Karaibska odyseja
.
Kreolski Odyseusz płynie do Itaki
Nowego Świata, łowi od dziesięcioleci
przyszłość swojej rodziny; wie, że grubą rybą
jest jego ciche życie, dobre i zwyczajne.
Derek Walcott na plaży nieopodal Castries
zapisał heksametrem homeryckim fale.
Założę wiersz — maleńką kolonię na czystych
wybrzeżach dokumentu tekstowego, język
jest zakopanym skarbem autora Omeros.
Na firmamencie cyklop o słonecznym oku
zagłębia się w noc w ludziach, chociaż jest południe.
Na niebie znów zapłonie zachodząca Troja.
.
.
.
Świat bez Atlantydy
.
Wieczór już przyszedł, nie nazywam światła
troskliwym ojcem tulącym kolory.
Skrawek nadziei zmieni rzeczywistość
w najszykowniejszy garnitur z powietrza.
Ptaki w przelocie będą przecinkami
postawionymi między mną a niebem.
O życiu nie mam zdania, bo milczenie
to błąd gramatyczny w składni oddechu.
Szpaki wyjadły czereśnie w Edenie,
syczą spragnione węże ogrodowe,
pszczoły kuszone są przez słodkie kwiaty.
Więdną historie — rośliny ozdobne
w zawsze za ciasnych doniczkach pamięci.
Ciemność przytula zamknięte widzenie,
już wypłakałem swoją Atlantydę.
.
.
.
Epoka brązu
.
Drzemie lotna łagodność, życie w prochach zmarłych
o imionach — nasionach zmielonych na żarnach
historii, z nich wypiecze się pamięć, będziemy
nią się dzielić przez wieki, czerstwą i spleśniałą.
Stary Kontynent świecił ozdobami z brązu,
zupełnie jakby słońce mieszkało na ziemi,
odlewane w kamiennych formach na narzędzia;
o zmierzchu ciekły metal zastygał nad linią
horyzontu, buchały chmury niby piece
hutnicze (wodne iskry), a podczas obrzędów
funeralnych płonęło w rozpalonych stosach,
by w wiecznej nocy dzień był udziałem umarłych.
Pozują artefakty jak na rewii mody:
w gablotach zausznice, berła sztyletowe
znalazły w muzealnych wnętrzach odpoczynek.
Do urn popielnicowych wrzucę głos pamięci.
.
.
.
Artefakty
.
Schwytaliśmy w jaskini Lascaux malowidła.
Wóz na wazie z Bronocic dowiózł nas na Księżyc.
Okrągły stół: przy Stonehenge obraduje światło.
W Göbekli Tepe piwo upiło historię.
Wyryto na tabliczkach z Gradesznicy pierwsze
protopismo z Europy, język się nauczył
chodzić, postawił chwiejne symbole jak kroki,
przewrócił się — litery nie stawiały pytań.
Mechanizm z Antykithiry wypieścił ciała
niebieskie, nagie przyszły na świecącą schadzkę.
Aztecki kamień słońca był zawsze w zenicie,
nie zaszedł kiedy przyszła długa noc konkwisty.
Zostałem z krwi i kości Kamieniem z Rosetty.
Kto zdoła rozszyfrować przynajmniej mój uśmiech?
.
.
.
Prehistoria
.
Kuli się doskonałość w kuli tego świata
o wyspach niczym piegi. Ma miejsca intymne:
Głębia Landsort, Sentinel, Półwysep Jukatan,
jak linie papilarne biegną poziomice.
Ordowik uczył mszaki traktatów ze światła,
wyrosły na uczone dęby i sekwoje.
W jurajskich monastyrach tkwią skamieniałości:
relikwie amonitów, chitynowych bożków.
Trylobit był podwodnym rycerzem z czułkami,
odciśnięte paprocie pismem — bez człowieka.
Piracka flota roślin kolonizowała
w okresie kredy Wielkie i Małe Antyle;
nikt jeszcze nie podbijał powietrza oddechem.
.
.
.

.
Patryk Nadolny (ur. w 1993 r.) — studiował archeologię na UAM w Poznaniu. Zdobywca nagrody grand prix w OKP o „Granitową strzałę” w Strzelinie (2014). Jego wiersze znalazły się w antologiach pokonkursowych, m.in. „Nowego Dokumentu Tekstowego” i pismach literackich: „eleWator”, „Inter”, „Kontent”, „Odra”, „Twórczość”. Ostatnio wydał tomik poetycki Limesy (Ostatnia Sobota Lata, 2023).
