dyskretne ukłony w różne strony. Na przykład kiedy odwiedzasz Wróblin i zaczynamy myśleć o Cybisie. Albo kiedy oddajesz na makulaturę książki pewnego poety. Ale zapytam o regionalizm. A tym tomie jest go u Ciebie chyba najwięcej?

JG: Wiesz, nie zastanawiałem się nad tym. Ja w ogóle nie lubię pojęcia „regionalizm”. Nie czuję się związany z żadnym miejscem. Opolszczyzna pojawia się u mnie na takiej samej zasadzie, na jakiej pojawia się Amsterdam czy Varanasi (by przywołać dwa miejsca wspomniane w nowym tomie). Jakaś chwila otwarcia, uwolnienia, która potem zostaje w pamięci i czasami oplata się słowami. Bardzo lubię Opolszczyznę, zjeździłem ją wzdłuż i wszerz. Taki Wróblin, Wróblin Cybisa – niby zwykła, w gruncie rzeczy jednak niezwykła wioska. Ale wiesz, ja nie jestem stąd. Nie ja jeden tutaj jestem wnukiem wygnańców. W moim przypadku to nie tylko Kresy, ale również Rosja, a Rosja to nie tylko zachodnia, przeduralska Syberia (ściśle rzecz biorąc Republika Komi, rejon Noszulski), ale również Daleki Wschód, Władywostok, tamte klimaty.

JB: Tom kończy krótki wiersz dedykowany pamięci Pära Lagerkvista, trochę już zapomnianego szwedzkiego pisarza…

JG: Zapomnianego, ale nie przeze mnie. Lagerkvist był i pozostał dla mnie ważnym autorem. Jedną z moich najwcześniejszych książek zbójeckich była jego autobiograficzna powieść Gość w rzeczywistości w przekładzie Zygmunta Łanowskiego. Czytałem to jeszcze w liceum (o rany, kiedy to było?), rzecz zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Pamiętam zwłaszcza scenę jazdy drezyną przez pola i łąki Smalandii… Trochę się wtedy utożsamiałem z głównym bohaterem, sam tytuł stał się dla mnie symbolem. Latem 1994 roku wybrałem się do południowej Szwecji, w dużej mierze po to, aby dotrzeć do świata Lagerkvista i zobaczyć opisywane przez niego pejzaże. Ta podróż miała dla mnie znaczenie na poły archetypiczne, trochę jak Podróż na Wschód Hessego. Nawiasem mówiąc, kiedy Oczy szeroko otwarte były już gotowe, zdałem sobie sprawę, że wiersz dedykowany Lagerkvistowi rymuje się z wierszem otwierającym mój debiutancki tom z 1997 roku. Tamten wiersz powstał właśnie po podróży w 1994 roku. Nowy wiersz też kieruje się na północ, choć w nieco innej intencji. Tak czy inaczej, wygląda na to, że zatoczyłem koło.

JB: Dziękuję za rozmowę.

.

.

Oczy szeroko otwarte dostępne są tutaj: https://business.allegro.pl/oferta/jacek-gutorow-oczy-szeroko-otwarte-18180555132

.

Oczy szeroko otwarte. Jacek Gutorow
fot. Róża Bierut

.

.

Jacek Gutorow

.

Jacek Gutorow – poeta, krytyk, tłumacz z języka angielskiego. Ma na koncie siedem tomów poetyckich (ostatnio Rok bez chmur, 2017), osiem zbiorów krytycznoliterackich (ostatnio W labiryncie. Szkice o książkach i ideach, 2025), łże-dziennik Monaten, pięć tomów przekładów poetyckich (m. in. Simon Armitage, Ron Padgett, Wallace Stevens i Charles Tomlinson), a także kilkanaście opracowań książkowych (w tym wybory wierszy Tadeusza Różewicza, Bolesława Leśmiana, Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego i Marcina Barana). Wykłada literaturę brytyjską i amerykańską na Uniwersytecie Opolskim. Lubi samotność.

.

.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu docelowego.

PODZIEL SIĘ