Tryptyk o obcych światach i świetle
wyznającym ciemność w najcichszym widzeniu
.
1.
.
Osamotnieni ludzie wybiorą rośliny
w doniczkach na ministrów żalu i tęsknoty.
Ruch firanek i przeciąg przegłosował ciszę.
Kwiaty tańczą w ogrodach przy akompaniamencie
zmęczonych pszczół. Muzyka stwarza nowe światy.
Wobec szczęścia — przenigdy nie będę dorosły.
.
2.
.
Poranne słońce obsikuje przestrzeń promieniami,
przez całą noc trzymało światło.
Pociągam za źdźbło trawy, pociągam, nie wchodzę
do środka: opuszczonego pokoju na świecie.
Senna ważka, siedząca na tym źdźble jak portier,
zabrzęczy skrzydełkami niby pękiem kluczy:
czuj się jak u siebie w domu.
.
3.
.
Gałęzie jak anteny wysyłają sygnał,
z telewizorem – gwiazdą tworzymy układy
podwójne, zostaliśmy trudnymi do życia
planetami w orbitach miękkiego fotela.
W pustych domach śmietanką towarzyską będzie
wychodząca z terminu śmietanka do kawy.
W środku nocy oglądam przy włączonym świetle
ogromny cień rośliny – rośnie na suficie
i przypomina statek przybyszów z kosmosu.
.
.
.
Elegia o śmierci pieska
.
Widziałem w Kutaisi psy umierające
przed lotniskiem – warczały na nie samoloty.
Psy Kaukazu o oczach otwartych jak otchłań,
byłyście aniołami mojej melancholii.
Najbardziej na tym świecie szlochałem po stracie
Skipera, nazywałem go swoim psim bratem.
.
.
.
Ust-Kamienogorsk
.
Spokojny Irtysz płonie wodą utraconą,
nie pytam kalendarzy (są niewydarzone)
o wczoraj — nie był rajem we właściwym czasie.
Silny Irtysz uwalnia się z okowów mostów,
przelewa melancholię niedorzecznych stepów.
Tramwaje ujadają z bezdomnymi psami.
Zostań czystym Irtyszem, moja Atlantydo,
utopmy się w najgłębszych snach o Kazachstanie.
.
.
.
Pierwszy sen o Atlantydzie
.
Drżą liście, usiłują złamać szyfr ze światła,
lasy to instrumenty zielonego śnienia
o wiośnie przychodzącej cicho jak jaskółka,
piesek ze stóp uczyni podwaliny świata.
Pismo milczy (niemowa), więc przyłożę ucho
do liter, już złamały dane słowo, słyszę
jedynie szelest listków jakby właśnie ze mną
prowadziły rozmowę w wiejącym języku.
.
.
.
Liczę na palcach na siebie
.
Cień rzucam, nie potrafię wyjść z własnego cienia.
Tak żyję w swoim cieniu w słoneczną pogodę.
Gdy byłem małym chłopcem, układałem wiersze
osiedlowe z wyplutych łupin słonecznika.
Kto powiedział, że nie są pewną formę pisma?
Milczałem to, co ślina na język przyniesie.
.
.
.

.
Patryk Nadolny (ur. w 1993 r.) — studiował archeologię na UAM w Poznaniu. Laureat OKP o „Granitową strzałę” w Strzelinie (2014). Jego wiersze znalazły się w antologiach pokonkursowych, m.in. „Nowego Dokumentu Tekstowego” i pismach literackich: „eleWator”, „Inter”, „Kontent”, „Odra”, „Twórczość”. Ostatnio wydał tomik poetycki Limesy (Ostatnia Sobota Lata, 2023).
