CZĘŚCI STRAT
.
Przygrobny mur dzieli utratę na dokonaną i wciąż jeszcze nie do końca odczuwaną,
Szczerzącą się z tych rozbieganych klepisk pospólnych utyskiwań i bieżących
Wzmożeń, rosłych jak pęk ostów ściętych kłodą dni, w omamie tłumu schodzącego
Z góry i idącego pod nią, jakby nigdy nie mógł się zatrzymać w swej chromej luce,
Czeznąc nieustannie na wszelkie zawołanie osowiałego echa, zbłąkanego w rombie
Samoistnej zatraty. Meandrujemy między płaskością pospolitych części domkniętego
Systemu naszych zstąpień w coraz bardziej czelustny ugór, a pofalowanym ujściem
W rozchybotaną toń krzepliwych uchybień, tworząc nowy przybój szczepów
Konkretnych zniknięć, jako dowodów na kolejne nieistnienie w tej zenitalnej
Zadyszce losu, kiedy nawarstwione deski układają się w spadziste koryta dalszego
Pobywania w oddzieleniu, spoza tych pował przybywają bowiem do nas rojne
Zamachy młyńskiego koła tej i tamtej nocy, dzięki czemu kolczasty krąg sumy
Wszystkich wtrąceń zaciska się po każdym dokręceniu gwintu śruby, na skutek czego
Bezruch staje się poziomą marą dalszych bezcelowych poczynań. Straty są tylko
Zdławieniami próśb o milimetr przerwy, zaś komunikacyjne pasma morowym
Zagonem kolejnych prześlepień kościejących wyrw na tym odludnym przęśle
Naszego zawieszenia w próżniowym stanie dalszego rozwłóknienia, które chciwie
Się rozkorzenia w każdej stopie ucieczki poza dookolną bandę, wieńcząca ten
Płochy zryw. Znikąd tedy nigdy nie przyszliśmy, w takim samym zawsze oparze
Widmowego odchodzenia, z okulałym dobytkiem paru prostych rzeczy, zahaczani
Tylko przez odrętwiały cień, pieląc marginesy niezrosłych uwag o konieczności
Wszczęcia ponownego rozsupłania tego węzła, w którym rzekomo żyją tylko inni.
Nikt nie przeciął żadnego okrążenia, każdy jest tylko kośćmi w worku swego ciała,
Stąd wszelkie rachuby nie odsłoniły na zawsze tej przesłony cyklonu tygodnia, który po
Kawałku skracał nas aż do kratki rzeszota, dzięki czemu sypkim igliwiem stawał się
Dany zew, odległość między kolejnym a następnym spadem. Tamtejsze więc
Zaognienia były tylko wstępną przymiarką do narastającego rozszczepienia tego
Kabłąka mniemań o scalonym układzie bycia na równi z danym przejawem cudzych
Poczynań, które napędzane czystym chciejstwem kasowały daną odmienność, dusząc
W zarodku konsekwencje potencjalnego sprzeciwu wobec narzucanego dyktatu, jako
Emanacji rzekomej większości, której odpowiadał osiadły los biernego zakładnika.
Tamto jarzmo zaczyna się kurczyć. Wycofują się do dalszych rzędów sprawcy
Ośmioletniej tułaczki po jałowej zastoinie, z której czerpali życiodajne paliwa dla
Swego nałogu panowania, lecz i nawet wola motłochu posiada swój limes, dzięki czemu
Ich zasięg oddziaływania zaczął kończyć się przed chroniącym progiem. Połowa tego
Października okazała się dosięgającym trzpieniem. Kuloodporna szyba zaczęła
Izolować minione, choć parszywość oszołomionych mar wciąż wzmaga się na sile,
Gorączkowo szukających wyjścia z tego labiryntu kanałów, gdzie musieliśmy, dzięki
Nim, wieść swoje zaszczute wzmożenie, w nerwowym napięciu wyklinając kolejny
Zabagniony miesiąc, nieustannym wirażu mdłego powidoku, owej odleżynie tak
Właśnie ociosujących lat, przeczołgując się pomiędzy dźgającymi osierdzie wieściami
O coraz większym obłędzie gromkiego liliputa, by w tej dusznej dyszy móc się po
Omacku zmieścić się z całym swym majdanem poronienia, licznych żalów wobec
Niewiadomych, którymi faszerowano nas od zarania, niemożliwych do ziszczenia
Wyobrażeń o życiu w poprzek tak nakładanej sztancy, trybie przeciwstawnych racji,
Będących jedyną już możliwą odpowiedzią na bezmiar narastającego ustania.
Wydrążony rdzeń. Rozchwiany aż po krawędź pułap przegrodzenia. Graniczny przebieg
Tego tamowania kumuluje prądy z wszystkich wodnych żył i podmywa osie obu
Półkul, ażeby dany pęd był nieustannym pościgiem za mierzwy runem, przyspieszającym
Tylko rozziew w każdym załomie, przez który wygląda się na tamten ogorzały świat.
,
1.11. 2023
ZAMKNIĘTOŚĆ
.
Sina pasieka samozwrotnych dźgań zaciska się na głowie niczym niema
Obręcz i spływa na ciebie ten drenujący szlam niskiego nalotu doczesnych
Poleceń, widłowego pchnięcia w gardziel każdego uskoku. Zrabowany przez
Cudze chciejstwo, surowicę skarlałych roszczeń, nagle aktywowanych
Dążności oplątujących szyję niczym nasączony ługiem powróz, odparowuję
Jak rozwodniona mierzwa, na krótko przed usłyszeniem kolejnych gróźb,
Beznogich razów wymierzonych w słoneczny splot, namierzany od dawien
Dawna przez zanik. Przeniesienie poza ten obwód jest krótkotrwałym
Przeoczeniem danego miejsca, jakby utkwienie naprzeciw dwu znoszących się
Stron mogło przynieść uśmierzenie dotkliwości utraty najbardziej przyziemnych
Azymutów, i spowodować wybłysk na dociśniętym ryglu horyzontu, kiedyśmy
Mieli do czynienia z nadmiarem światłocieni, dzięki czemu każda przeszkoda
Była tylko ledwo wystającym garbem, by teraz obcować już tylko z pełnią
Zniesień. Chropawe pasma pustych przebiegów zapętlają się przed kolejnym
Krokiem i tworzą oniemiałą toń, żyjemy przeto w niewidzialnej poniewierce
Co rusz powstających kontrplanów, zakłuwani cudzym czekaniem na odpowiedź
Z naszej poprutej strony i wyprzedzamy mgielny ostrobok pochówku o ułamek za
Wcześnie, mieszcząc się całkowicie w tej zamkniętości przesilenia, jakie narasta
W skroniach rzutkiego przywidzenia, gdyż wytrawione żrącymi smogami niecki
Tego ubywania skurczają tętna poszczególnych zetknięć z nicestwieniem danej
Rzeczy, gruzłowatych przemienień w konkretną widmowość rozjeżdżonego
Błota, blisko wyleniałego trawnika i świeżo obciętych konarów drzewa stojącego
Przy osiedlowym śmietniku. Życie zatrzymane w wirze. Przeżycie pierzchłe jak
Krzewna kula. Krzepnie się w tym rtęciowym osadniku aż po pierwszy kraniec zwrotu,
Który, niczym kołowrót, zawsze kieruje w dół tego zagięcia czasu, by w jego
Piołunowym wygonie dotrwać do mimowolnej zmiany kwadry na tej północnej
Ścianie wiecznotrwałego odejścia. Będziemy sobie widni fioletową poświatą, zmącani
Przypływami śródmiejskiej beri wrzasków, zawsze obok siebie, na przekątnej
Narzynającej coraz bardziej ruchomy spód, wypełnieni nieusuwalnymi śladami
Po razach tych obłąkańczych lat, które nakładały obrok na twarz, usztywniając
Najdrobniejszy gest mrowiącym strachem, kiedy ich funkcyjni coraz bardziej tamowali
Przystępy do swobodnych wyborów, zaprzęgając w kieraty swoich rojeń o jedynowładztwie
Umiłowanego świra. Spustoszenia są nie do nadrobienia. Spusty tego braku nie pomieszczą
Żadnych skali, którymi by chciano zmierzyć ten bezmiar przymusowego tracenia
Pojedynczych punktów odniesienia, gdyż było się omyłką potworniejącego losu,
Wtrącającego cię w otwarte klepsydry próżniowej grawitacji, w coraz większym
Wypłaszczeniu i wyszarzeniu kątów danego przyspieszenia, ponieważ resztki pragnienia
Innych doznań pozostawały na orbitach zaklętych prochem umarłych, stąd to obecne
Pogubienie wobec nagiego trzpienia coraz jawniejszych wyroków, zsyłanych niczym
Podarunek bez nadawcy. Rosnące odrętwienie jest sumą wszystkich odmów, z jakimi
Spotykało się na wirażach tego odchodzenia w niebyt początków kolejnego wychodzenia
Na prostą sparciałego okresu, dławiącym szpuntem, wrażanym przez czyjąś rozgorączkowaną
Dłoń, by zaznawać tylko taki tego finał o metalicznym posmaku, lotny jak wystająca
Z ugoru kość, będąc na takiej przekładni poddawanym turbulencjom i prędkim
Zmianom nurtu krwi, grzęznąc w odwłoku ostatniej pory, owej ogniskowej sczeźnięć.
Zawsze niby coś, lecz na pewno zawsze po nic, przez gęstwinę kancerującego chłamu,
Karcących odpadków, w upomnieniu upiornego poganiacza, domagającego się coraz to
Nowego wyciągania wniosków z podrzuconego donosu, gwałtownym spychaniu
W potrzask karnej realizacji, natłoku zawirowań i prostackich racji. Do końca zostało
Bowiem nie wiadomo ile, zostało ewidentnie o coś za mało, lecz nigdy nie będzie już
Niczego innego brakowało, skoro było to skończone, zanim zaczęły się naprzemiennie
Trącać i coraz agresywniej objawiać kolejne postaci, ściśle kamuflowanego, postradania.
.
.
.;
ZWIDMOWIENIA
.
Rozbiegany rozgwar szczękościsku dna wtrąca w rozchylone przejścia po tym
Grzęzawisku obopólnych nawrotów, czyniąc z każdego progu skostniały kawałek
Mgły, tarasujący wejrzeniom dalsze rozplenienie, w tym zatarciu spadzistości
I spławnego poziomu. Pułapy nie przylegają do żadnych wymiarów, grawitują jak
Oderwane kotwice i przenoszą nas w jeszcze większe spiralne szyki, dzięki czemu
Rozproszenie staje się jedynym azymutem, jaki pozostał po licznych zwodzeniach
Rzekomo stabilnym podłożem, gdzie niby kiedyś trwało się w zespoleniu. Chmury
Przebijają się przez szyby i podchodzą do gardła, zostało jeszcze mnóstwo
Nieprzetrawionego czasu minionego podchodzenia do podnóża tej rozgiętej kłody,
Którą nas zdzielał, odmawiając innych sposobów na poznanie dostępu do swej sztolni,
Skazując nas na wiecznotrwałe odliczanie jego chromych miar. Nawias tego stanu
Pozostaje oderwanym zaczepem. Przenoszę tylko grudki błota z wnętrza mieszkania
Do wnętrza innej komory, deregulowany niskimi okapami martwych punktów na
Mapie rozlicznych usterek pobywania w jednej i tej samej trasie, przecinany i szatkowany,
W cuglu szczelnego przywarcia do samobieżnej mierzwy. Marne mary dookolnego
Zwidmowienia poszerzają jego zakres oddziaływania na najmniejsze ogniwo pospólnej
Manipulacji, na którą każdy jest bezwiednie skazany w swym studziennym przepadaniu
Po zamurowaniu odmową dalszej rozmowy, żyjąc w dwu równolegle osobnych zaświatach
Swego urzeczowienia, przyspieszając prędkość ślepego losu, pogrążywszy się w
Poszczególnych rozszczepieniach niekrzepliwych już faz osiadłych na suchych krańcach
Mrozu. Przychodzisz i znikasz, przesiewany przez rzeszoto danego wycinka swej jawy,
Kiedy możesz mieć więcej tylko skrętów przed sobą w każdym dniu swego zdławienia
Przez tępy rygiel wykluczenia z coraz ciaśniejszego kręgu sobie przydających miano
Odrębnego oceniania, kawałkowanych rychłymi ostrzami odmiennego wyjawiania
Swoich chceń. Zimny nawiew nie kończy się wraz z porą. Mogę być już tylko wobec
Was, schowanych w poskładanych lub wiszących ubraniach, dzięki czemu przybywa
Mi gromadnego cienia mety na tym zawęźlanym nieustannie odcinku przechodniego
Ocierania się o kanty i występy, wewnętrznie rozpruwany piekącymi napięciami,
Pozostawszy w niezmiennie przechylonym tempie zaniku tego doczesnego trwania
Wokół zsiniałych ościeni, którymi ponadziewany jest ten żyzny ugór tchnień. Obok
Luku próżnia rozrzedza tlen. Twoja twarz jest resztką trocinowej zawiei. Mnoży mi
Się ciąg włazów wyrosłych przy portowym kanale, mam ich płowiejący bezlik w każdym
Ugrzęźnięciu tego lotnego kroku stawianym na podbiegunowym kole zwiększającym
Prędkość kolejnego wirażu, jakim pokrywają się spody narzucanych przemieszczeń.
Bezstopniowy kąt. Różnica paru zer. Dwunastnica kolejnego pomylenia. Szpunt tego
Zawieszenia jest dłuższy od przełyku, miażdży wolę i zasięg, zmienia przebieg w tym
Osierdziu strat na jeszcze prędszą serię chybień, kompletnych zbłąkań po polach
Obsadzonych urojonymi celami, jakby miało się tylko do czynienia z ich postacią,
Błotnym znakiem podskórnego wahadła, w chwili okrojenia z resztek innego
Przeciwdziałania, nie mogąc niczego już zastąpić tym samym, chociażby, przeciążeniem.
Przymus nie ma bowiem końca, wnika w spierzchłe bruzdy każdego wyobrażenia mniej
Porowatej odsłony krótkiego wymiaru, wolnego od ziemistych obrotów, skarlałych
Poleceń, przetartego lazurem późnego mrocznienia. Rojne ruchy poszukiwaczy tego
Samego, chłamliwe znaleziska, skrawki jeszcze większych oznak samo pogłębiania się
W dowodliwych sugestiach, znikczemnienie zalęgłe w kolejnej próbie pogrążenia
Cię poprzez wysłany donos, składowisko dających się ponownie złączyć odpadów,
Jak na orbicie pełnej zepchnięć czy odbić, na oszronionych pustką stykach
Samowiednego odjęcia, byś nie miał już czego odłożyć na później, gdyż nigdy nic
Się nie zacznie na nowo, wciąż ten sam kolczasty szlak, parciany nów, ciemnienie
Każdego podłoża, ościste pogubienia w tym wrzecionie odliczania na opak kolejnego
Świtu, jak w chromej uwadze, zniesieniu na zgniłe listowie. Salto przewidzenia trwa
Naprzemiennie z pętami braku. Nic innego poza chmarą plennych przerw. Rwący
Nurt odejść zastępuje każdy zwid, co urealnia nie tylko prostopadle zmierzający do
Ciebie chrzęst, dociskając pasma wirujących kadzi, strzępiastych, ostrokątnych wizgów.
.
.
.
BEZMIEJSCA
.
Całkowitość niczego
Edmond Jabes
.
Wciąga cię tęgi spoczynek bezpowrotnej dali i bezstronne przejścia prowadzące do
Końca danego zatrzymania stają się skrawkami pędzących kadłubów osmotycznej
Jawy, pochodzących z ogołoconych wnętrz, i jak pobocza danego odcinka, przecinają
Rozpościerające się wszerz nieużytki naszego trwania w energetycznym uwiądzie,
Odgałęzienia zmierzające zawsze poza swój grzbiet horyzontu, owego nagminnego
Położenia w przetłoczeniu ziarnistymi strumieniami wypełniającymi wysuszone zimnem
Koryta danej chwili, jaka staje się natychmiast przeszłym zaborem kolonizującym tkanki
Tej wietrzej szatkownicy, gdzie każdy trąca każdego, by, choć na krótko, porzucić
Swą jałową kwadraturę i rozprowadzać swoje kręgi zaniku po coraz lotniejszym szachu
Martwiejących dni, kiedy jesteś jednym z garstki siedzących na szczycie skarpy, którzy
Rytualnie żegnają się z tym, kogo już właśnie nie ma. Pościnane gałęzie leżą na kilku
Stertach obok siebie, tworząc nierówne pasmo ogniskujących próżnię kłączy, przez które
Można przejść, wymijając tylko cienie przekrzywionych drzew. Nieostro jeszcze operujące
Słońce doświetla spody pierwszych zagarnięć i tumult nacierających przewężeń zestala
Się w wewnętrze progi, przetrącające, jak rozwarty kąt, poziomy wolniejszego zniweczenia
Każdej odmiany jednego przypadku, na który jest się zdanym w tej pętli przywidzenia
Obtłuczonych do rdzenia ześlizgów w szlam wypełniający kołpak żył. Odpływy są stanem
Koniecznego przedostawania się na rozstrojone poletka wzmożeń, rozluźnieniem ścięgien
Karbującego swą zamaszystością ołowianego czasu, karkołomnym spadem między
Kryzami ślepych narzutów, dzięki czemu mamy siebie o milimetr więcej, na wirażu
Puściejącej już pełni kanciastych zwad, pochowani w płaskich ósemkach dryfujących
Coraz bliżej ościstego oka rozpędzonego wiru, w podchodzącym pod gardła zacierze
Z pyłu, mazi i drzazg, którym musi się wypełnić każda szczelina naszej wahliwości, ażeby
Tamować nagłe przeciągi w aortach fastrygujących rwane tętna drażliwych szturchnięć.
Nie wymija się nigdy przęseł. Nie przydaje się niczemu spoza tego namułu żadnych racji.
Śmigłe żarna pustki są plamiście zasnute skłębionymi wyziewami i zacieśniają bruzdy
Utkwienia, aż po ich niknący w wędrownej wydmie zaćmienia zakos, tak by licznik wszelkich
Rozchwiań mógł rejestrować każde zakłócenie w tym poborze upadłościowej masy, która,
Rozbita na ruchliwe cząstki, sztorcuje cię swymi zwaśnionymi twarzami, wyżętymi
Grymasami jadu, w tym siarczystym skuwaniu ogniwami gnilnych wezbrań. Przenośna
Pogłębiarka to postać ostatecznego jarzma. Trap sprasowany z dźgnięć prowadzi kręto
W dół. Kompost nowych wtrąceń użyźnia tę przegrodę zderzeń holujących echom krtań.
.
.
.
URNA W SIATCE KIRU
.
Pierwsze razy w nowym odmęcie skrócenia oddechu, spadającym z licznych komór
Starego grążenia, będącym tylko przedłużeniem mety, ciemiężenia terminową karnością
Poleceń, kiedy odnajdujesz poniechane dowody, niewypełnione o czasie formularze,
Dyndając na podwieszonym do sufitu uroczysku otwarcia coraz konkretniejszego
Niebytu. Pulsujący chromo trzpień przenika rdzenie każdego fiaska i wywleka
Sfatygowane kanty zwidu na przeżartą szarym pyłem morgę tkwienia, w osierdziu
Zapętlenia pomyka bowiem ostateczny ślad pozostającej po nas pustki, jakby był nie do
Zatarcia przez kolejne przybrzeżne fale skłonień i bezstronne nawiewy chybień, w tej
Porcjowanej na coraz mniejsze fragmenty chłodni, gdzie wciąż mieścimy się cali,
Żyjąc obok siebie w narastającym spoziomowaniu, coraz płytszymi ujawniając się
Gestami wobec tych wszystkich drążeń, które, zachodząc od tyłu, wyznaczają tylko jeden
Kierunek ujścia w błotniste koryto, niezniszczalną kubaturę podrygów. Znowu
Naprzeciw otwartego grobu, zaraz przy murze, otoczony podobnie oniemiałymi, kiedy
Urna w siatce kiru spuszczana jest w twój ostateczny dół, byś użyźniał końcową rundę
Swego ziemskiego holowania biegunami nieustannych rozejść z ciasnymi ramami
Hodowlanej ludzkiej trzody, spopielony w pryzmę, wypełniając ten skostniały oczodół
Swą garścią prochu. Nawracany odgłosami w ten żrący wiraż, w którym siedzieliśmy
Obok siebie, przy stoliku zastawionym szklankami, w pełni swego ogarka szczątkowego
Losu, jakby za każdym razem zestalał się pod nami mazut w suchą kładkę różnorakich
Rzutów ponad ten tarasujący cię od teraz cmentarny próg, fosforyzujący jak kłąb
Pozginanych wskazówek. Następuje więc siarczyste zawieszenie. Przechyla się na tej
Betonowej tratwie żyroskop traceń. Odzyskujemy kilkuchwilowy szwung w kulisie
Pożegnania, kiedy odkręcam butelkę whisky otrzymaną od ciebie, by wygodnie zasiąść
W krętym torze wspomnień, z którego pokładu będziesz wywoływany jak echo grązu,
Będąc nadmiernie przypadkowym w każdym odłamku przepalającego łyku, a które
Oplatają korzennym nowiem, i wtedy przemarzasz jak wykopana gruda. Dalsze
Machinacje wikłają w jeszcze większe przegłębienia, spadziste rozwidlenia na
Przecięciach każdej drogi, na krótko powodując odzyskanie szerszego spektrum tej
Kolistej tułaczki, gdzie musimy obserwować uciekające flanki nowych wzmożeń
Ujednoliconej masy, garbującej nas zasiewanym strachem, swymi aktualizowanymi
Poleceniami, w tym stale mielącym trybie raźnego zanikania, byś był dla nich zawsze
Wykrojonym z szablonu mniemań o życiu w tym ubytku łachmanem dowolnie nakładanym
Na ich co rusz podstawiane manekiny wymaganej postawy. Widne noce takich przemian
Oddalają od fazy przekroczenia ościstej kłody, lecz w takim nacieku nie ma już miejsca
Na kołowroty innych zamgleń, mogących ukryć tropy naszego rozstrojenia, by żadna
Z postaci nie przypominała strzelniczej tarczy z ludzkim obrysem, jednakowoż zszycie
Tego gnilnego błamu w jeden szorstki całun dokonuje się w niewidzialnej pasiece, dzięki
Czemu w każdym ościeniu momentu przeistacza się w nas krew w łamliwy wiąz ustania,
Na przednówku otwarcia kolejnego włazu do krypty podziurawionej burty losu. Poszerzenie
Szram. Namnażanie zer. Rozkluczanie zaciśniętych szczęk. Jednodniowa zaspa na zatorze
Tego przyspieszenia zmian. Donikąd prowadzi nas ten obopólny trach, krańce przybliżają
Tylko spad. Przy bramie zostajemy sami i wracamy między garażami, by odjechać w
Pobocza drętwiejącej toni, z urwaną piastą bezładnie rozjeżdżających się kół. Zawężony
Pat, jak czterolistny bat zwisający z haka wbitego w pień. Dozgonne dokładanie kryz.
.
.
.
PRZEDZIELENIE
.
Przedzielony brakiem przepustnicy. Zostawiony pośrodku pomieszczenia.
Wyciągaliśmy z pudeł mniej lub bardziej aktywne ślady po tobie.
Stoły zapełniały się ich stertami. Puste pudła znów były cięższe tylko
Od szwu. Krąg przemieniał się w coraz ciaśniejszy supeł. Obciążały go
Drzazgi z połamanego progu i nawiewany przez okno proch. Falstart
Rozprężył sekundnik w uchu, na poddaszu panował miraż tamtejszego
Ugodzenia i zaczynała biec w poprzek meta. Dwugodzinna selekcja
Ostatniego zatrzymania się w tobie, poprzez odryglowany korytarz,
Wydobyła mniejszość, która przejdzie przez końcową barierę czyichś rąk.
Niedobór jak żrący świst, nieżyt w przęśle ekspandującego cię dna.
Domknięty zakres rosnącego przeciążenia. Klepsydra wyjęta ze spirali.
Będziemy poza kursowaniem odwróconych dat, w suchej dyszy przesilenia,
Przenosząc coraz to inne tropy w porzucone miejsca przez biernik losu,
Wciąż jeszcze przy tobie, pod całunem nadchodzącej znad siniejącej
Zaspy potarganej chmury, by potem rozporządzać kierunkami odejść
W smużyste postoje wydzielanych racji, bez żadnej innej strony, żyjąc
W więzadle opuszczenia. Scalenie tego rozbicia potrwa aż do zamarcia
Tej okulałej rundy, strzępy odetkają najgłębiej pochowane przewody,
Kiedy zobaczymy się w odbiciach i czekającej coraz bliżej mgławicy,
Owej popielatej smudze, którą zajdzie horyzont tej flanki, wciąż jeszcze
Otwartej jak nacięcie na przegubie zatracenia. Wychodzę wprost do
Zejścia. Karbowanie zaczyna się od połowy rozpękłej długości cienia.
Odwijany z belki drut oplątuje jaźń i rozłożystą staje się ta bezmierna
Płaskość, nasza kolebka stoczenia, przez którą przeziera bezpowrotny spad.
.
.
.

.
Maciej Melecki – ur. 1969 w Mikołowie. Autor tomów wierszy: Te sprawy (1995), Niebezpiecznie blisko (1996), Zimni ogrodnicy (1999), Przypadki i odmiany (2001), Bermudzkie historie (2005), Zawsze wszędzie indziej – wybór wierszy 1995-2005 (2008), Przester (2009), Szereg zerwań (2011), Pola toku (2013), Inwersje (2016), Prask (wybór wierszy w języku czeskim, 2017), Bezgrunt (2019), Trasa progu – wybór wierszy 1995-2020 (2020), Druzgi (2021) Przeciwujęcia (2024) oraz tomów prozy: Gdzieniegdzie (2017), Nigdzie indziej (2021), Żywe mumie (2023). Mieszka w Mikołowie.
Prezentowane wiersze pochodzą z tomu Chłodnie, który ukaże się na jesieni 2025 r. w wydawnictwie AFRONT.
