oddalenie
.
wtedy, pod moim domem rosły malwy.
ktoś mnie nauczył łapać w ich kwiaty
nieostrożnie pracowite trzmiele.
zamykałem bladoczerwone płatki
półszybkim ruchem ręki, która przenosiła
stłumione wibracje na później.
nie robiłem tego zbyt często, bo szkoda
mi było trzmieli, jak również malw,
a najbardziej ludzi, którzy je zasadzili.
,
.
.
znój
.
nieruchoma pustułka pośrodku nieba.
napięcie czy spokój? nigdy nie wiem,
gdy obserwuję ją spomiędzy siebie.
.
.
.
aura
.
niedomykalność zastawki, na którą cierpi Joanna,
nauczyła mnie kiedyś, że granica strachu
ma kolor fiołków.
i tylko, gdy na nią patrzeć, dotykać jej.
są rzeczy, których nie wolno zostawiać w pamięci.
pamięć żywi się kolorami.
.
.
.
pochwyt
.
w łunie kolorowych świateł szczerzy się niebo.
zęby błyszczą gładkim, soczystym szkliwem.
pachnie kadzidłem, moczem i mirrą.
podeszwy butów dotkliwie całują spoconą posadzkę.
głos pana boli w kakofonii szeptów,
rani w trzaskach tranzystorów.
spadł na mnie snop światła
i ujrzałem dziesiątki ciał powstałych z martwych.
musiałem wyjść,
to już moje ostatnie życie.
.
.
.
skowyt
.
dróg, którymi chadzałem, nie ma już na mapach.
zarosły osiedlami i galeriami handlowymi,
zasklepiły się w zazdrosną niebu żywicę
o migdałowym smaku.
dróg, którymi uwodziłem, nie ma już na mapach.
przerosły prostatą krocze przyszłych pokoleń,
na pokuszenie tym, co gardzą skromnością
o zielonych oczach.
dróg, które znaczyłem strupami z kolan,
nie ma już na mapach.
są tylko w zrostach przygłuchej pamięci.
.
.
.
słowo
.
tego słowa jeszcze nie wymyślono.
kto wie, może za milion lat?
na pewno nie jutro.
mimo to zachowujmy się tak, jakbyśmy je znali.
udawajmy, że jest z nami od początku,
że w rankingu najpopularniejszych wyrazów
nigdy nie schodzi z pierwszego miejsca.
udawajmy dogłębne rozumienie jego znaczenia
we wszystkich znanych i nieznanych językach.
udawajmy ochronę słowa przed niepozorną
deformacją i interpretacjami, które mogłyby
mu zaszkodzić.
udawajmy poświęcenie i gotowość
do ponoszenia ofiar w imię słowa
wyszeptanego w twarz,
wykrzyczanego w dłonie.
udawajmy wiedzionych mądrością słowa,
jakbyśmy dobrze wiedzieli czyje usta
pierwsze je wypowiedziały.
udawajmy, proszę.
.
.
.
podawanie ręki
.
strzepuję półprzezroczyste wieloszczety
z ciemnej strony gałek ocznych.
chwila, w której to robię, jest ostatnim
a zarazem pierwszym, niewzruszonym
przybytkiem świadomości.
i zanim światło nastręczy mi wyzwań,
strącam go jak kubek z nocnego stolika,
pod niewiarygodnie ustawne łóżko.
.
.
.
zew
.
czasem, gdy uwiera mnie ciało, myślę
o swojej żądzy –
nie ciąży ku posiadaniu,
ni głębi doznań.
nęci mnie bóg,
chciałbym być nim,
jak kiedyś, gdy jeszcze nic nie czułem.
czasem, gdy uwiera mnie ciało,
myślę o swojej żądzy.
o sobie.
.
.
.
miraż
.
to był młody drozd.
zostawił na szybie ślad –
odbicie małego anioła.
podnosząc ciało z ziemi, myślałem
o jego smutnej pomyłce, która kazała mu
w śmierci widzieć niebo.
.
.
.
troska
.
wiem, że cienie, które nosisz
pod oczami, pochodzą spod powiek.
wiem, że umierają od słońca
i liści starej jabłonki,
pod którą tak dziwnie stoisz.
.
.
.
cykl
.
nowe, markowe, skórzane
życie prześwituje przez dach,
z którego cieknie rdza
.
.
.
za wcześnie zdradzone niebo
.
nie można było z tym poczekać
i – opierając wiarę o nabożne
podmuchy wiatru słonecznego –
nadal zbierać poziomki po lasach?
.
.
.
udawanie
.
naga grusza z obwisłymi piersiami
i jałowym łonem – bezzębny szkielet
na miedzy światów.
niechciany pomnik losu, bez winy,
w bezruchu, w dopalającym się słońcu.
nadzieję obsiadły ciężkie, czarne ptaki.
.
.
.
szukanie
.
dzielił nas wąski, półokrągły krawężnik.
skwer musiał być zaniedbany, bo pamiętam
za wysoką trawę, mlecze i tabliczkę: szanuj zieleńce.
krawężnik był szary i betonowy, a później już nie,
tracił gęstość, barwę i charakter, z dnia na rok.
pozostała tylko ta bujna, mleczna trawa
pomiędzy traumą, pszczołą
i zjawą matki, której dłoń przenikała moją.
.
.
.
forma
.
kształty, to ludzkie lęki.
piękne ułomności drwiące z ducha.
nieustannie, w poszukiwaniu ciała
podobnego bezwiednie zdeptanym –
nietkniętym ustami – mirabelkom.
.
.
.
początek
.
chciałbym, żeby dobry bóg był tylko bogiem,
a wiedza o nim stała się mniejsza
niż ziarnko gorczycy w żylastej dłoni.
chciałbym wierzyć, że stworzył człowieka
na obraz i podobieństwo, nie na wagę.
chciałbym ufać jego zdumieniu
nad ludzkim losem i temu,
że cały katalog grymasów zawarł
w dziecięcej twarzy.
chciałbym widzieć opuszczających świątynię
z plamami na kołnierzykach.
chciałbym słyszeć anielskie chóry,
i żeby słyszeli je także lekarze.
chciałbym, by duch wiał tam, gdzie chce,
a dobry bóg był bogiem.
.
.
.

.
Marcin Wróblewski, ur. w 1980r. Poeta. Pochodzi ze Zwolenia, mieszka pod Nałęczowem.
Publikował w: „Toposie”, „Odrze”, Epei”, „Suburbii” i wielu innych pismach literackich.
Laureat XLVI Ogólnopolskiego Konkursu Literackiego „Limesu” 2023, trzykrotny laureat
Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. Georga Trakla 2023, 2024, 2005; laureat VII
Turnieju Jednego Wiersza o Złote Pióro Iłły; IX i X Międzynarodowego Konkursu
Poetyckiego im. Józefa Bursewicza „O Złotą Metaforę” XXXIII. Ogólnopolskiego Turnieju
Poetyckiego „Autoportret Jesienny” Krotoszyn 2024; grand prix w XV Ogólnopolskim
Konkursie Literackim „O Różę Karoliny” 2024; laureat XXIII Konkursu Poetyckiego im.
Jana Kulki; laureat LVI. Ogólnopolskiego Konkursu Literackiego im. Jana Śpiewaka i Anny
Kamieńskiej.
Wydał trzy książki poetyckie:
1. „Zimne Ognie”, Mamiko, Ruda Śląska 2023.
2. „Brama”, Białe Pióro, Warszawa 2023.
3. „Widać Nóż”, Książnica Podlaska, Białystok 2025.
