Zazdrość
.
Za mało życia
Żeby Cię odnaleźć
Za mało mocy
Żeby Cię zatrzymać, gdy Cię odnajdę
Pozostaje tylko Zazdrość
O czerwone szpilki, które zakładasz wieczorową porą
O krople bladego księżyca, spływające po Twoich łydkach
O szare, popękane płytki chodnikowe, po których stąpasz
O niewidzialny dotyk wiatru na Twoich włosach
O ciepłe promienie słońca, muskające Twoją szyję
O serdeczny uśmiech, którym obdarowujesz sprzedawcę
buraków w zieleniaku
O wszystkie wypowiedziane przez Ciebie słowa, których
nie usłyszę
O wszystkie Twoje myśli, których nie odczytam
O Twoje wady i zalety
O zapach Twojej kupy o poranku
O Twoją Duszę
Przy której zapominam
O tych wszystkich
Szpilkach
Łydkach
Włosach
Wzlotach
Upadkach
Czeka mnie piekło
Jestem podłym grzesznikiem
Do końca życia będę zazdrosny
.
.
.
Mrok
.
O poranku
Koszmary topnieją
O poranku
Zło w nicości tkwi
O poranku
Zwątpienie przegrywa z nadzieją
O poranku
Rosa wolna jest od kropli krwi
Świat potrzebuje takich poranków
Żeby zmyć z siebie paskudztwa mroku
Pozbyć się poprzedniego dnia krzywego odbicia
Żeby unieruchomić wzburzoną nadziei taflę
Szkoda
Że poranki tak szybko gasną
W oczekiwaniu
Na kolejną ciemność
.
.
.
Diabeł
.
Poszedłem do sklepu
Po 4 piwa
Tylko 4
Bo w domu były jeszcze 4
No i miałem kaca
Kupiłem przy okazji cytrynę
Bo cytryna ma dużo witaminy C
I cukinię
Bo była w promocji
I na pewno ma też jakieś inne witaminy
Miałem ze sobą plecak
Bo nie lubię reklamówek
Bo reklamówki rozkładają się dłużej niż ciało człowieka
A to jest niesprawiedliwe
Żeby Stwórca żył krócej niż swoje dzieło
Pana Boga odwieczne rozterki
Wracając
Spostrzegłem kobietę
Ładną
Młodą
Rozmawiała z inną kobietą
Starą
Tak starą
Że nie wiadomo
Czy kiedyś była ładna
A jak była, to nie wiadomo jak
Młoda pomagała Starej pokonać schody
Młoda kierowała się w dół
Stara w górę
Młoda kipiała empatią
I energią
Stara samotnością
I udawaną bezsilnością
Rozmawiały o Bogu
O schodach
O granicy między górą a dołem
O Czyśćcu
Wszedłem między nie
Z szatanem w plecaku
Dysharmonia głośno grała w tle
Udając, że słucham starej
Chciałem wyruchać młodą
Ale zrezygnowałem
Poszedłem dalej
Plecak był za ciężki
Szatan znowu wyruchał mnie
.
.
.
Wyspa
Jestem rozbitkiem
Wylądowałem na bezludnej wyspie
Moją wyspą jest zdechły wieloryb
Jego truchło unosi się na wodzie
Słońce świeci
Niebo jest błękitne
Woda turkusowa
Z trupa tryskają fontanny krwi
Agresywne fale zniechęcają do kąpieli
Wodne drapieżniki zapraszają do biernego udziału w konsumpcji
Trzymam się kurczowo resztek truchła
Pozostałości po odgryzionych wcześniej płatach mięsa
Ubytków, tworzących naturalne uchwyty, schody, drabinę
Powstałych w procesie przeciągania odwiecznego łańcucha pokarmowego
Złudna ostoja
Moja wyspa krwawi coraz ciszej
Wypuszcza ostatnie soki
Topnieje
.
.
.
Studnia
.
Siedzę na dnie głębokiej studni
Drabiny brak
Zapach stęchlizny
Wilgoć
Cisza
Chłód
Pragnienie
Głód
Nastaje kolejna noc
Gwiazdy u wylotu studni niewidoczne
Bo gęsta jak smoła ciemność hektolitrami wlewa się do środka
Jej rządy są absolutne
Wchłania do ostatniej kropli świat, który znam
Krawędzie czasu i przestrzeni giną bezpowrotnie
Przestaję odróżniać minuty od tygodni
Moje ciało nie jest moim ciałem
Zaczynam wszystko rozumieć
Wiem, jak powstał świat
Wiem, czym Nieskończoność
Wiem, jak człowiek daleko jest od prawdy i rozumu
Wiem, że nie ma przed, teraz i po
Wilgoci mówię: jestem Halnym
Chłodowi mówię: jestem Słońcem w zenicie
A Cisza wrzeszczy wspaniale
Pojawia się drabina
Wszechmoc i Wszechwiedza bezpowrotnie utracone
Perspektywa życia mnie morduje
Jest okrutna
Obdziera moją duszę ze skóry
Zardzewiałą, tępą, małą żyletką
Kiedyś wrócę do Studni
Ale znajdę taką, do której nie trafi żadna drabina
.
.
.

.
Marcin Styrczula. Rocznik 1984. Urodzony i mieszkający w Lublinie. Z wykształcenia prawnik. Sporadycznie piszący niepoważną prozę. Pierwszy i ostatni raz piszący okrutnie ponurą poezję o nieskończoności.
