Przychodzi do mnie niesłychanie często
.
Przychodzi do mnie niesłychanie często, mógłbym przysiąc, że prawie codziennie. Czasami
mam coś do zrobienia, ale jej to nie przeszkadza, siedzi bez słowa i przygląda mi się, staremu
głupcowi. Zawsze najpierw zachwycam się nią całą, jej niewinną młodością i nieprzemijającą
urodą, potem wpadam w gniew, przez kontrast, następnie w melancholię, a ona uśmiecha się
albo śmieje, bez cienia szyderstwa, łagodnie i czysto. Dopiero to mnie uspokaja. Przez ten głos
dawno już przestałem słuchać muzyki, bo żadna inna mnie nie cieszy. Odwracam się
nadaremnie: gdzie nie spojrzę, ona tam będzie, siedziała nadal nieruchomo albo może zajmie
się czymś, żeby dłużej się nie nudzić. Kiedyś nie przychodziła w ogóle, chociaż bardzo
chciałem, potem, gdy zaczęła, na próżno próbowałem ją wyrzucać, dzisiaj natomiast, kiedy
mam już swoje lata, mogę tylko poddać się jej kaprysom. Zrozumiałem, że jestem od niej
całkowicie zależny, bo chociaż choruję, kiedy przychodzi, z pewnością umrę, gdy przestanie.
.
.
.
poniżej stratum
.
pas pośrodku dwóch dróg, powyżej ciało zmęczone od pasa w dół, poniżej stratum, historia,
której nie będzie częścią, tak jak jego sztywne od potu pantofle, które ma od początku, zniknie,
zawsze znika, rozpadnie się, tak jak jego pantofle, rozpadał się już nieraz, rozpadnie się znowu
i pójdzie dalej, aż zniknie, zniknie i powróci, wraz ze swoją relikwią, którą chowa pod kurtką
i dociska do piersi, po to mu kurtka i piersi, po to mu relikwia, żeby nic z nią nie zrobił, tak jak
z książkami, które zbierał i żadnej nie przeczytał, i oczami, o które dbał, a teraz idzie na oślep,
błądzi od jednej do drugiej, aż padnie, padnie i powstanie, od razu albo zdrzemnie się, skoro
już będzie na ziemi, może nawet pozwoli sobie na odpoczynek, odpocznie i pójdzie dalej albo
zawróci, nic go nie spotka, nic go nie minie, będzie szukał tamtego dnia, każdego dnia, nowego
relikwiarza, innej kurtki, innej piersi dla swojej relikwii, będzie się bał, że nie znajdzie, będzie
się wił, będzie bał się wić, żeby mu tak nie zostało, tak mu nie zostanie, ach, gdyby tylko istniał
krem do rąk dla duszy, pomyśli, i spróbuje go sobie wyobrazić, i jak go nakłada, zawsze to robi
w takich chwilach, wtedy przez moment jest mu lżej, zdarza mu się nawet zapomnieć, że nie
ma skąd pójść ani dokąd zostać, że w końcu będzie musiał się zatrzymać, nie wiedząc, czy nie
może iść dłużej, czy dalej, i nie pozostanie mu już nic innego, jak tylko rozmyślać o życiu,
które zaczęło się w chwili, gdy skończyło się inne, to znaczy w pewnym sensie, bo matka nadal
żyje, dzieciństwie, które zleciało mu na dorastaniu, młodości, przez którą tylko się zestarzał,
wreszcie miłości, która na starość wypędziła go z jedynego miejsca, które mógł nazwać
własnym, pomimo że nie należało do niego, jak wszystko oprócz tego nieszczęsnego uczucia
(albo nawet nie, jakąś jego część oddał przecież jej), książek, które zbierał i żadnej nie
przeczyta, pantofli, które ma od początku, i relikwii, którą chowa pod kurtką i dociska do piersi
.
.
.
Ezra Haynes
.
Ezra Haynes, bo od niego trzeba zacząć tę historię, żeby móc skończyć ją na Becky Adams,
już bez Ezry Haynesa, co zapewne zasmuciłoby go ogromnie, gdyby wiedział o tym od
początku, ale też mogłoby ustrzec go i pokierować jego kroki w stronę szczęścia, które w tym
wypadku uzależnił od Becky i własnego powodzenia, zamiast na przykład od Sunny i jej
szczęścia w życiu albo nawet kilku innych życiach, które nim później obdarowała,
niewątpliwie nie z braku Ezry i tęsknoty za nim, jak lubił o tym myśleć z braku Becky
i tęsknoty za nią, ale zwyczajnego przeżywania spraw po swojemu, co nie mieściło mu się
w głowie przez Becky, która chyba tylko tam zajmowała dużo miejsca, ponieważ na co dzień
i od święta była raczej drobnej postury, o bucie w rozmiarze wieku, do którego powoli zbliża
się w chwili, kiedy spisujemy tę historię, blond włosach i zielonych oczach, które nie tylko
w wyobraźni, ale też wspomnieniach Ezry nie chciały przestać być niebieskie, wąskich ustach
i szerokich horyzontach, aż po które mu uciekała, i tak na przykład podczas gdy ona oddawała
się nauce, on uczył się oddawać, albo też interesował ją taki rodzaj literatury, w odniesieniu do
którego on nigdy nie użyłby podobnego słowa, co zresztą jest kolejną kroplą w morzu smutku
Ezry, który podjął ostatnią heroiczną próbę zdobycia jej serca, tym razem piórem, sposobem
najgłupszym z możliwych, zamiast powiedzmy przygotować jej ulubione danie z kurczakiem,
którego osobiście nie znosił przez smak i zapach i Bóg jeden wie, czy tylko dlatego, nie mamy
bowiem wglądu w dzieciństwo Ezry, gdzie należałoby? szukać prapoczątków tego rodzaju
animozji, mamy też ograniczone zaufanie do psychologii i jej metod, dlatego uznajemy, że
wszystko przez drobiową parówkę w bułce, którą zakupił w dorosłym życiu na peronie dworca
kolejowego w obcym mieście (nie żeby w jego parówki w bułce były wyższej jakości albo
w ogóle dało się je kupić), i przejdźmy do tego nieszczęsnego poematu, który nie dość, że
zatytułował, a jakże, Becky Adams, na cześć Becky Adams, to jeszcze, na domiar złego,
zadedykował go tej biednej dziewczynie z bogatego domu, która prawdopodobnie nigdy go
nie przeczyta, przynajmniej za życia Ezry, bo śmiemy zakładać, mając na uwadze sposób,
w jaki w ostatnim czasie prowadzi się Ezra, głównie z powodu Becky, ale też innych
dolegliwości, o których nie wypada nam tutaj wspominać przez zwykłą ludzką przyzwoitość,
oraz sposób, w jaki prowadzi się Becky, głównie z powodu szczęśliwego układu planet, ale też
głowy na karku, że przeżyje go ona o co najmniej pięć, jeśli nie dziesięć lat w dobrym zdrowiu
lub od dwóch do trzech w chorobie, i pozostanie w szufladzie komódki (poemat, nie Becky) w
wynajmowanym mieszkaniu na poddaszu sypiącej się kamienicy w śródmieściu, do której Ezra
nie może wejść od podwórza z tytułu posiania klucza do bramy, aż pewnego dnia położy na
nim swoje gangrenowate łapska jakiś prostak, który zrobi z nim to, co każdy przeciętny prostak
zrobiłby z każdym przypadkiem znalezionym przeciętnym wielkim dziełem literackim,
mianowicie bez ceregieli wyrzuci go do kosza na śmieci, przy czym nie godzi się nam nawet
przypuszczać, że lata poezrowe Becky spędzi segregując papier w zamiejskiej sortowni albo
że, co jeszcze mniej prawdopodobne, będzie kolejną osobą na liście zainteresowanych tym
konkretnym albo jakimkolwiek innym mieszkaniem na wynajem, w tym konkretnym albo
jakimkolwiek innym życiu, z powodu wymienionego w dwudziestej czwartej linijce; tak,
Becky Adams nie była najlepszym wyborem dla ulokowania w niej uczuć Ezry Haynesa, Ezra
Haynes natomiast po prostu nie był dobrym wyborem, toteż wiódł życie samotne i pełne pustki,
którą najczęściej wypełniał tanią gorzałką i drogimi sercu wspomnieniami, każde mniej lub
bardziej związane z Becky i mniej lub bardziej związaną z każdym Sunny, albowiem innych
kobiet nie znał, nie licząc matki, która nie chciała znać jego (i ojca Ezry, którego Ezra też nie
chciał znać), zaś z mężczyznami to nie to samo (co innego uważał dawny znajomy Ezry, Dean,
którego życie potoczyło się, w przeciwieństwie do ezrowego, w kierunku, dla którego można
przynajmniej znaleźć jakieś określenie – nie zrobimy tego z szacunku jedynie dla prywatności
Deana, której on sam co prawda nie szanuje, ale to już nie nasza sprawa, my zresztą nie mamy
swoich spraw, stąd niezdrowe zainteresowanie życiem Ezry, Becky, i życiem Ezry – musicie
jednak wiedzieć, że Dean jest łajdakiem z krwi i kości, i to krwi zepsutej, kości aż dziw, że
niepogruchotanych, bo zasługuje jak mało kto, i jak mało kto nie zasługuje na ani jedną
wzmiankę w mowie i piśmie, ani jedną literę, których otrzymał tu bez mała sto wyłącznie ku
przestrodze, bodaj dla Sunny, dosć już bowiem na świecie cierpienia i smutku, głodu,
przeżarcia, i męki Tantala Ezry, niechaj zaśnie dla tej historii narkotycznym snem, pierwszy
raz od dawna, z głową na prawie ukończonym poemacie, który odczyta niebawem przyśnionej
Becky, skoro tylko przestanie śnić bzdury w rodzaju spadam, latam, byle ubranie mu się nie
postrzępiło, pozostaje jeszcze mieć nadzieję, że nie palnie niczego głupiego, na przykład nie,
nic się nie stało albo nie szkodzi, poczekam, cieszę się twoim szczęściem i tak dalej, i od razu
przejdzie do działania, nasamprzód flankując, żeby jej bokiem nie wyszło, następnie przypuści
szarżę i dokona odczytu swojego magnum opus w scenerii à la Łucja z Lammermooru, echo
zamkiem niesie, on ubrany w pingwini frak – nic do zarzucenia – ona ma na sobie długą, białą
suknię w pieski, pantofelki z maciupcimi kokardami koloru écru, takież aksamitne rękawiczki
oraz pstrokatą czapkę bejsbolówkę z paskiem na rzep do regulacji obwodu, sponad którego
zwieszają się spięte w koński ogon złote pukle sięgające ramion, którymi lada moment raz po
raz wzruszać będzie treść jego pierwszorzędnej epopei, aż nie dozna kontuzji prawego barku i
donośnym jękiem zbudzi go ze snu), nie to, że nie lubił spędzać z nimi czasu, ale do żadnego
nigdy nic nie poczuł, już prędzej od, zapachy te jednak nie były miłe dla jego nosa, cóż dopiero
sercu, Becky natomiast pachniała, och, jak pachniała! jaśmin kopal róża damasceńska stal
gleba po deszczu francuski tost gorące mleko tamta noc święta za pasem ogrody Generalife,
do tego używała perfum o zapachu tak złożonym, że darujemy sobie jego opis i zamiast tego
dokonamy charakterystyki wyziewów Ezry w trzech zaledwie słowach: mogło być gorzej, co
należy potraktować jako komplement nie lada, jeśli wziąć pod uwagę niezliczoną ilość
niedostatków, w jakie wyposażył go los, zanim wypchnął go z łona i z hukiem zatrzasnął mu
za plecami drzwi, do których teraz będzie musiał dobijać się już w asyście Świętego Piotra, o
ile oczywiście odnajdzie powrotną drogę poprzez dobre uczynki, regularną modlitwę et cetera,
ponieważ znacznie się od nich oddalił w czasie swojej bezowocnej tułaczki po bezdrożach tego
świata, mając Becky za jedyny drogowskaz, który niekoniecznie musi wskazywać dobry
kierunek, nawet jeżeli sama jest dobra podług wszystkich ziemskich miar, Beatrycze Portinari,
Laura de Noves, ożywiony posąg Pigmaliona Ezry Haynesa, który nie potrafi wyrzeźbić nawet
własnego ciała, nereida nieprzebranych mórz, które przemierza na fali uniesień nasz rozbitek,
muza muz o pięknym głosie, Becky Adams, zwykła, niczym nie wyróżniająca się dziewczyna
z małego miasta, która miała pecha znaleźć się w miejscu, do którego czysty przypadek oraz
brak celu zaprowadziły tego domorosłego poetę i darmozjada, głodnego miłości i po prostu
głodnego, albowiem spotkali się w barze z jedzeniem i piciem, które jak dotąd ani trochę nie
ugasiło pragnienia, jakie jął odczuwać, gdy tylko ujrzał ją zamawiającą danie dnia i herbatkę.
.
.
.
biblioteka
.
dotykam czasem miejsc w których się zatrzymał żeby znowu unieść dym żeby znowu gryzł
jak dawniej znowu przyjdę tutaj zetrzeć kurz gdzie indziej zetrzeć tutaj druk palcem
przenieść go ze starych ksiąg na nową mapę snów żeby lepiej zgubić się tym razem lepiej
zgubić się i zaspokoić głód spojrzeniem oka niezdolnego zranić oka niezdolnego spojrzeć
na korony martwych drzew i zobaczyć że jesienią też nierzadko pada śnieg
.
dnieje już i jeszcze tylko postać w kantorku stróż zamknięty pod powieką jeszcze tylko postać
zanim w bibliotece znów obowiązywać zacznie bezwzględna cisza dnia
.
.
.
lubię być z nią bez niej
.
lubię być z nią bez niej
w takiej chwili jak każda innej nie znam
stać u podstaw wszystkich wielkich rzeczy
i patrzeć jak osuwają się kamienie
powiedz że mnie kochasz jeśli chcesz zobaczyć jak umiera miłość
(czy nie lepiej z powrotem wejść do wody?)
w końcu gwiazdy spadają tylko dla nas
.
.
.

.
Adrian Skrzypczak,
Having oscillated all his life between the torments of a superficial loitering and the horrors of disinterested endeavour, he finds himself at last in a situation where to do nothing exclusively would be an act of the highest value, and significance.
Samuel Beckett, Watt
Przez całe życie oscylując między mękami powierzchownego guzdralstwa a okropieństwami bezinteresowanych uczynków, wreszcie znalazł się w sytuacji, w której do aktu najwyższej wartości, najwyższego znaczenia, urasta co? Robić co? Nic.
Samuel Beckett, Watt
(fragment w przekładzie Marka Kędzierskiego, Pomorze Bydgoszcz 1993)
Egiptolog-amator, fan rock and rolla, autor zbioru przyszedłem na świat czego jeszcze chcecie: teksty prozą wiersze. Najbardziej na świecie kocha koty.
