1.
.
izoluję słowa
grupuję i dzielę
na samogłoski karmiące oddech
i spółgłoski ciężkie jak podeszwa buta,
który opada nagle wiosną o poranku na ulice pęczniejące od stóp i opon
litery wymykają się spod mięsistego języka
krwiste, urywane, przeciekają przez szparę między niedociśniętymi wargami,
sącząc na dywan, dłonie dzieci, pokrojony chleb
mogę mówić
do kogo nie ma
.
.
.
2.
.
ciąży mi tożsamość, której nie mam
pewnie dlatego kupuję wyszczerbione, bezpańskie filiżanki
sygnowana nie swoim nazwiskiem,
obracam w dłoniach duńskie, kruche ciało,
przykładam do ust, próbując tchnąć w nie życie
nie swoje, innym użyteczne
fartuch prababci cienki podskórek,
moje włosy cieńsze niż babci
dłonią dociskam wałki
w matczynej drodze do nieba
stopy bez twardej podeszwy,
nisko nad głową biel belek
spróchniała pamięć nieobecnych
i tylko skrzypnięcie schodów przypomina ich oddech
miód na wieczku słoika w grubych palcach dziadka
słodki ulepek miłości
.
.
.
3.
.
gdzieś ją widziałam,
niewidzialną
na tle kubków
ułożoną równo w rządku
między widelcami, nożami, łyżkami,
na wyciągnięcie ręki,
choć ciężar obecności
przenosi z talerzami z kuchni do pokoju
skórę na dłoniach miała cienką jak bibuła,
jak obrus wyszywany haftem richelieu,
wykrochmalony dwa razy
pochylona gonił przez korytarz
wieszała pranie,
w koszuli nocnej
ręce ocierając o sznur,
latem sypiała pod ażurową firanką
na klamce
nikt nie zostawia
związanych w pęk czekoladek i polnych kwiatków
od ośmiu lat pani Helena nie kolekcjonuje kropli wody
pudełko po margarynie leży puste tuż za komórkami,
gdzie drzwi z jej nazwiskiem
otwarte na oścież przyjmują rdzę gościnnie
.
.
.
4.
.
jestem, która jestem
z dłoni mojej prababki
które liczyły kości
miękkich włosów dzieci
zostawionych na poduszce
czasem matka we mnie kurczy się
wracam wtedy pod drzwi niedomknięte
do siebie
klucz wciąż pasuje do zamka
uczepiłam się siebie
.
.
.
5.
.
pomiędzy świadomością,
że donikąd ta droga,
a zakrętem branym na szybko
jest ułamek sekundy,
czystej jak niebo w letni dzień o 5:30,
kiedy moja córka śpi swoje sześcioletnie sny
a blat stołu nie rozgościł się po kant okruchami
ten moment lubi przychodzić nieproszony
choć nie stawiał go nikt na końcu zdania
nie nastąpił, a jednak obecnością drażni,
może utknął gdzieś pomiędzy krtanią a przełykiem
czasem udaje mi się go przełknąć, wychodząc z uliczki
inna sobie
.
.
.

.
Anna Filiks-Turek – mieszka i pracuje w Opolu. Filolożka polska, autorka książki dla dzieci W pogoni za chłopcem, co ma pięć dłoni. Publikowała na łamach „Prowincji”. Współtworzyła Krakowski Salon Poezji w Opolu. Pisze o ciele, materii codzienności i pamięci zapisanej w rzeczach. Prezentowane wiersze pochodzą z jej debiutanckiego tomu wejście w echo. Tworzy w sieci kameralny gabinet osobliwości (@nim_wstanie_dzien).
