Czy maj w tym roku będzie
.
prof. Jackowi Łukasiewiczowi
deszczowy i co jeszcze powiedział
do ciebie sąsiad z łóżka pod oknem
co powiedział co zobaczył w tym oknie
czego zaczął się bać zwykle od majowego
deszczu zanosiło się na chleb w domu
albo i nie — to pytanie podchodziło
pod jego szpitalne łóżko lub co gorsza
w nocy siadało okrakiem ciężko na nogach
szpital to miejsce w którym nie lubi się za
dużo mówić i też nie chce się za dużo myśleć
twoje „Cięcia” okazują się dla mnie najlepszym
lekarstwem na szpitalną przestrzeń
w której łóżkowi przygodni podpieracze boją się
rozmawiać o nadchodzącym maju
przed majem zwykle odbywa się śmierć Wielkanocnego
Boga którego ludzie zdejmą później z krzyża
jak człowieka który za człowieka umarł
a ty Człowieku „Jaceku Łukasewiczu”
który wiosną wcześniej niż Bóg Wielkanocny
za kogo w szpitalu tym umrzesz?
.
.
.
Życie czyli obrazy ze słońcem
.
słońce stycznia
słońce lutego
słońce marca
słońce kwietnia
słońce maja
słońce czerwca
słońce lipca
słońce sierpnia
słońce września
słońce października
słońce listopada
słońce grudnia
widzisz ile słońca trzeba
żeby to wszystko jakoś przeżyć
.
.
.
W kolejce po autograf Wojciecha Bonowicza
.
Proszę, tutaj jest mój mejl.
Przepraszam, nieczytelny może – taki mam charakter.
Dziękuję. Pan się nie martwi, Pan dobrze pisze.
.
.
.
Nadbużańskie
.
Popołudnie. Wchodzimy w klimat. Hrubieszów wmieszany w słońce
kłujących krzyży trzynastu kopuł cerkwi. W kościele św. Mikołaja
– Bóg, zmarli i jedna kobieta. Sprawdzam rygle w drzwiach, są. Rok 1400.
Czyżby Bóg wtedy nie wystarczył? A może nie wiedziano, po której stronie jest.
Po synagodze ani śladu. Bolesław Prus i Leśmian – w kamieniu.
Kawki pod niebem i od nieba kupczą. Huczwa płytka i zimna na wskroś
milczy jak szyld Gotanii dla wtajemniczonych. Jan Kondrak na plakacie
i w muzyce. Wszystko to nieme a ja to wszystko słyszę.
Nad Bug prowadzą piaszczyste drogi i drewniane mosty.
Po nich biegną czyjeś dzieci, umorusane i krzepkie. Gucia obwąchuje nas
i merda ogonem. Spodnie chłopców gotowe są do prania. Wysokie skarpy
pełno rozlewisk, dwa łabędzie i tysiące muszli w zgniłych, suchych trawach.
Przebiegło w mgnieniu moje dzieciństwo – łąkowe rudy i kaczeńce.
I ta granica, na której znaleźliśmy się. Dosięgła. I dzieli.
.
.
.
Staliśmy
.
pod ciemnym zimnym drzewem
światło było daleko
całe światło było daleko
przed nami
.
.
.
Joel
.
zatoka z pomostem nie szuka odpowiedzi
uda brodzą w przezroczystości jeziora
kryształ wód pod wieczór zmienia się w błyszczący fiolet
wszystkiemu winne słońce dalekie czerwone zachód
pod stopami ostre małże oblepione żywymi małym i puste
perłowe połówki. szlifujemy piasek bez kaleczenia palców
świetliste dno do dna niepodobne. wszystko żyje drga
woda jak żywa w śladzie po czymś uciekłym przepełzłym
nie obawiamy się patrzymy śmiesznie na siebie i raka
po lewej stronie pomostu, następny wyścibia szczypce z trzcin
muszle ślimaków rozrzucone po dnie, sięgamy po niczyje
będą się bujać przy oknie pomiędzy supełkami parcianego sznurka
gesty jeziora i nasze słowa nie mają znaczenia
francuski i polski śmieszą w plątaninie przed snem
cały ten spokój płonie ogniem w noc pomiędzy ułożonymi w krąg
kamieniami
woda śpi w szkaplerze odkrytego nieba wariują gwiazdy
tego roku sierpień jest rudy rudy jak włosy w językach nocy
i ogniska a jutro nieprawdziwe jak powrót do Genewy
.
.
.
Spróbuj zebrać mrówki w wiersz
.
Przyznaję – zwątpiłam
w miłość. Patrzyłam w las ze skośnej drogi
w to bezgrzybne obejście. Susza skrzypiała, ptaki jarmoliły
Chciałam z głębi usilnie wwierzyć się w lichtarze drzew.
W muzykę, harmonię, jakąś w końcu równowagę.
Aż dżdżownica tuż przed moimi butami,
Wyciągniętymi od niechcenia przez próg samochodu
zajęła dramatyczne miejsce. Transportowana przez trzy ruchliwe
mrówki. Ona sama podeschnięta, sztywna, wypadająca z ich odnóży
co raz, pod liść, jeden, drugi, nieskładne patyki.
O tę śmierć nie było hałasu. Mrówki robiły swoje
z jej ciałem. Pogrzebnym rytuałem przemieszczały je chaotycznie
w kierunku mrowiska. Do miejsca wyżerki.
Surowiczy wizerunek tej sytuacji, na przestrzeni kilku minut
jeden rozciągły krok, od buta do buta, oddalił ode mnie sielskość
świata i przygnębił zapadające się słońce.
Próbowałam zebrać mrówki w wiersz i przyznaję, zwątpiłam
w miłość.
.
.
.
Stać mnie na więcej
.
więc wracam do widelca i jajecznicy
będę nim ją kroić
zimną
i jeść wzrokiem to co pod nosem potem
poddam się
jedzeniu chwili
by zapętlić przesuwam rękę na kubek z herbatą
można by tak bez końca: ja i ty i ja i ty
jajecznica herbata kubek
kawa twoja moja chwila z której coś wyniknie
albo i nie
zrobisz co zechcesz
.
.
.

.
Marzena Mariola Podkościelna – poetka, laureatka konkursów poetyckich m.in. „im. Kazimierza Ratonia”, „TRAKL-TAT”, „O Złotą Wieżę Piastowską”, „O ludzką twarz człowieka”, „im. Wacława Olszewskiego”, „O Złote Pióro Sopotu”, „O Liść Dębu” oraz trzech nominacji do warsztatów Połowu Biura Literackiego. Jurorka konkursów literackich. Publikowała w ogólnopolskich pismach literackich: Odrze, EleWatorze, Helikopterze, wydawnictwoj Jacka Bieruta, Kozimrynku, Egerii, Migotaniach, Latarni Morskiej, Przestrzeni Pogranicza, Frazie i innych.
Animatorka i twórca kultury. Nagrodzona w kategorii Twórca Kultury i Animator Kultury.
Pomysłodawczyni i prowadząca cykl spotkań „Anna Kamieńska w moim życiu” w Powiatowej Bibliotece Publicznej w Krasnymstawie. Gośćmi jej spotkań byli m.in. prof. Paweł Śpiewak, prof. Zofia Zarębianka, prof. Karol Samsel, Jarosław Trześniewski-Kwiecień, Michał Zabłocki i in. Z Janem Kondrakiem z Lubelskiej Federacji Bardów realizuje projekt „Wiersze śpiewane i mówione”.
Kontynuatorka Krasnostawskiej Nocy Poetów, pomysłodawczyni i organizatorka Turnieju Jednego Listu. Redaktorka działu literackiego „Akuratne” – pisma Duszpasterstwa Środowisk Twórczych Diecezji Zamojsko-Lubaczowskiej.
