I (W imaginarium)
.
Wszedł w szarym płaszczu z gęstej nocy w ranek –
na wschodzie Siebie czekał jak zbawienia.
Szum weń uderzał aż do pokruszenia
jego duszy. Szum miasta jak cios w dzbanek
gliniany kruszy, obraca w skorupy.
Przegarnął włosy, starł pot chudą dłonią,
w twardy mur z kurzu uderzając skronią,
w nozdrzach pamięci miał zapach chałupy.
Może powtarzać sobie obietnice,
że rok jedynie, że wróci do ciszy
zbierze skorupy, połączy różnice –
w tożsamość splecie, co w bycie usłyszy.
Ontologiczne przekroczy granice
w imaginarium, gdzie miasto nie dyszy…
.
.
.
II (Baletmistrz)
.
Ruch tnie powietrze – przepływa przez ciało.
Z czerni wychodzi, z otchłani pragnienia,
mknie przez żył ścieżki aż do uwolnienia
w głowicach mięśni. Bycie krzyk wydało.
Rozkrzyżowane w geometriach dusze –
w ciał geometriach – ponad tym istnieją,
co sceną zwane – ruch jest ich nadzieją:
ecarte, passe – „Oto bezruch kruszę!”
Nic nie zastyga. – Tylko nicość stygnie,
myślenie wodząc na manowce estrad.
Niechże istnienie się w ruchu rozstrzygnie!
Niech rzeka płynie! – nie boję się utrat –
reguła bycia, że coś duszę przygnie:
z nicościowieniem trzeba być za pan brat!
.
.
.
III (Ona)
.
Zbiera okruchy – drobne ziarnka piasku.
Nawleka potem na sznury oddechu,
bada spojrzenia, poszukuje śmiechu,
a otrzymuje partytury wrzasku.
Przysiada potem na chwilę na ławce,
przeżuwa bułkę, przegania gołębie,
klnie na przechodniów, nie przebiera w gębie
i zeschłych marzeń wypuszcza latawce.
Być może ten wiatr, co przegonił wiosnę
na chwilę – co ją nagli w przeżywaniu,
zdziera skorupę i gębę radosną
forsycją zdobi? W piasku nawlekaniu
chowa pragnienia. Wybujałe rosną
tak wbrew spojrzeniu, tak wbrew rozpadaniu.
.
.
.
IV (Do Barbarzyńcy)
.
Rozłupywał szkło, przegryzał stalowe
słupy wieżowców, co śmiercią są ptaków.
Pod stertą gruzu poszukiwał znaków,
w rzece betonu symboli i mowę
istnienia słyszał. Przystrzygł brodę rano
i wyszedł wśród mgły – kakofonia głosów.
Wiatr zachłanności ściął mu pukiel włosów
jak Samsonowi – życie mu zabrano.
O, Barbarzyńco w ekonomii pyle!
Czy cię na trampki już nie stać? Nie nosisz?
Wiem, wszystko jedno, czy zostaniesz w tyle,
bo o nic Miasta od dawna nie prosisz.
Dla ciebie ważne pszczoły i motyle,
a betonową klatkę niszczysz – łzami rosisz.
.
.
.
V (Do Chochlic)
.
Nie dotknął nawet kwiatów magnoliowych –
nawet ich płatków okraszonych różem.
Z imaginarium uciekał podwórzem.
Sny mu na usta torebek foliowych
ponakładały. Dusił się w miejskości,
choć hołd oddawał w muzeach malarstwu,
klnąc do Stańczyka: „daj już spokój łgarstwu”.
Rozkładał ciało w miejskiej nijakości.
O, magnoliowe pachnące chochlice!
Rzućcie uroki na kapłanów miasta,
by nienawiścią spłynęły ich lice!
Asfaltowego namieszajcie ciasta,
bo miasta te to upadku stolice.
Ach, pył się wznosi – mgła oczy zarasta…
.
.
.
VI (Sonet mnicha)
.
Na skale siedzę, nad szumiącą rzeką,
co z wolna płynie jak marazm życiowy.
Nie patrzę w górę, dawno nie mam głowy
do tego. Z murów chorały się wleką –
proszą, bym został w kłamliwym zakonie.
Na skale zimnej rylcem starych palców
skrobię te słowa – dla żab i padalców –
i znikam w piasku – zimna skała tonie.
To wielka łaska połączyć się z wodą,
stać się wodnikiem, porzucić klasztory,
gdzie mnisie śpiewy hołdują wygodom
i kłamstwu – i mgle. – To mroczne upiory,
co do mamony się modlą, zawodzą,
a jam jest głupiec – nie umiem w pozory…
.
.
.
VII (Kapitulacja)
.
Wywiesił wczoraj białą flagę. Krzyknął
w miasto: „oto ja – patrz! kapituluję!
Podejdź no który, to ci w twarz napluję!”
A potem w pyle pośpiechu gdzieś zniknął.
Auta szumiały na suchych ulicach,
chłopiec go szukał pod krzakami róży,
w brzęku tramwajów, w nadchodzącej burzy.
Rozstąp się, ziemi! w benzyny krynicach –
tam też go nie ma. Tylko biała flaga
powiewa lekko – po nim ślad jedyny.
Jest! Odnalazł się! Jego postać naga
niczym herosa, co go mściwe syny
pobiły pięścią; – jakoby zła plaga
nań wczoraj spadła – ludzkie popłuczyny.
.
.

.
Konrad Sikora – autor opowiadań, dramatów, esejów i kilku tomików poetyckich, nominowany w 2016 roku do Nagrody „Orfeusz” im. K.I. Gałczyńskiego. Literaturoznawca zajmujący się polską prozą najnowszą, na co dzień także polonista w jednej z krakowskich szkół.
