Twoja głowa dźwiga dzisiaj gęsty
warkocz, gdzie igły i drzewa wplatane
mieszają się w chaosie migotliwym, lecą
kometą we mnie.
Stanisław Barańczak
.
rodzeństwo
.
Duma chłopca skupiła się w małej rączce.
Na palcu wstążka zakończona balonem
z niebieską kulką pełną wody.
Z zarośniętych synaps nie wyłonił się cień zależności.
Jedna płytka – nieuwaga wystającego chodnika,
jak nierozpuszczony w mlecznej drodze
cynamonowy kwadracik. Ziemia zerwała się
ze sznurka orbity i spadła z gwiezdnych schodów.
Im bardziej znikał, tym głośniej rzeki spływały.
Siostra ratowała rzeczywistość. Nawlekała
na sznurek horyzontu: obwarzanek i piłkę.
Dopiero lepki donat przywarł i trwa do dzisiaj.
.
.
.
donat
.
Donat jest idealnie miękki. Lepki, puszysto-wełniany
z niewielkim bulajem w środku. Usta otwarte
w wilcze zęby. Wchodzą w kęs i coś się nie zgadza.
Obwarzanek patrzy z boku na krwawiący palec.
Jest sfabrykowanym dowodem rzeczowym. Miał być
naszym kołem ratunkowym – mówi głos z offu.
Zoffu jestem – spuszcza powieki w długim ujęciu.
Rzeczy rozpadają się od środka – klepię go po strunach.
Przechodzimy przez wrocławski i krakowski rynek.
Taśma pod stopami przesuwa się wzdłuż bruku.
Ruch odbija ślady stóp.
Wróciłeś – wraca z odrębnej historii.
Długo nie zagrzeje miejsca.
Staje wyprostowany i nie widać błędu
zanim czas nie podkreśli go na czerwono.
.
.
.
sen
.
W nocy sen o klęczących matkach.
Ptak dziobie obce pisklęta. Stoimy na brzegu.
Przed nami rzeka ordynarnie skręca w prawo.
Łyk wody infekuje wstążkę.
Siostra pochyla dziób.
Otwarte oczy w głodne gniazdo.
.
.
.
dzień o wielu zachodach
.
Dla siostry to musiał być dzień o wielu zachodach.
Krzyczała, gdy system wlókł ją na osądzenie
z występków przed czarne oko jej wysokości sądu.
Brak czerwonego pulsowania diody nie pozbawiał
wyroku natychmiastowego trzaśnięcia drzwiami.
Odpowiadała, stojąc w kajdanach o: to nie ja,
o nie pamiętam, o byłam wtedy sama i tak przez
wszystkie dwadzieścia dziewięć występków
zasianych makiem pionowo i wzdłuż.
Najtrudniej było sprzedać dwa kłamstwa
i półprawdę twarzy ochroniarza niepokalanej myślą.
Zapłaciła za nich i zostawiła napiwek.
Wylądowała na wysokim piętrze. Tu noc była
czarniejsza, głębiej osadzona. Od razu uruchamiała
owady. Motyle krążyły w wydłużonym kręgu lampki
stworzonej bardziej do wyglądania niż świecenia.
W obramowanej przestrzeni apartamentu
zachwycały książki i kanapa niczym port
uwięziony pomiędzy wzgórzami.
Zdjęła buty i weszła w gest
wystarczająco lepki i świętokradzki.
.
.
.
gesty
.
Z takich gestów zbudowało ją życie. Opuszkami
smakowała pikowania, studiowała szarość niesplamioną
żadną plamką. Trwała na brzuchu, dziecięco machając
stopami, jakby zapamiętywała zawartość półek.
Różowa grafika Alicii Rihko mogła nie podniecać
tylko zmarłych. Cieliste duchy natychmiast
uniosły skrzydła – kazały obijać się o żebra,
o siebie i ginąć. Wezwała windę i rozsunęła się
kurtyna teatru. Na scenę wpłynęła aktorka.
Dotknęła tatuażu na ramieniu.
Motyle ginęły w sekundę by wskrzesić się
w dwie. Wystarczyło musnąć skórę czarnymi
sprężynkami włosów. Taki był warunek
by oddawać się za każdym razem w scenerii
innego mieszkania. Wśród obcych rzeczy,
gwałcąc cudzą intymność
i patrząc na schody,
czy nie zejdzie z nich ktoś jeszcze.
.
.
.

.
Kazimierz Kozaryn – laureat konkursu dwumiesięcznika Pogranicze, ostatnio wyróżniony w X konkursie Siegfrieda Lenza. Laureat I miejsca w XX Konkursie Poetyckim im. J. Kozarzewskiego odbywającym się w Nysie. Jego wiersze znalazły się w antologii „Ścieżką obok drogi”, w Pograniczach, Akancie i portalach internetowych.
W 2024 roku wydał powieść „Supły i odpryski”.
Aktualnie pracuje nad książką poetycką „Adhezja”.
Absolwent zarządzania.
Ojciec dwóch córek.
Mieszkał we Wrocławiu, Szczecinie, Poznaniu, Warszawie, Łodzi i Rzeszowie.
Osiadł w Lublinie.
