Kobiety
.
Wrażliwe jak nerw,
nie znają brzydkich słów, bo i po co, kurwy z nich żadne:
to raczej zajęcie dla wulgarnych, twardych, tych, co po wszystkim
szybko liczą hajs – następny, proszę – podczas gdy wiara ich sióstr
przenosi góry, tam i z powrotem.
Jedne i drugie
mieszkają w wyobraźni eleganckich panów, których życie gorszy,
bo jest historią wydzielin, a tylko łzy są okej, w końcu płaczą
nawet figury świętych. Niżej – ohyda, ta uryna, ten kał i pot.
Podejrzana wilgoć, tylko żeby wydać syna
na świat.
Albo córkę, choć to raczej kara – na szczęście będzie miała wybór.
Ja? Ja akurat nie wybierałam, wzięłam pakiet
w promocji.
Jesteś taka wrażliwa –
myślę teraz i czule patrzę sobie w oczy
– ty kurwo.
.
.
.
Wielkanoc
.
Wszystko znów nowe, znów wodzi nas za nos na pierwsze w tym roku pokuszenie.
Wielki ruch i ten blask, od rana bijący w twarz, w rany i jajka, i różowe ciałka wciśnięte
w schludne siateczki. Jeszcze tylko podłogi, ty szmato, jeszcze okna. Wiklina spleciona
ze zmęczeniem i biała serwetka, no, nie wiem, czy ci wierzę, za to poświęcenie trzeba
słono płacić, cały rok.
W niedzielę podamy sobie ręce, choć oczy powędrują w górę, nad starannie
wypolerowany brud, do spraw większych, chwilowo w zawieszeniu.
Potem palec w bok albo w oko. Sprawdzimy, ile kto zniesie.
Na stole kajmak, pod stołem – kamienie; jeszcze
tylko uśmiech.
Na zdjęciach w Internecie pięknie
wyjdą te święta.
.
.
.
White biel
.
Jest pięknie, jest pusto, więc kiedy dzwonisz, mam dla ciebie miejsce
pod kwiatami lilii, białych i otwartych; jest ci z nimi tak bardzo do twarzy.
O szyby uderza śnieg, a może stada głodnych ptaków, bo zima, zima jak dawniej,
mróz i biel.
Potem rozmawiamy o sprawach nieistotnych, jak pogoda, praca i plany
na przyszłość. Przeczesujesz włosy palcami, a ja, ja dotykam szyi, trzeci raz.
Well, mówisz wreszcie, I would really like to see what you have under this white shirt,
will you please show me.
I will, I reply, and start unbuttoning the shirt, so thrilled, because I feared
you’d never ask and I was dying to show you this new bra, so bold and skimpy.
And I know this is a rather unexpected change of language but when I undo
buttons for you
I always do it in English.
Slowly.
.
.
.
Optymistka
.
W moim wspomnieniu wszystko jest złote: plaża i morze
rozjarzone słońcem, i twoje ciało, lśniące drogocennym
olejkiem z drobinkami złota z drogerii twojej mamy,
i noce, które przesypiałeś całe po złotym, złotym piwie,
jasnym nektarze bogów impotencji
i innych porażek.
To piękne wspomnienie, choć i jemu brakuje wyraźnej pointy,
tak jak i tamtym nocom; przy złotym księżycu podziwiałam
do rana na tle pustej ściany twój szlachetny profil, rozchrapany
tak, że nie słyszałam własnych myśli, nie mówiąc o falach
bijących o brzeg i tej parze obok,
co wcale nie spała.
No cóż, dłużył mi się ten tydzień okropnie.
A więc cudownie, że nie
dwa tygodnie!
.
.
.
Godiva
.
Płaszcz posiada podszewkę i dwie kieszenie.
(z opisu aukcji Allegro)
No, to znacznie
więcej niż ja, nie sądzisz? Ja nie posiadam płaszcza.
Poza płaszczem mój stan nieposiadania obejmuje dom z ogrodem,
pierścionek z brylantem, samochód, męża, młodość i urodę,
wspaniałą rodzinę i dziecko, wypożyczone na czas określony,
który powoli dobiega końca.
Masz rację, co mam – rozdam. Co zarobię – roztrwonię.
W cokolwiek spróbujesz mnie ubrać, od razu samo spada,
etykiety się mnie nie trzymają, podobnie
jak wartości, wierzenia,
a zwłaszcza
poglądy.
Niczego mi nie możesz odebrać;
co za pech.
Paraduję ci pod oknami nago,
całkiem zadowolona – ja, królowa
ujeżdżam twój świat
na oklep.
.
.
.
Tears
.
Całkiem ładny dzień, choć niedziela. W oknie gładki błękit, samolot równo przecina go na pół.
Zostaje blizna, przez chwilę szarpię ją wzrokiem – tak, żeby bolało. Zaraz potem nadpływają
bardzo białe chmury, w tle fortepian solo opowiada o nich smutną historię.
Brzęk szkła. Restauracja. Kiedy wychodzę, płatki śniegu rzucają się na ziemię, żeby ze sobą skończyć. Śmieję się i rozmawiam, nie naprawdę, albo dobrze, jeszcze po jednym. Dlaczego nie? W powietrzu pachnie czerń, calvados i kubańskie cygara.
Taksówkarz uśmiecha się do mnie w lusterku. Po powrocie gorąca zupa
smakuje jak nigdy; liście kolendry dodają jej splendoru
i twój sms.
Yes, piszę w odpowiedzi, I had a very nice day,
but my pussy, she was crying for you
all the time.
.
.
.
Na przyszłość
.
Pamiętaj. Żadnych śladów, choćby chwilowych
jak wtedy, gdy samolot zadrapie o zmierzchu
sinawe niebo.
Żadnego granitu czy innych twardych dowodów
minionych wydarzeń. Żadnej trąbki na capstrzyk, łez,
wspomnień i zdjęć.
Żadnych przemówień. Wątpię, by ktoś mógł
jeszcze dodać cokolwiek, co warto usłyszeć.
Lepsza będzie cisza.
Pamiętaj. Popiół niech szybko stygnie w zimnym
powietrzu, niech go poderwą do tańca ciemne stopy.
A potem wiatr.
.
.
.
Z podróży
.
Kochany mój –
już do ciebie wracam i zaraz wejdę do ciepłego łóżka
z tym, co pozbierałam po drodze, co mi się wplątało
we włosy, co ukradkiem wsunęłam
w kieszenie, ciężkie
jak złe sny.
Więc kamienie
i ukryte w nich kształty albo nagrobne
poranki, truskawki z koszyków na brudnej ulicy, spazm
kurzu w tamtej chwili, gdy długo wyczekiwany deszcz
runął wreszcie
na miasto.
Historie zdrad
zdradzane szeptem, poronień, niewprawnych
kradzieży. Obiadów, na które nie przyszedł, choć ona
czekała. Chudych klaczy, co dają więcej mleka
i ciętych kwiatów, spektakli
ich pięknej
agonii.
Mój ukochany –
tak piszę do ciebie, tak o tobie myślę,
choć przecież nie należysz, a to drugie słowo
to głaz na brzegu rwącej rzeki,
od mchu zielony
i śliski.
.
.
.
Do widzenia
.
Wiosna. Co z tego, w szybach zawsze zimowe, posępne pejzaże, zawsze
zmierzch. Dni zalatują kościołem, dłużą się jak cienie, gdy słońce
przedziurawi na chwilę strop chmur. Patrzę
na siebie, to ja i nie ja; teraz wszystko jest inne, moja twarz i twoja, ta nowa
– pozioma, nieruchoma. I coraz bliżej podchodzą do okien tamte
słowa, w które żadne z nas nie wierzyło,
bo mówiły prawdę: tak, już to wszystko masz, spokój i ciszę, jasny
chłód poranka i wieczorną czerwień. Nasz ostatni dzień,
odprowadzam cię wzrokiem za horyzont, to całe
moje pożegnanie. Nie mam dla ciebie nic więcej, nie mam nawet psa,
który mógłby wyć teraz żałośnie, szczekać na zły los. Nie bardzo
nam się układało, wiem. Ale może być lepiej, wystarczy,
że na mnie zaczekasz.
.
.
.

.
Joanna Nałęcz – anglistka, copywriter, przez dwadzieścia lat tłumaczka, teraz zajmuje się głównie redakcją tekstów literackich, prowadzi warsztaty pisania kreatywnego, redakcji i storytellingu. Należy do Polskiego Stowarzyszenia Haiku.
