proza współczesna, wydawnictwo, pismo literackie

Relacje z ukończonego cyklu warsztatów prozatorskich
Uczestnicy

Marta S: Uczestnictwo w warsztatach prowadzonych przez Jacka Bieruta traktuję jako przywilej. Nieodpłatnie, co dwa tygodnie, przez okres dwóch lat miałam możliwość pod doświadczonym okiem pracować nad moją książką. Odbywało się to w miłej atmosferze i unikalnych przestrzeniach Wrocławskiego Teatru Współczesnego. Już te trzy argumenty powinny wystarczyć jako rekomendacja.

Na warsztaty przyszłam z wymyśloną od początku do końca powieścią – ostatnią z serii czterech. Już trochę zaczętą. Opowiadaną z trudem, często nieporadnym, krindżowym językiem. Pierwszych porad nie rozumiałam w ogóle, choć grzecznie kiwałam głową. Szczęśliwie dzięki zadawanym ćwiczeniom i słuchaniu, jak zrealizowali je inni, coś drgnęło – w tym mój statyczny i odległy narrator.

Uwagi Jacka były uczciwe, celne, a przy tym zawsze życzliwe. Podpowiadały dobre kierunki, wskazywały, z czego zrezygnować, rozwijały. Jednocześnie nie narzucały konkretnych rozwiązań, pozostawiając wolność w dalszych poszukiwaniach. Warto dodać, że bez względu na osobiste literackie preferencje Jacek pomagał z równym zaangażowaniem wszystkim uczestnikom warsztatów.

Regularność warsztatów, kursowe ćwiczenia i prace domowe sprzyjały mozolnemu wypracowywaniu systematyczności i rutyny. A te z kolei budowały tożsamość – może jeszcze nie pisarza, ale osoby piszącej. Z drugiej strony poznanie innych podobnych osób obaliło mit o własnej wyjątkowości. W zamian za to umożliwiło porównanie stylów, wrażliwości, talentów i zaangażowania.

Warsztaty dały mi dostęp do kompetentnej i fachowej porady, a także kontakt z ludźmi, którzy, jak ja, starają się zapisać wymyślane przez siebie historie. Nie zaowocowały wydaniem książki, która wciąż czeka na ukończenie, ale bez wątpienia rozwinęły mój warsztat literacki. Ponadto po kilku latach samotnej i intymnej pracy nad moją powieścią były dla mnie pierwszą okazją, by jej fragmenty zaprezentować innym i poddać ocenie.

.

.

 

Justyna: Na warsztaty do Jacka Bieruta trafiłam przypadkiem. W 2024 roku moje pisanie odbywało się raczej na zasadzie incydentalnych zrywów, z których czasem powstawało pół strony tekstu.

Patrząc na te zapiski z perspektywy czasu, skategoryzowałabym je najogólniej pod hasłem CIEKAWE i Z POTENCJAŁEM (XD). Wysłałam wówczas jedną z tych prozatorsko-lirycznych miniatur do Jacka. W odpowiedzi otrzymałam mejla o treści, którą sparafrazować mogłabym jak „Nie wiedziałem, że pisujesz prozę. Na jesień zaczynamy cykl warsztatowy, może byś wpadła”. Pomyślałam sobie „Eee, raczej nie. Raczej nigdy nie napiszę książki, po co mi to”. Tydzień później, w pubie, poznałam nową koleżankę. Powiedziała, że wybiera się na warsztaty do Jacka. „Chodź też, będzie śmiesznie”.

Lubię, jak jest śmiesznie.

No więc poszłam.

Tak jak mówiłam – PRZYPADEK. Efektem tego przypadku są:

  1. Wspaniałe znajomości, poznanie osób, które jarają się pisaniem, każda z innych pobudek, każda na swój unikalny, wyjątkowy sposób. Możliwość obcowania z ich tekstami, z ich technikami pracy, z ich podejściem do tematu – pozwoliła mi rozpocząć proces analizy i świadomego zagłębienia się w moje własne pisanie, w powody, dla których to robię i co mi ono daje.
  2. Wspaniała PRZYJAŹŃ. Koleżanka z baru stała się jedną z moich najbliższych osób, szalenie inspirujących i bez wątpienia mających wpływ na tor mojego rozwoju na przestrzeni ostatnich dwóch lat. Bez niej nie znalazłabym się w miejscu, w którym jestem teraz. A jest to miejsce, za które jestem niesamowicie wdzięczna.
  3. Dopuszczenie do siebie myśli, że CHCĘ oraz tej trudniejszej – że JESTEM W STANIE napisać książkę. Że wiem, co chcę przekazać. Ze posiadam narzędzia, aby to zrobić. Obecna od początku w całym procesie wiara Jacka oraz grupy w moje teksty, w język, którym operuję, w formę, którą tworzę stały się fundamentami mojej własnej wiary w samą siebie.
  4. Napisanie książki. Podpisanie umowy wydawniczej. W momencie, w którym piszę te słowa – do publikacji pozostały dwa miesiące, dogrywamy właśnie szczegóły promocji.

Jeśli więc ktoś zastanawia się – czy warto, ma w sobie niepewność albo mało wiary, albo właśnie pewność i wiarę ma, ale z jakiegoś powodu również zadaje sobie to pytanie. Moja odpowiedź, bez względu na to, do której grupy się zaliczacie, brzmi: ABSOLUTNIE TAK.

Warsztaty prozatorskie u Jacka Bieruta to bez wątpienia jeden z najlepszych przypadków, jakie wydarzyły się (i prawdopodobnie wydarzą) w moim życiu.

Polecam z całego serca.

.

.

 

Grzegorz H: Zimną dłonią lepi się bałwana albo skrobie karpia. Zimna dłoń jest sztywna i ma ograniczony zakres ruchów. Zajęcia rozpoczynają się więc od energicznego pocierania dłoni. Rozgrzane wnętrza przykładamy następnie do oczu, głowy i serca, dopóki nie wystygną – i tak kilka razy. Ada, Asia, Klaudia, Justyna, Marty i ja. Czasami jeszcze ktoś. Widział ktoś Jacka? Jacek prawie niezauważalnie unosi się tuż nad podłogą w rogu pomieszczenia. Raz-raz-raz. Po rozgrzewce wyciągamy przed siebie ręce i energicznie otwieramy i zamykamy piąstki. Zdarza się, że komuś przy otwarciu wypada dachówka od języka, świnia w krawacie, spalony bezpiecznik albo fragment powiatu w południowo-zachodniej Polsce, wraz z ludnością i zabudowaniami. Początkowo jest to trochę krępujące, ale można się przyzwyczaić. Przyzwyczajamy się, po jakimś czasie nawet specjalnie robimy tak, żeby wypadło. Mnie nie wypada? Weź mi potrzymaj chwilę tego wisielca!

Otwierają się drzwi, wchodzi kulturysta w trykocie. Unosi brew. Jacek mówi, że mięśnie nie tutaj, tutaj otwieramy czakrę epiki. Najlepsze efekty uzyskuje się bez użycia siły. Kulturysta opuszcza brew, wychodzi.

Jacek mówi: no pięknie. Przeczytaj to raz jeszcze w czasie przeszłym.

 .

.

Ada: Były to trzecie warsztaty literackie, na jakie dostałam się owego roku (był grudzień 2023). Jestem prawdopodobnie uzależniona od chodzenia na warsztaty, ale mniejsza o to. Zapowiadały się bardzo obiecująco, więc namówiłam na nie koleżankę, którą poznałam kilka miesięcy wcześniej na festiwalu literackim, a ona namówiła jeszcze jedną koleżankę. To się nazywa influencing.

Te warsztaty miały być jednak zupełnie inne. Przed grupą rozpościerała się perspektywa dwóch lat regularnych spotkań. Przez dwa lata wszystko może się wydarzyć. I wydarzyło się wszystko. Część z nas przyszła z gotową książką nie tylko w głowie, ale niemal już na papierze. Część bez jednego konkretnego pomysłu, za to z otwartą głową, potrzebą rozmowy, wysłuchania, wykrystalizowania.

Super było patrzeć i słuchać, jak powstają te nasze książki. Każda z innej bajki. Każda z innej wrażliwości. Niektóre bajki naprawdę rozwalały mi mózg. W najlepszym możliwym sensie.

Sama przyszłam na warsztaty do Jacka z jasno określonym celem, że chcę skończyć (miałam gotowe może jakieś 10 stron xd) i wydać książkę, bo to już naprawdę najwyższy czas. Nuda, żadnego w tym przypadku. Książka miała już wtedy swój plan, spisany punkt po punkcie w excelu i dojrzewała w mojej głowie zrodzona z innych projektów przez parę ładnych lat, ale nie byłaby tym, czym jest, gdybym nie napisała jej na tych warsztatach. Gdyby nie te 15-minutowe zadania od Jacka (to nigdy nie było tylko piętnaście minut), kiedy siadasz i piszesz, i nie ma zmiłuj. Czasem takie, że nic nie rozumiem, ale siadam i piszę, jakbym była pilną uczennicą (trochę cringe’owych myśli, że weszłam w tę rolę). I zadania domowe. Czasem takie, że myślałam, że przecież nie wycisnę z nich niczego, co wcisnę potem do tej książki. Potem okazywało się, że mam dzięki nim kilka najlepszych scen. Ostatecznie skończyłam pisać książkę w mniej więcej półtora roku, a w 2026 ukaże się ona w Wydawnictwie J. No czego chcieć więcej? Czy zrobiłabym to bez warsztatów? Może tak.

Pewnie nie.

.

.

 

Klaudia: Mam na imię Klaudia i na warsztatach znalazłam się z desperacji. Jeszcze chwilkę wcześniej lewitowałam sobie w pięknej bańce, w której robiłam różne fajne rzeczy typu grzebanie w ziemi i szukanie w tym sensu. Ale kiedyś bańka ASP musiała mnie urodzić, no i wypadłam z tego łona na świat zapłakana. I wtedy pojawiła się nadzieja na zalążek struktury bańki w postaci zajęć. Kochałam tę wizję i musiałam tam być. Szczególnie, że pierwsze wiary we mnie jako przyszłą pisarkę, we mnie wstąpiły. To było jak: sens albo śmierć.

W tym momencie musimy pewne rzeczy wyjaśnić, żebyśmy się dobrze rozumieli. Bańka jest równie dobrze iluzją, co najprawdziwszą prawdą. Takie wyznaję zasady i nic wam do tego. Jeśli zamierzacie dołączyć do grona osób nazywającego mnie nawiedzoną, bardzo proszę.

Jaka byłam od początku oczarowana! I zestresowana! Znalazłam się w środowisku, do którego czułam, że pasuję bardzo i w ogóle nie. Oni tyle mówili!!!; ta bezpośredniość kontaktu to był dla mnie szok.

Chyba muszę też przyznać, że mi to się wszystko ślizga. No i przyszłam z tymi swoimi ślizganiami myśląc, że je można ze sobą skleić na, śliską też, substancję, i że wyjdzie COŚ. No i ja tak ciągle kleiłam i kleiłam, a Jacek ciągle wysysał i wysysał, i mówił, że to śluz, że to jad. I brał ten jad, dodawał do jakiejś mikstury, której nie rozumiałam, umieszczał na bystrych strzałach i szuuu w mój tekst (i mnie)! No i mi tak dziurawił i dziurawił. I dziurawił. I dziurawił!!! No i widziałam te dziury. Gapiłam się na nie tępo. Aż wreszcie przyłożyłam je sobie do oczu i wiecie co? Okazało się, że tam wystaje świat!

Przynosiło się czasem cokolwiek (wiadomo, jak jest), zlepek rzeczy, w których składzie mogły być jakieś kosmiczne breje aluminiowo-krwistej końsko-ludzko-kamienistej substancji, czy też błyski wyciągnięte z pozgniatanej klitki w mózgu przysypanej śmieciami, a Jacek słuchał, słuchał, przykładał odpowiednią soczewkę krystalizującą i rzucał światło. Najpierw oczy nie mogły się przyzwyczaić i żyło się tylko w ciemnościach, ale z czasem zaczynało się widzieć i światło, i rzeczy.

.

.

Joanna P: Wstawanie po 3, pociąg po 4, pusty o tej porze Wrocław. Najlepsze były frankfurterki, sadzone na boczku i duże latte macchiato. Obfite śniadanie kompensowało niedobór snu. Najgorsze było to pisanie na akord. Wytłumaczenie perspektywy narratora, opis sytuacji w konkretach albo wydobycie z niej jakieś subtelności, zatrzymanie się na konkretnym afekcie, kolorze, strukturze, 10 minut na realizację i jazda. A potem „ja p…..ę i ja p…..ę, pszesz ja tego nie napiszę!” No ale się pisało, niosło, raz na poślizgu, z dużym zapasem, kiedy indziej w zniecierpliwieniu, niechęci, byle było. Ale było zawsze. Do tego ludzie, ludzie, ich gadanie, ich pisanie, ich perspektywa, ich porady. A głowa pyk pyk, a serce bum bum. I się tam kotłowało do następnego razu. Co zostało? Przeświadczenie, że pisanie dupą jest najlepszym sposobem na pokonanie lenistwa i prokrastynacji. SPP: stowarzyszenie pisarzy polskich, albo siadaj, nie pitol i pisz!

PODZIEL SIĘ