absurd
,
bezkształtne płatki światła
jak wyjątki w prawie
.
.
.
cios
.
będę miał zarost
i zrogowacieją mi pięty
szara kurtka w przedpokoju
nie usłyszę wołania zupy
która skończyła odgrzewać żonę
usnę nie usnę
pod sklepieniem farby drukarskiej i ogórków
odplątuję nerwowo jutowy sznurek
oplata pień
i popielaty ufny łeb
.
.
.
dogmat
.
mówią że nie ma zbawienia
poza kościołem
trzymałem w dłoniach
skrzydła dzikiego chabru
na których uniosły się
obietnice cięższe niż słowa
.
.
.
miara
.
niewielka jednostka badawcza
może nartnik
smużący nad wszystkim
co cię nie dotyczy
a powinno?
.
.
.
początek
.
widziałem potworność
wlokłem głowę nad świt
gdy ta wyczołgała się zza kartofliska
i przecisnęła rude cielsko
przez źrenice mojej pamięci
spadł pierwszy liść
.
.
.
popiół
.
spoglądać na miłość boską nie patrzeć
łokciem pępkiem małym palcem
wypalać oczy
nie myśląc o końcu
.
.
.
przemrok
.
ta przypadłość nie jest dziwna
muszę po prostu unikać cieni
rozrzucanych przez domy drzewa chmury
na początku wydaję się sobie podobny
potem stopniowo tracę kontury
a to co w środku – wlewa się w oczodoły
twardej ziemi
.
.
.
Sublimacja
.
– Masła nie ma.
Odrywając się od lektury wklepałem w eter.
Nie tyle, żebyś kupiła, co żebym miał z głowy.
Bo najbardziej właśnie
Lubię mieć z głowy, cokolwiek.
Im więcej, tym więcej.
Ale to nie wystarcza.
Pożądam wiedzieć, dlaczego.
W ten sposób nie da się czytać,
Zamykam książkę wściekły.
Bo z jednej strony chciałem mieć ją z głowy,
A z drugiej.
.
.
.
ślady
.
brakuje mi akwareli twoich policzków
po wsi wyło
a mi nie przeszkadzała stygnąca wilgoć
rozdeptanego pomidora
.
.
.
wspólnia
.
pusta kartka jest siostrą
z naderwanym rogiem
ostatnią matką
wszystkim jeszcze
i niczym
.
.
.
za domem
.
muskam chropawą powierzchnię pnia
jestem opuszkiem
wypełniło się
na razie
.
.
.
zaburzenie
.
mówię ciałem
bo słowa się nie mieszczą
nigdy nie słuchałem
wolałem patrzeć
i odczuwać
jak wezbrane wody
przed balkonem Pałacu Weneckiego
do których można było wrzucić
ruchomy korpus
z rękami i około siedemdziesięcioma
mięśniami twarzy
tylko to mnie przekonuje
o ile nadto się rozpraszając
nie wyrządzę sobie krzywdy
.
.
.
żołędzie
.
musi być wcześnie
bo trawa zroszona
staram się wybierać najlepsze
i młode
ale mój wzrok pada
na matową zeszłoroczność łupin
niewykorzystane czapeczki
nieodkrytych zębów
uciekam wtedy w mięso liści
na których gołym okiem
widać nerwy
.
.
.

.
Marcin Wróblewski, ur. w 1980r. Poeta. Pochodzi ze Zwolenia, mieszka pod Nałęczowem.
Publikował w: „Toposie”, „Odrze”, Epei”, „Suburbii” i wielu innych pismach literackich.
Laureat XLVI Ogólnopolskiego Konkursu Literackiego „Limesu” 2023, trzykrotny laureat
Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. Georga Trakla 2023, 2024, 2005; laureat VII
Turnieju Jednego Wiersza o Złote Pióro Iłły; IX i X Międzynarodowego Konkursu
Poetyckiego im. Józefa Bursewicza „O Złotą Metaforę” XXXIII. Ogólnopolskiego Turnieju
Poetyckiego „Autoportret Jesienny” Krotoszyn 2024; grand prix w XV Ogólnopolskim
Konkursie Literackim „O Różę Karoliny” 2024; laureat XXIII Konkursu Poetyckiego im.
Jana Kulki; laureat LVI. Ogólnopolskiego Konkursu Literackiego im. Jana Śpiewaka i Anny
Kamieńskiej.
Wydał trzy książki poetyckie:
1. „Zimne Ognie”, Mamiko, Ruda Śląska 2023.
2. „Brama”, Białe Pióro, Warszawa 2023.
3. „Widać Nóż”, Książnica Podlaska, Białystok 2025.
