Horyzont
.
Za tym horyzontem nie ma burz i pożarów uczuć
Które parzą mój umysł i czasem niszczą wszystko
Co zbudowałem w sobie
Tkliwość nie zniewala mnie zbyt łatwo i zbyt często
A pejzaż mojej twarzy jest taki jaki zaplanowałem
W oczach lekki światłocień
Bliźni nie musi się legitymować klanowym totemem
Myśli o pomście moich krzywd i różnych krzywdek
Wiatr duszy rozwiewa
Tak jest tam moja dusza i Duch wielki jak świat
Oddziela to co ważne od mniej ważnego i nicości
Lecz się wcale nie gniewa
Za horyzontem mojej natury jak Pan Bóg
Stwarzam swój kolejny dzień obmyślam noce
Znam pełną koncepcję dramy
Moje modlitwy niby kurierem świetlnym niesione
Trafiają w Punkt, znają Adres i drogę do Zamku
Poza widnokręgiem mi danym
.
.
.
Osobowość zależna
.
Być może jest Tam śród mieszkań bezliku
I dla mnie jedna choćby skromna loża
Za czyściec i kilka dobrych uczynków.
Być może.
Ciemne myśli, wciąż wabione przez rozkosz,
A reguły Umowy są cierniste
I w Księgach spisane nie nazbyt prosto.
Ciemne myśli.
Lecz jaśnieją, chcą być ciche, pokorne.
Ja wiem, że będą Tam liczni moi bracia,
Wreszcie przepraszałbym ich w cichość zbrojny.
Tak, przepraszał.
Wśród miriad rajskich dusz miałbym się pewnie.
Lecz gdybym twojej dłoni nie czuł w mojej,
Jak zawsze trwożliwie szukałbym Ciebie,
Tylko Ciebie.
.
.
.
Pozdrowienie
.
Ów sędziwy Inka, co skupia moje myśli,
Gdzie idzie w swoim poncho, wąską, górską ścieżką,
Udeptaną i twardą? Ten mój Obcy i Bliźni,
Który łzę mi wyciska, łzę heraklitejską.
Widzę jego koszulę pstrym topaco opiętą,
Duże kolczyków arillo lśniące kółka,
Stopy mocne i twarde sandałem ściśnięte.
.
.
.
Co cię nagli, śniadoskóry? Czy szalona córka
.
Martwi cię, by nie zrobiła nic złego?
Czy twój wnuk Tupaca, że znowu ma przykre sny?
Może ząb cię dręczy i chcesz się pozbyć go,
Lub że Księżyc żonie znów nie dał upływu krwi?
Gdybyś przystanął, czy pomówić moglibyśmy
i pośmiać się? Zagrać, na przykład, w pichqa?
Albo wychylić chicha, z twych pucharów z liści,
A potem zatańczyć razem na cześć życia?
Podaję ci dłoń ponad płynącymi wiekami.
Łączy nas braterstwo śmierci i niebytu.
Kiedyś i ja stanę się nikomu nieznany,
Nieobecny, zapomniany, pośród dusz bez liku.
Widzę cię wyraźnie z długimi, kruczymi włosami,
Uwięzionymi przez grubą, barwną przepaskę,
Gdy dal nad taflą Titicaca przebijasz oczami,
A ciężkie Słońce, jeszcze małe, wytacza swą maskę.
.
.
.
Próba
.
Niełatwo mi się z tobą rozstać,
Ale czas już tupie nogami.
Włos mój biały, schylona postać,
A wciąż chcesz mnie mieć we władaniu.
Kiedyś byliśmy nierozdzielni,
Świat mógł nam wybaczyć więcej,
Lecz mam już dość tej konfraterni
Biretu z pomponem dziecięcym.
Bo liche wiodę z tobą życie,
Rolę clowna każesz mi grać,
Dobrą chęć wywracasz na nice,
Rumieńcem wyrostka barwisz twarz.
Cóż, żal mi ciebie, gdy chłopca dłonie
Wspomnę tęskniące za uściskiem
I serce bliskości złaknione.
Źle pamiętać chłody dzieciństwa.
Więc musisz odejść, choć żal mi siebie,
W kruchcie pamięci mej skryj trzepot
Skrzydeł sklejonych na mą biedę.
Idę, gdzie wstęp wzbroniony dzieciom.
.
.
.
Radość
.
Ta fotografia jest czystą radością patrzenia.
Wczesny, majowy łan pszenicy aż po widnokrąg
Z kordialnymi kieliszkami maków, z jednym drzewem
I samotną górą, mówiącą „To ja, Ostrzyca”.
W samym sercu, przy rampie tego teatru Ty
W czerwonej kurtce, z głową jak z obrazu Tycjana,
Jak wielki mak śród falangi zielonego zboża.
Szyszak miedzianych włosów podsyca piękno twarzy,
Uśmiechasz się z umiarem, wyciągasz dłoń do Diuny,
Naszej księżniczki z Labradoru w barwie parkietu,
Raźnie jęzorem pozdrawiającej fotografa.
Jestem szczęśliwy, patrząc na ten majowy festyn.
Który to rok? Precz, licho! Święto jest poza czasem.
.
.
.
Sanki
. „Miłości moja, gdzież są, dokąd idą
Błysk ręki, linia biegu, szelest grud –
Nie z żalu pytam, ale z zamyślenia”.
(Cz. Miłosz: Spotkanie)
Śnieżna noc, stan wojenny, godzina milicyjna.
U mnie brydż, kumple, wódka i ruda dziewczyna.
I mdlące odurzenie, gdy na nią zerkałem,
Które mnie – męża, ojca – rumieńcem oblało.
Ktoś rzucił hasło „Sanki!”. Górka była blisko.
Noc, księżyc, gwiazdy lśniły. Śnieg czarował błyszcząc.
Gdy przed sanki wbiegł kot, wskazała go ręką,
Noc w jej oczach jaśniała, i wszystko przyklękło.
To było bardzo dawno. Wszystko poznikało,
Pamiętam rude włosy, imię zapomniałem.
Życie! Gdzież okrzyk – „Sanki!”? Gdzie śnieg, gwiazdy, księżyc?
Sanek pęd, ruch jej ręki, w oczach blask niebieski ?
Nie pytam z zamyślenia, ale z żalu.
.
.
.

.
Sławomir Bobowski – emerytowany pracownik naukowo-dydaktyczny UWr. i nauczyciel języka polskiego wrocławskich szkół średnich. Autor kilku książek oraz około stu artykułów dotyczących głównie sztuki filmowej. Wieloletni redaktor rocznika „Studia Filmoznawcze”.
