Poezja współczesna. Pismo literackie i wydawnictwo.

Gabriel Korbus
Wiersze

Miś Maciej (fragmenty)

 .

*** Perspektywa misia

 .

Przybyłem tam, gdzie miał być on,
Wszedłem do środka i zobaczyłem,
Siedział oparty o ścianę,
Był ubrany tylko w spodnie,
Widziałem jego nagi tors,
Umięśniony i twardy,
Miał muskularne przedramiona,
Które trzymał założone na siebie.
Jego włosy były przyprószone złotem,
Jego oczy były niebieskie i ciemne,
Gdy spojrzał na mnie i się uśmiechnął.
Wydawało się, jakby lekka złota aura
Biegła od jego jasnej skóry.
„Witaj, spodziewałem się, że przyjdziesz
I zażądasz odpowiedzi o swój los”,
Powiedział do mnie z uśmiechem.
„Wiedziałem, że nie jesteś zwykłym człowiekiem”.
„Nie jestem, ale jestem człowiekiem”.
„To nie misie były dla ciebie zagrożeniem”.
„Nie, od początku byłyście skazane na porażkę,
Ja jestem Złotym Mitrą, jestem Szczęściem,
Noszę złote igły w palcach,
Gdy byłem niemowlakiem,
Złote anioły śpiewały mi do snu ”.
„Czego szukasz?” „Życia, i tyle ci wystarczy,
Na razie”, „a ja kim jestem?”
„Ludzie i bakterie są dziećmi tego świata,
Wyrosły ze skał i wzrosły same z siebie,
Ale ty jesteś obrazem ludzkiej myśli,
Zabawką, która żyje i nie wiesz,
Czy masz takie samo prawo do życia co ja,
Chociaż jako twór myśli to przecież ty
Masz największe prawo mieć pretensje do duszy”.
„Mam prawo?” „Ty? Miś z drewnianym penisem?
Wątpię, ale jeśli chcesz się dowiedzieć,
Musisz pójść ze mną, beze mnie zabiją cię inni,
A jeśli oni cię nie zabiją, to zabiję cię ja”.
Powiedział, a ja czułem sekator w moich piersiach,
Widziałem jednak jego oczy i pozłacane włosy.

.

.

.

***

 .

Pewnego razu mój oprawca siedział obok mojej klatki,
Nie odzywał się, tylko palił opium,
Patrzył to na puszczę, to na mnie
I rozrywał mnie swoim wzrokiem.
„Dlaczego to się dzieje?”
Zapytałem go, żeby przerwać ciszę.
„Jestem jak gówno,
Do którego zlatują muchy, robaki, ćmy,
Misie z drewnianymi penisami, szaleńcy,
Zbierają się wokół mnie, przyprószają moje włosy złotem,
Budują świat moich myśli”.
Nagle wtrącił się jakiś chudzielec,
O twarzy strawionej i zaropiałej przez rzeżączkę,
„On wskazuje drogę, człowieku, muchy i ćmy,
Powrót do pierwotnego mroku,
Do pierwotnego nieuporządkowania”.
„W końcu trzeba będzie spłynąć rzeką,
Zaatakować Muchona na stadionie,
Myślisz, że przeżyjesz ten chrzest, entuzjasto?”
„W dechę” powiedział chudzielec i polizał opium.

 

„Kim jest Muchon?” zapytałem mojego oprawcę.

 

„Muchon siedzi na pokruszonym stadionie,
Na betonowym tronie,
I w buzowaniu jego oczu
Nie wie już, czy jest muchą, czy człowiekiem.

Ludzie, którzy widzą biednego chłopca,
Myślą, że jest nadzieją wiecznego życia,
Choć zabija ich modlących się każdego dnia.

 

Idą w białej procesji, bo wiedzą, że świat się kończy.

 

Zstąpiła na niego Percepcja,
Uderzyła go diamentowa kula,
Przebijająca nie tylko powłokę ciała,
Ale i powłokę duszy.
Jak więc mogło nie stracić rozumu dziecko,
Żyjące teraz w pozarealnym świecie dostojnych mięśni i limfy?”

 

Po tych słowach siedział przez chwilę, wpatrując się w dal,
Po czym powiedział do siebie:

 

„Może po prostu muszę się od was uwolnić”.

 

 .

.

.

 

 

 

***

.

Siedzieliśmy w nocy, nie było kompletnie żadnego wiatru.
Mój oprawca nie mówił, na co czekamy,
A ja wpatrywałem się w niego,
W jego muskularne ciało, pozłacane włosy
I oczy rzucające straszliwe spojrzenie.
Widząc go w tej chwili, uderzyła mnie groza pogromu.
Na pluszowej wyspie widziałem wiele wyszukanych zbrodni
I nie sądziłem, że poruszy mnie jeszcze jakakolwiek nowa,
Lecz w tej chwili, wśród ogłuszającej ciszy,
Poczułem się jak tamten zrozpaczony człowiek z rzeżączką,
Jak najbardziej samotny człowiek na świecie,
Jak jedyny człowiek na świecie,
Chociaż nie byłem przecież nawet człowiekiem.

Mój oprawca musiał spostrzec moją rozpacz,
Bo w pewnym momencie wyrwał się z zamyślenia i powiedział:

„Nie przybyłeś tu ze swojej woli,
Chociaż bardzo chciałbyś w to wierzyć,
Przybyłeś tu z mojej woli,
Bo zasadziłem ci w głowie dużo kłamstw
I jesteś teraz odporny nawet na moją prawdę.

Tak samo moi ludzie nie przyszli tu ze swojej woli,
Przyszli tu, bo ja tak chciałem,
Bo chciałem zobaczyć prawdziwą grozę,
Prawdziwy koniec świata,
Chciałem, by życie rozproszyło się w krwawy południk.

Tubylcy mieli rację, oddając mi cześć,
Odprawiając orgię, tańcząc za moją pieśnią,
Bo moja wędrówka nigdy się nie skończy,
Zawsze będę przemierzać świat i wieszać ludzi.

Spotkałem kiedyś Xanadu.

Xanadu to wielki albinos,
Całkiem pozbawiony włosów,
Uśmiecha się od ucha do ucha,
W uśmiechu ma tysiąc morderstw,
Stoi na karminowej pustyni,
Trzyma w ręce konopny sznur.

On też nigdy nie skończy swojej wędrówki.

Zastanawiałeś się nad swoją naturą,
Ale byłeś tylko po to, by doświadczyć grozy,
W przerażeniu uzyskałeś prawo do nazywania się gnijącym organizmem.

Pytałeś, czy byłem na tamtym nasypie,
To już nie istotne,
To pytanie zjadł sam Xanadu”.

Powiedział mój oprawca,
A ja zobaczyłem w jego oczach coś nadludzkiego,
Coś przedwiecznego, jak tamte płaskorzeźby,
Jak tamten korowód ofiar i polowań,
Jak tamto wspomnienie dawnego Xanadu.

.

.

.

Gabriel Korbus. Poezja współczesna. Pismo literackie i wydawnictwo.

.

Gabriel Korbus

ukończył studia na filologii klasycznej na KUL i na produkcji medialnej UMCS. Uwielbia wizje i odkrywanie nowych światów dzięki pisaniu. Inspiruje go myśl filozoficzna (filozofia indyjska) i religijna (głównie Mistrz Eckhart). Fascynuje poezja jako doświadczenie, muzyczność poezji, tworzenie poetyckiego widowiska, obrzędu.

PODZIEL SIĘ