Wilno
.
patrzę na płynny deszcz
jako jedyne kontinuum w Wilnie
wszystko inne to postsowiecki luksus
socjologicznie ułożony.
z dolnych ulic wylewa się życie
napięte jesionki okrągłe twarze
zdrowe oczy
gubimy się rodzinnie i celowo
gołębie gruchają koledzy piją
na murku cień kogoś złotem
pociera jęczmień bezdroża wilgoci
anarchistyczne skwery nic z romantyzmu.
ortodoksyjne skupieniu ociężałej mirry
przerywa linia melodyczna
tata tata tata synowie nakazują wrócić.
.
.
.
Colmar 2024
.
asamblaż odnalezionych ulic obok
deszcz stuka w porzuconą koparkę
napięcie lśni w Colmar.
etiopska kobieta uroda wielu dworców
zaprasza do dalszych poszukiwań
duże soczyste zęby negowane
przez łysych aparatczyków kontrabas
rudej sukienki powtarza: miłość
na sztywno to pułapka proszę Pani
słyszę pianino robi się nerwowo
zniszczenia w ciele kobieta
okrywa walizkę kartonem po pomarańczach.
wciąż nie rozumiem szklaków migracji
alzackich bocianów.
.
.
.
***
.
Waldemar odłóż cytryny
i podejdź proszę
mam ośmiornicą będę nią uderzać
o rozgrzany kamień
dzielnicy Vieux Port.
dochodzi czternasta autystyczny syn
algierskiego kupca szykuje się na spacer
dziś towarzyszy mu opiekun z Malawi.
Farhad biega po krawędziach śmieje się
co jakiś czas podskoczy w górę tak wysoko jak nikt.
ogrody zalewamy zalewą oliwą kroimy cebule
dusimy czosnek. Marsylia ma cudowne światło.
.
.
.
***
.
dwie kule orzechowej żółci
balansują na płótnie w trójwymiarze
antropomorficzny opat uwikłany
bluszczem czerwień schodzi
z policzków trybularz
rozgrzesza freski nieruchomieją
oczy krów pękają czernina
na stole przeskakuję mur
odnajduję zasięg i uciekam.
uśmiecham się na pożegnanie.
.
.
.
Egzystencjaliści tańczą jazz
.
zaglądam przez uchylenie
stoliki w bistro równiutko ułożone
na każdym czerwony ptak origami.
syfon -bóstwo pośrodku
głowa konia kiwa z uznaniem
lutuję myśli do trzech dni wstecz.
hałaśliwa sekcja rytmiczna zamawia drinki
tańczymy jazz cham pali
pękają żardinierki.
.
.

.
Tim Koza – fenomenologiczny poeta chwili. Protestant, mąż, ojciec, poeta, nauczyciel.
