Ostatni raz widziałem go z profilu. Andrzej Zamojski

Wszedłem z bohaterami do tej „króliczej nory”
O „Ostatni raz widziałem go z profilu” z Andrzejem Zamojskim rozmawia Jacek Bierut

Jacek Bierut: Jest Pan postacią równie tajemniczą jak bohaterowie i bohaterki Pańskiej powieści. Może zanim zacznę pytać o Ostatni raz widziałem go z profilu, zapytam o Pana? Skąd Pan się tak nagle objawił w światku polskiej literatury? I to od razu takim tekstem?

Andrzej Zamojski: „Takim tekstem”… Dziękuję bardzo. W dalszym ciągu nie wiem, jaki to jest tekst, jak dobry. Książka nie została jeszcze czytelniczo zweryfikowana. Owszem, mam sygnały, także od Ciebie (uśmiech), że jest dobrze, a jak dobrze – dowiemy się wkrótce. Ja jestem bardzo zadowolony z efektu końcowego. To bardzo dużo.

To fakt, w światku polskiej literatury jestem nieznany w ogóle. Wpadam na panią Olgę Tokarczuk we Wrocławiu i ona mnie nie poznaje, podobnie jak pani Dorota Masłowska w Lizbonie. Nic.

Jestem późnym debiutantem. Jako młody chłopak pisałem wiersze, nawet poemat fantastyczno-rycerski, niedokończony western – to wszystko mam zachowane. A i książki podróżnicze z moim kolegą Pawłem, pisane wisząc na telefonach stacjonarnych. Ale ich nie mam, może on ma. To wszystko, to były młodzieńcze próby wyartykułowania tego, co się w nastoletniej głowie ścierało. Potem było długo nic – jeśli chodzi o próby literackie. Nie myślałem o literaturze, nawet stosunkowo niewiele czytałem. Ponad dziesięć lat temu założyłem blog o whisky. Artykuły o whisky, o jej historii, destylarniach, noty degustacyjne przeradzały się w zabawę z językiem, z formą. Wiedziałem, że jest to dosyć wyjątkowe w tym świecie, dostawałem sporo sygnałów od osób, które cenię, że jest to też dobre literacko.

Potem przyszła pandemia. Jak pamiętamy – bardzo specyficzny czas. Każdy szukał sposobu na siebie i na znalezienie siebie w tym nieoczekiwanym położeniu. Na facebooku zacząłem pisać posty o przemijaniu, o relacjach, o rzeczach ważnych dla mnie, taki monolog wewnętrzny – nazywały się Listy do A.. Być może listy do samego siebie. Koleżanka z podstawówki zapytała, czy jestem zdrowy, czy wszystko ze mną OK – bo brzmiały trochę jak rozrachunek. Było jak najbardziej OK, tym bardziej że – znowu – dostałem bardzo pozytywny odzew odnośnie mojego pisania. Zacząłem pisać Ostatni raz widziałem go z profilu.

Ale super tajemniczy nie jestem. Jakby tak było, zachowałbym się jak bohaterowie mojej książki, którzy nie ujawniają swojej tożsamości, o czym mówi początek czwartego rozdziału mojej książki.

JB: Może o jakości niech w swoim czasie wypowiedzą się inni. Dostałem książkę na maila, nie znaliśmy się (dotąd się mnie znamy, ale to się niebawem zmieni i tak, przyjdźmy na ty), rzadko dostaję książki, o których po krótkiej lekturze już myślę, chciałbym, żebyśmy to wydali. Pomysł z obsadzeniem głównych bohaterów niemal szatański. Powinno się nie udać, a się udało. Może zanim zapytam o samą książkę, podpytam jeszcze o Ciebie. Skąd wziąłeś narratora, skąd wiedziałeś, jak to pisać? Do takich rzeczy dochodzi się czasami latami.

AZ: Jesteśmy obserwatorami. Trzecia osoba jest podpatrująca. A jak zaczął się rozwijać główny motyw ludzi znanych, których tak naprawdę nie znamy – była naturalna. Pierwszy rozdział, w pewnej części, jest osobisty, strata rodzica. Pisanie w pierwszej osobie byłoby zbyt dosłowne. Chciałem się zakamuflować (a jednak).

JB: A potem poszło? Nie wierzę. Musiał być jakiś plan. Choćby szczątkowy.

AZ: Interesowałem się… (chyba nie mogę zdradzić) tą osobą, która stała się pierwszym bohaterem, więc pojawiła się pierwsza znana-nieznana postać, która stała się platformą fabularną. Uznałem, że to intrygujące – podpatrywać i „dawać życie” postaciom, które są znane, sławne, jedne mniej, drugie bardziej, o których życiu nie wiemy niemal nic. To też podbiło lub miało w zamiarze podbić zainteresowanie fabułą. Jak sam uznałeś – było to ryzykowne, szatańskie, faktycznie mogło się skończyć pretensjonalną klapą. Postacie były dodawane sukcesywnie, wybierałem je skrupulatnie, czy pasują, czy są dostatecznie intrygujące. Mam kilka, które nie weszły do książki. A jedna, która do książki weszła, jest całkowicie wymyślona i przy niej miałem największą swobodę. Mówię o osobach zaproszonych na spotkanie. Temat wspólnego spotkania był w planie stosunkowo wcześnie, ale do czego ma doprowadzić, do samego końca nie wiedziałem – to była piękna (dla mnie) improwizacja, która może nie wszystkim da satysfakcję, ale uznaję, że niedosyt jest lepszy od przesytu.

JB: O tak, ostatnią scenę bardzo przeżyłem. Sam chciałbym się zgubić w takim miejscu i w takich okolicznościach. Wielka… nie powiem co, żeby nie spojlerować. Ale zamysł, że widzimy postacie w swoim otoczeniu i wszystko toczy się tak, że w ostatnim rozdziale spotkają się na wielki finał, musiał się chyba pojawić już przy rozpisywaniu tej pierwszej postaci, może najważniejszej.

AZ: Ha, pisanie to drugie życie, więc ja przeżyłem (uśmiech). Czytanie zresztą też, po to są książki. A odpowiadając na pytanie, to zamysł spotkania się wszystkich pojawił się w trakcie pierwszego rozdziału. Uznałem, że „jechanie” na jednej postaci (i to jakiej) może być właśnie pretensjonalnie i za bardzo ją wyeksploatuje. Pomyślałem o kolejnej, o kimś całkiem innym, w innym wieku, potem dla równowagi dodałem kobietę, dla każdej przygotowałem rodzaj przeżycia, które będzie doświadczała. By jednak nie były to po prostu odrębne opowiadania, musiał pojawić się niezawodny Thomas Newton (wiadomo jakiej muzyki wówczas słuchałem), który wszystkich połączył i zebrał na wspólne spotkanie, na ten właśnie wielki finał.

JB: Już rozmawiamy zagadkami. I niech tak zostanie. To może zapytam o tę jedyną fikcyjną główną bohaterkę i tajemniczego kucharza. O nich możesz opowiadać bez spiętrzania zagadek. Mieli stać się przeciwwagą dla tej potężnej reszty?

AZ: Nie taki był zamiar, ale faktycznie taką przeciwwagą się stali. Zmniejszyli trochę ciśnienie. Kucharz jako najmłodsza osoba i nowy w tym towarzystwie ma prawo do zadawania pytań, i z udzielanych mu odpowiedzi dowiadujemy się nieco o tajemniczych spotkaniach, które odbywają się raz na sześć lat. Ale jego postać była zupełnie przypadkowa. Potrzebowałem kogoś spoza kręgu pisarz, artysta street, muzyk, też by był to zawód, który ma możliwość zachowania anonimowości mimo sławy. Nawet myślałem o anonimowym polityku, ale było to zbyt karkołomne. Kiedyś pracowałem w restauracji w Sydney i wybór australijskiego kucharza (choć sam kucharzem nie byłem i nie jestem) o polskich korzeniach był naturalny. W końcu nie musiałem używać google street view, gdy opisywałem przemieszczanie się bohatera. Mogłem też go bardziej sponiewierać, bo – jak może zauważyłeś – bohaterów, którzy mają swoich realnych odpowiedników – szanuję (uśmiech).

Marianne Eastwood też była przypadkowa. Na początku drugiego rozdziału chciałem przedstawić Thomasa, pisarza. Wymyśliłem zderzenie z kimś w drzwiach. Podobał mi się ten opis, jest dla mnie jednym z najlepszych w książce, więc przedłużyłem życie Marianne, dodałem wątek romantyczny, a nagroda Nobla przyszła mi do głowy znacznie później. Marianne jest bezpretensjonalna, dowcipna, stanowi – jak to nazwałeś – przeciwwagę. Nazwisko nie jest przypadkowe. Byłem świeżo po lub czytałem wówczas biografię Vivienne Westwood, czego zresztą użyłem w scenie w restauracji… wszystko ma jakieś powiązania (uśmiech).

JB: O tak, ta książka ma wiele planów, a wątki, choć idą szeroko, każdy w swoją stronę, ściśle się ze sobą łączą. Nie zdradzajmy zbyt wiele. Zapytam o dwie rzeczy, niemal zmysłowe doznania Czytelnika/Czytelniczki w trakcie scen związanych z jedzeniem i trunkami. I podobne przy scenach, w których dominują lub ogrywają znaczącą rolę działa sztuk plastycznych. Tu sobie pozwoliłeś na dużą precyzję i niemal sensualnie poczynasz sobie z odbiorcą. Mam podejrzenia, że często korzystałeś z własnych doświadczeń.

AZ: W przypadku finałowej kolacji wzniosłem się na wyżyny pomysłowości kulinarnej (i kolejny uśmiech, ironiczny). Strasznie kombinowałem, mając nadzieję, że nie przekombinuję. Jeśli chodzi o wcześniejsze opisy jedzenia, były oparte na różnych doświadczeniach kulinarnych, chociaż górę pankejków z syropem klonowym i bitą śmietaną zdecydowanie wymyśliłem. Opisy trunków – cóż, jak wiesz mam/ miałem bloga o whisky, więc wrzuciłem takich opisów sporo, potem sporo wykasowałem, idąc za (przeczytaną) zasadą „pisz o tym, na czym się nie znasz”. To fakt, pisanie o tym, na czym się nie zna, daje – poza ryzkiem totalnej kompromitacji – możliwość odkrywania tematu wraz z czytelnikiem i to, jeśli ta niewiedza jest umiejętnie zakamuflowana pisarsko, może dać lepszy efekt niż pisanie z pozycji eksperta. Sztuka, malarstwo, rzeźba to stosunkowo nowa przygoda, w którą zabrała mnie żona, nie opierałem się. Warstwa po warstwie, wystawa po wystawie, sztuka staje się coraz bardziej zrozumiała, coraz więcej rzeczy można w niej odkryć; jak powiedział David Lynch: „sztuka nie zmienia niczego, sztuka zmienia Ciebie”.

JB: To dobre. Pisz o tym, na czym się nie znasz. A literaturze amerykańskiej ostatnio jest zupełnie odwrotnie. Pisz to, co wiesz. Jak przebiegał proces tworzenia tych wielkich postaci, o których przecież wiemy tak niewiele. Ożyli Ci. Są żywi. Musiałeś stosować metody.

AZ: Zastosowałem – zrobiłem ich niemal zwyczajnych. Są wyjątkowi, ale przeżywają emocje i zdarzenia, których doświadczamy wszyscy. W tej książce przeważnie coś lub kogoś tracą, ale także bywa, że zyskują. To jest książka o nas. Do każdego bohatera skrupulatnie się przygotowywałem. Korzystałem z wszystkich dostępnych źródeł, by znaleźć jak najwięcej informacji o tych osobach, które skrzętnie ukrywają swoją tożsamość. Niektóre robią to na tyle dokładnie, że informacje o nich są szczątkowe. Wówczas nakładałem grubszy filtr fabularny. Ale każda jest oparta na informacjach, które są o niej dostępne. To było ciekawe, detektywistyczne zadanie, tym bardziej, że niektóre informacje czy hipotezy o tych osobach się wykluczają, są rozbieżne.

JB: Dzięki Twojej książce obaj czekaliśmy na ogłoszenie tegorocznego laureata Nagrody Nobla w dziedzinie literatury z trochę innymi emocjami niż zazwyczaj. Teraz sam musisz podjąć decyzję, czy zdradzisz trochę więcej w tej rozmowie. Bo pewnie pytają Cię ze wszystkich stron, o czym jest ta powieść. Co odpowiadasz?

AZ: To jest najgorsze pytanie (uśmiech), ale wiem, że musi paść i zazwyczaj pada. Na początku kluczyłem i to był dramat. Teraz mam już formułkę: „kilka dni z życia „anonimowych celebrytów”, prowadzących do wspólnego spotkania, które odbywa się co kilka lat”. Aczkolwiek wówczas na twarzy pytającego pojawia się zwątpienie, więc zaczynam niestety spojlerować, używając najbardziej znanych postaci.

JB: Ja mam na takie pytanie wytrych, który (jak do tej pory) zawsze się sprawdzał. Odpowiadam „o miłości”. Wracając do postaci. Jedyną Polką, która się pojawia, jest Abakanowicz, ale nie jako postać. Co jest z nami nie tak, że żadna z Polek ani żaden z Polaków nie został zaproszony na to tak niezwykłe i pokręcone spotkanie?

AZ: „O miłości”, dzięki, będę wykorzystywał. Ja teraz dodaję także – „o nas, o nas wszystkich”. Co do Polek i Polaków. Nie jest to żadna dyskryminacja. Szukałem jak najbardziej znanych postaci… które są nieznane. Aczkolwiek wiele osób często i tak kiwa głową: „hm, nie, nie znam”, cały koncept się rozsypuje (uśmiech). Po napisaniu książki wyłapałem np. Żurnalistę, który ma swój podcast, Malcolma XD autora m.in. Emigracji, którzy są w dużym stopniu anonimowi. Ale chyba jeszcze nie awansowali, by znaleźć się przy stole w The Osborne (uśmiech). Aczkolwiek – jak wiesz – miejsce przy stole nie jest dane na zawsze – więc mogą się tam znaleźć. Ale kucharz z Australii ma polskie korzenie. A Ty masz Polkę, Polaka, która mogliby się pojawić w książce i dostać żółtą kopertę?

JB: Jak coś wymyślę, to dam znać. Jest jeszcze postać, która spina to wszystko. Materialna, choć nadprzyrodzona. A nawet odwrotnie. Motor tego świata? Najważniejsza instancja?

AZ: A może tylko tak ją postrzegają bohaterowie i my razem z nimi. Może zniekształcają swój odbiór tej postaci, jako jeszcze bardziej tajemniczej niż oni, a ta postać jest całkowicie ludzka, tylko świetnie się kreuje. A może – na drugim biegunie – jest spoza tego świata, więcej rozumie, kreuje nie tylko siebie, ale rzeczywistość na Ziemi. Przecież nie wiemy, co robi w ciągu sześciu lat między spotkaniami, które mogą być kulminacją, a może są jednym z wielu wydarzeń. Odsyłam, także otwarcie w przypisach, do filmu Człowiek, który spadł na Ziemię Nicolasa Roeg’a. Thomas Newton, tak jak każda z postaci w książce, ma jakiś fabularny szkielet, kotwicę, czy to w rzeczywistości, czy w popkulturze.

JB: Opowiesz o innych popkulturowych inspiracjach?

AZ: Tego naprawdę upchałem mnóstwo – Woodkid, Gore, ucieleśniony Daft Punk, ucieleśniony lub wręcz przeciwnie – Bowie, mamy szeroką scenę street’artu od… wiadomo kogo, po „niestreetartowego” Damiena Hirsta, street art sięga w triphop, czyli Massive Attack, Portishead, filmy, jak wspomniany Człowiek, który spadł na Ziemię, Climax Noé, malarstwo, o które pytałeś, może nie jest to czysta popkultura, ale dzięki dostępności i odkrywaniu przez wielu, staje się nią lub już nią jest – Hopper, Modigliani, Kiesling, czy Abakanowicz, a jakbym pisał teraz dodałbym Marinę Abramović. Mówiliśmy o Marianne Eastwood, w której ukryta jest Vivienne Westwood. Książki, także jedzenie, whisky, inne trunki to popkultura, kawa z kawiarki Bialetti, może nawet i bitcoin nią jest. Maradona, Tour de France. Tak, tego jest cała szafa.

JB: I raczej nic z polityki. Czemu?

AZ: A po co psuć książkę (uśmiech)?. Troszkę jest, i to naszej. Blu i jego żona Oriana (jej imię wziąłem od legendarnej już dziennikarki Oriany Fallaci) są zaangażowani politycznie, społecznie i artystycznie w sprawy Wschodniej Europy. Gdy pisałem Ostatni raz widziałem go z profilu w Polsce były inne rządy niż obecnie. Są też wzmianki o Brexicie. Jakby głębiej poszukać, to jednak coś się znajdzie, ale faktycznie polityki nie ma za wiele.

JB: Tak całkiem od polityki nie da się uciec. Jest natomiast piękny wątek późnej miłości. To dla rozmiękczenia Czytelniczek/Czytelników?

AZ: To kolejna przeciwwaga. Bohater pierwszego rozdziału ponosi stratę, dużą. O bohaterze drugiego rozdziału również dowiadujemy się, że poniósł stratę, która nie pozwala mu normalnie żyć i tworzyć. Pisząc tak dalej, musiałbym dodawać do książki w pakiecie rewolwer. Marianne wpadła na Thomasa, pisarza, przypadkiem i tak już w tej książce została, bo była zbyt ciekawą postacią. Ta miłość rozwijała się trakcie, z każdą stroną, nie planowałem jej… aż doszło do aktu miłosnego starszych ludzi, który był jednym z najtrudniejszych, a może najtrudniejszym fragmentem do napisania.

JB: A zakończenie książki? Wykoncypowane? Czy ten obraz, kiedy się pojawił, był tak pociągający, że wszelkie koncepty poszły na bok?

AZ: No tak, zakończenie było najtrudniejsze, może nie w trakcie już samego pisania, ale na etapie koncepcji. Trochę się ten balonik pompował, wiedziałem, że nie mogę tu polec, bo polegnie cała książka. Miałem kilka pomysłów, ale żaden do końca mi nie pasował, były przeważnie przegadane. Całe zakończenie, te kluczowych kilka stron napisałem jednym ciągiem. Jak powiedziałeś, był pociągający, wszedłem z bohaterami do tej „króliczej nory”, za każdym zakrętem odkrywałem coś nowego. Aż ostatecznie stwierdziłem – to już jest koniec, nie ma potrzeby nic tu więcej dodawać. To była wielka ulga. To zakończenie nie wszystkim da satysfakcję, ale wydaje mi się, że ono zyskuje z czasem, po przeczytaniu, na drugi dzień, kilka dni po. I to mi się też podoba.

JB: O tak, zakończenie zostaje w głowie na długo jako osobny obraz, choć nie jest osobnym obrazem. I co teraz? Jedna powieść dostała zakończenie, niczego już nie można zmienić, i co dalej? Druga dostała jakiś początek?

AZ: Jedna z nielicznych osób, która czytała wersję jeszcze sprzed redakcji i korekty, zauważyła, że tak naprawdę zakończenie tej książki jest otwarte i jak w serialu – mógłby powstać drugi sezon… Podoba mi się ten punkt widzenia, choć zdecydowanie uważam Ostatni raz widziałem go z profilu za twór zamknięty… chociaż (uśmiech).

Co do drugiej… tak, dostała jakiś początek, ale tylko początek, kilka stron i trochę notatek. Walka o wydanie Ostatni raz wdziałem go z profilu trochę mnie przytrzymała, a potem była praca nad ostateczną wersją książki i życie. Cieszę się jednak, że nie pędziłem z nowym tekstem, bo pojawiły się nowe przemyślenia i pomysły. Jest tu trochę realizmu magicznego, dzieciństwa, okres przełomu ustrojowego, a w zamiarze sięgnięcie, w nieokreślony jeszcze sposób, do lat przedwojennych i wojennych. Ale nie chcę tworzyć sobie zbyt dużych oczekiwań. Wszystko przyjedzie naturalnie. Będę miał twórczy zapał, siłę i satysfakcję z tego, co piszę, być może powstanie druga książka.

.

.

.

Książki jest dostępna tu: https://business.allegro.pl/oferta/andrzej-zamojski-ostatni-raz-widzialem-go-z-profilu-18193394214

.

.

Ostatni raz widziałem go z profilu. Andrzej Zamojski
fot. Róża Bierut

.

.

Andrzej Zamojski

.

Andrzej Zamojski, urodzony w 1976. Ponad 10 lat prowadził blog o tematyce whisky e-whisky.pl, który w dalszym ciągu jest aktywny na facebook i instagram. Pisząc o whisky, wprowadza do opisów elementy poetyckie. Ponad 20 tekstów zostało wydrukowanych w dwumiesięczniku Aqua Vitae. Podczas pandemii, na swoim własnym profilu facebook, publikował krótkie teksty „Listy do A”, poruszające tematy przemijania, przypadku, relacji, straty i ulotności, a ich pozytywny odbiór zmobilizował go do ubrania tych przemyśleń w dłuższą formę fabularną. Powstała debiutancka książka literacka „Ostatni raz widziałem go z profilu”. Prywatnie mąż Agnieszki i tato Antka. Pochodzi ze Złotoryi, mieszka we Wrocławiu.

.

.

Partnerem Wydawniczym książki jest
Wrocławski Instytut Kultury.

Wrocławski Program wydawniczy

 

PODZIEL SIĘ