„Drogi przyjacielu, przekażę ci nowinę” – od tego zdania prawie zawsze zaczynał naszą rozmowę telefoniczną mój przyjaciel Pavel Řezníček, surrealistyczny poeta, pisarz, tłumacz z języka francuskiego i wreszcie emerytowany kolporter miesięcznika Babylon. Właściwie używał on tej obowiązkowej formuły również podczas osobistych wizyt, jakie składałem w jego mieszkaniu. Ze względu na to, że przez całe życie prowadził dziennik, często go kartkował i czytał mi, co w który dzień ostatnio robił, żeby nie zapomnieć o niczym ważnym. Niestety, już nigdy nie usłyszę powyższego zdania od Pavla, ponieważ w środę 19 września odszedł od nas na zawsze w wieku 76 lat. Ostatnie pożegnanie z tym enfant terrible czeskiej literatury odbyło się tydzień później w Olšanach w wąskim gronie rodzinnym i bez osób z zewnątrz.
Dla tych, którzy mogą nie znać Pavla Řeznička i jego pracy, przedstawię teraz bardzo krótki życiorys, a następnie dodam kilka osobistych wspomnień. Pavel Řezníček urodził się w Blansku, do 32 roku życia mieszkał i pracował w Brnie, w 1974 roku przeniósł się do Pragi, gdzie się ożenił i założył rodzinę. Jeśli chodzi o oficjalne wykształcenie, dotrwał do matury, średnią szkołę biblioteczną opuścił zaś po dwóch latach. Już we wczesnej młodości pokochał czytanie książek. Gdy będąc w wojsku w Pilznie, poznał surrealistycznego poetę Petra Krále, sam również stał się aktywnym surrealistą i nauczył się francuskiego. Od czasów obowiązkowej służby wojskowej w Pilznie trwa też jego druga życiowa miłość, a mianowicie miłość do pilzneńskiego piwa, a konkretnie Prazdroju. W latach 60. przetłumaczył z francuskiego serię surrealistycznych wierszy „Ďáblův ocas je bicykl”, od których rozpoczął swoją karierę literacką, recytując je w Małym Teatrze Muzycznym w Brnie. Do 1989 roku mógł jednak publikować jedynie w wydawnictwach podziemnych (m.in. w latach siedemdziesiątych wraz z Janem Gabrielem założył czasopismo podziemne „Doutník” ) i za granicą. W latach osiemdziesiątych we Francji została przez słynnego Gallimarda opublikowana jego ceniona powieść Strop z przedmową Milana Kundery. Kilka lat później Strop ukazał się także we Włoszech (pikantnym faktem jest to, że maszynopis rozpoczętego już tłumaczenia został wcześniej skonfiskowany bohemiście Giusepe Dieurnie na granicy czechosłowackiej i Dieurna musiała wówczas zaczynać tłumaczenie w kraju od samego początku). Od 1990 roku Pavlo Řezníček opublikował w Czechach kilkadziesiąt tomów poezji i prozy. Prawdopodobnie najbardziej znana jest jego trylogia o brneńskiej bohemie lat sześćdziesiątych Hvězdy kvelbu, Popel žhne i Blázny šatí stvol, w której pojawiają się postacie inspirowane prawdziwymi osobowościami, np. aktor i reżyser Arnošt Goldflam, siłacz Franta Kocourek, toksyczny poeta, który popełnił samobójstwo Karel Šebke, i wielu innych ówczesnych działaczy kulturalnych, którzy byli przyjaciółmi Řeznička. W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych Pavel Řezníček należał do kręgu przyjaciół pisarza i publicysty Bohumila Hrabala, z którymi spotykał się głównie w gospodzie U Zlatého tygra. Pavel zawsze pracował fizycznie, przed przejściem na emeryturę był pracownikiem poczty (między innymi pożyczył ode mnie książkę Listonosz amerykańskiego pisarza Charlesa Bukowskiego, który również pracował na poczcie, pod tym względem byli dość podobni). Warto dodać, że kiedy około czternaście lat temu przestałem kolportować miesięcznik Babylon, to właśnie sprawny fizycznie emeryt Řezníček zajął moje miejsce i włóczył się po Pradze z ogromnym plecakiem pełnym tych publikacji.
Jak już wspomniano powyżej, Pavel Řezníček zajmował się również tłumaczeniami z języka francuskiego, które ukazywały się głównie w czasopismach. Ukazało się tylko jedno wykonane przez Řezníčka tłumaczenie literackie, a mianowicie sztuka teatralna napisana przez mecenasa Picassa i właściciela galerii Ambroise Vollarda Ojciec Ubu na wojnie (wydana przez wydawnictwo Clinamen w 1999 roku), będąca kontynuacją słynnego Ojca Ubu Alfreda Jarry’ego. Niestety publikacja tej książki przeszła prawie bez echa, z drugiej strony niewykluczone, że właśnie z tego powodu może być ona nadal dostępna. Kolejnym wykonanym przez Řezníčka przekładem jest Wizyta na wystawie, sztuka teatralna autorstwa słynnego przedstawiciela malarstwa naiwnego – Henri Rousseau, zwanego Celnikiem Rousseau. Przekład ten jednak nigdy nie ukazał się w formie książkowej i o ile mi wiadomo, jedyny jego egzemplarz pisany na maszynie znajduje się w bibliotece Instytutu Teatralnego w Pradze, ponieważ wykonane przez Řeznička tłumaczenie zostało wykorzystane przy realizacji przedstawienia teatralnego.
Pavla Řezníčka poznałem jesienią 1997 roku na sylwestrze Pataphysic, który odbył się w nieistniejącym już legendarnym klubie Delta na praskim osiedlu Dědina. Współorganizatorem imprezy był Dan Štverák, dla którego na stoisku sprzedawałem książki z jego patafizycznego wydawnictwa Clinamen. Dan dwa lata wcześniej opublikował zbiór wierszy Pavla Plovací sval, więc Pavel miał podczas tego wydarzenia spotkanie autorskie. Oczywiście znałem już wtedy jego książki. Po spotkaniu celowo dałem Pavlovi rękopis jednego z moich tomików poezji, aby dowiedzieć się, co o tym sądzi. Jakiś czas później spotkaliśmy się przed pocztą w części Pragi o nazwie Pankrác, gdzie pracował Pavel. „Proszę Pana, Pan jest surrealistą!” zawołał do mnie na ulicy Pavel i zaprosił mnie na piwo (za które oczywiście musiałem zapłacić), i tak zaczęła się nasza przyjaźń.
Warto zaznaczyć, że Pavel Řezniček miał kilka zupełnie różnych oblicz. Jedno z nich lubiło bez umiaru pić w gospodach, a potem werbalnie zakłócać autorskie odczyty kolegów, obrażając ich i prowokując konflikty, które czasami przechodziły z poziomu werbalnego na fizyczny (przypomnijmy sobie np. walkę z Johnem Bokiem z powodu obrażenia jego żony, co nie skończyło się dla Řezníčka zbyt dobrze, bo według świadka Ivo Medka Kopanińskiego Řezníček dostał wtedy po dupie). Bystry Paweł zawsze musiał mieć wroga, najlepiej kilku na raz, a nienawiści do nich dawał upust również w swoich książkach. Nie tylko z tego punktu widzenia warto wspomnieć o jego wspomnieniach Vrstva chleba, vrstva vápna, královna (wyd. Aula, Kant w 2013 r.). Napisał tę książkę w czasie, kiedy ja sam byłem u niego w niełasce (przez około dwa, trzy lata), a kiedy mi łaskawie przebaczył, zadedykował mi ją, mówiąc, że nie pisał w niej o mnie, co miało być z jego strony pokłonem, ponieważ w tych wspomnieniach rozliczał się ze wszystkimi swoimi wrogami. Agresja Řezníčka czasami przynosiła również owoce. Pamiętam na przykład nasze wspólne spotkanie autorskie jakieś 11 lat temu w kawiarni Jabloň w Pilznie, gdzie organizator imprezy, niejaki pan Bajo (nazywający się tak samo jak popularna w czasach poprzedniego reżimu w Czechosłowacji guma do żucia z obrazkami), nie chciał zwrócić nam pełnych kosztów dojazdu, mimo, że wcześniej nam to obiecywał. Trochę mnie to zaskoczyło, ale nie Pavla, który tak się rozpalił, że wyglądało na to, że za chwilę przerobi pana Bajo na klopsiki. Na szczęście niegodny organizator zrozumiał, i aby nie dostać w pysk od dobrze zachowanego emeryta, wolał nam zapłacić tyle, ile powinien.
Osobiście wolałem jednak tego drugiego Pavla Řeznička, niezbyt agresywnego i trzeźwego przy domowym kominku, gdzie był poskramiany przez żonę. Mieszkaliśmy niedaleko siebie, w dzielnicy Nusle (chociaż Pavel nie lubił przyznawać się do tej dzielnicy i twierdził, że mieszka w Podolí), więc często go odwiedzałem. Zawsze siedzieliśmy w jego sypialni, która była pełna książek i czasopism. Od drzwi pokoju do jego łóżka prowadziła wąska ścieżka pomiędzy tysiącami woluminów ułożonych jedna na drugiej, często trudno było nawet zrobić miejsce na krzesło, żebym mógł usiąść, podczas gdy Paweł siedział na łóżku, nad którym górował regał. Paweł mawiał, że pewnego dnia biblioteka na niego spadnie i w ten sposób umrze pod stosem książek. Przy oknie wychodzącym na dziedziniec znajdowała się szafa z witryną, w której trzymał swoje własne książki, rękopisy, korespondencję, pamiątki i rzeczy osobiste. Na książkach stał magnetofon kasetowy z radiem, z którego Pavel słuchał swojej ulubionej stacji Vltava i jazzu, który kochał. Paweł przez całe życie prowadził dziennik i czasami mi go czytał. Na przykład kiedyś przeczytał mi ze swojego dziennika dziwne zdanie: „Umarł Kolo.“ Następnie wyjaśnił mi, że tak przezywał swojego ojca, do którego miał ambiwalentny stosunek. Oprócz tego z wycinków z gazet przez dziesięciolecia tworzył oryginalną książkę Absolutní trest, która dotyczyła skazanych i straconych morderców. Ją również mi kilka razy czytał. Jego fascynacja mordercami i egzekucjami była trwała. Jeszcze całkiem niedawno szukałem dla niego kolejnego tytułu poruszającego tę tematykę, a ostatnia książka, którą mi pożyczył, dotyczyła kobiet straconych w Czechosłowacji.
Paweł był zasadniczym surrealistą, ale nigdy nie należał do grupy czeskich surrealistów, choć utrzymywał z nimi kontakt i publikował w ich czasopiśmie „Analogon”. Myślę, że nie podobały mu się przede wszystkim ich kolektywne gry i ścisła hierarchia, jakiej przestrzega czeska grupa, wzorująca się na francuskim pierwowzorze. Około dziesięć lat temu zaprosił mnie, abyśmy założyli razem tak zwany KNS, czyli Krąg Niezależnych Surrealistów, jako prowokacyjny akt sprzeciwu wobec tej grupy. Być może napisał gdzieś relację o powstaniu tej komórki opozycji (być może w jednym z ostatnich numerów swojego czasopisma podziemnego „Doutník”, w którym publikował także moje wiersze), ale na tym się skończyło. O ile mi wiadomo, w KNS nie było nikogo innego poza nami dwoma, więc wygląda na to, że teraz zostałem w nim tylko ja, ale to nie ma już znaczenia.
Pavel od dawna cierpiał na cukrzycę, w ostatnich latach musiał kilka razy dziennie wstrzykiwać sobie insulinę. Kilka lat temu owdowiał, co bardzo przeżył, a jego jedyna córka wyszła za mąż i zamieszkała poza Pragą, więc widywali się niezbyt często. Zeszłego lata Pavel zachorował na tzw. stopę cukrzycową, przez co miał problemy z chodzeniem. Nie zgadzał się jednak na wizytę u lekarza. Bał się, że amputują mu chorą nogę, jednocześnie liczył na samoistną poprawę stanu zdrowia, co jednak nie nastąpiło. Zachowywałem się względem niego jak Samarytanin, przynosząc mu jedzenie i przybory do golenia oraz opatrując jego ranę na nodze zamiast pielęgniarki. Paweł trafił do szpitala jesienią ubiegłego roku, ale po kilku dniach opuścił szpital na własne żądanie. Potem zadzwonił do mnie, że zakupy robi mu jedna z sąsiadek. Długo go nie widziałem i dopiero dzień przed jego pogrzebem zadzwonił do mnie poeta Petr Motýl ze smutną wiadomością, że Pavla już nie ma wśród nas.
W osobie Pavla Řeznička opuścił nas oryginalny autor a jednocześnie wyjątkowa i zawzięta osoba, za którą jego czytelnicy będą tęsknić i to bardzo.
(Opublikowano w miesięczniku Babylon nr 3/2018 z dnia 30.09.2018)
Tłumaczenie: Justyna Pokorska
.
.

.
.
Viki Shock
Pavel Řezníček nie odbiera telefonu…
.
Ile to lat
kwiaty jabłoni będą kwitnąć bez ciebie
Pavle Řezníčku?
Twój ulubiony nieprzyjaciel Rodidlo Krawczyk Slepecký
napęczniał już do 160 kilogramów,
tak samo jak kardynał Duka,
ale ty już nigdy ich nie zobaczysz.
Nie wypijesz już nigdy 20 pilznerów U Jelínka,
gdzie za twoje sprośne zachowanie względem kelnerki Marii
wyznaczono ci miejsce obok śmierdzącego moczem WC.
Nie spróbujesz już nigdy niepostrzeżenie przenieść się gdzie indziej,
bliżej baru,
i nie usłyszysz już skwaszonego, przenikliwego głosu Marii:
„Gdzie jest twoje miejsce, Řezníčku! Wracaj siedzieć obok kibli!”
Nie będziesz już nigdy przed wizytą u lekarki cały tydzień opychać się
codziennie paczką kiszonej kapusty,
aby spadł ci poziom cukru we krwi
i żebyś znów mógł potem przez trzy tygodnie chlać i być pijanym jak bela
albo raczej jak Řezníček.
Nie uszczęśliwisz już nigdy żadnej dziwki z Perlovky,
nawet tym, że zrobi ci loda.
Nie krzykniesz już nigdy swoim kakodemicznym falsetem
do żadnej innej kobity w tłumie swojego obowiązkowego:
„Laska, nie masz może ochoty na numerek?”
Nie napiszesz już nigdy żadnego obraźliwego listu
do żadnej redakcji czasopisma ani do wydawnictwa,
które ociągały się z wydrukowaniem twojego genialnego dzieła.
Nie puścisz już nigdy jazzu w radiu i nie popatrzysz na Francję,
ani nawet na Instytut Francuski…
& ciemną nocą podskakuje twoja amputowana stopa cukrzycowa,
Twoja stopa, która śmierdziała tak,
że musiałam nałożyć sobie pod nos maści tygrysiej,
gdy chciałeś, abym zmienił ci opatrunek,
ponieważ się bałeś
że gdybyś poszedł z nią do lekarza,
to ci ją utną,
& miałeś cholerną rację!
Twoja stopa cukrzycowa,
którą amputowali ci w szpitalu psychiatrycznym
skacze ciemną nocą jak spadochroniarz z samolotu
jak Józef Gabčík podczas lądowania nad protektoratem,
jak kangur Skippy z pustą kieszenią
jak dziki mustang w logo Ferrari
jak żelazny rumak firmy Pullman,
Rozpędzony pociąg parowy,
maszyna,
która wypadła z toru
i pędzi, i miażdży przed sobą wszystko,
co stanie jej na drodze.
Człowiek maszyna choleryk Řezníček,
słowa jak mięso od rzeźnika
i mięso jak słowa,
a nawet jak sowa,
która toczy swą czapkę stale przed sobą
jak twoja amputowana stopa cukrzycowa.
Nie, nie już nigdy nie popłyniemy razem Posázavskim Pacyfikiem do Pikovic,
aby przespacerować się ścieżką wzdłuż rzeki i skał, chat z bali & osad trampów,
nieustannie debatując bez łyczka alkoholu
i dopiero na koniec całodziennej trasy skoczyć na piwo.
& z Motýlem nadal nie wyrównane rachunki,
(zamiast niego przyleciały do nas motyle)
podczas gdy ty jesteś już martwy
& martwy gówno wie,
co my wiemy aż za dobrze.
& to, że Servít jest totalnym dupkiem,
tak jak to nabazgrałeś w recesji
kredą na ścianach domów obok K+M+B
i obok rombów na obudowach.
Czekam na ciebie U Bansetha, Pavle,
na spotkaniu Klubu Niezależnych Surrealistów,
który założyłeś
aby wkurzyć pewną grupę,
choć byliśmy w nim tylko my dwaj.
Ale ty już nigdy, Pavle, nikogo nie wkurzysz,
chociaż tak bardzo to lubiłeś.
Już nigdy nie przyjdziesz do Bansetha
ani do Jelínka
ani nigdzie indziej.
Już nigdy, ale przecież dobrze wiesz dlaczego.
W końcu jesteś martwy jak Petr Král,
którego spotkałeś w wojsku w tym pamiętnym Pilznie,
pełnym beczek pilsnera, którego tak bardzo uwielbiałeś pić,
gdzie w koszarach na ścianie w kiblu było napisane:
„PEPA HANZLÍK TO MUCHA!“
Tam słynny poeta stał się zwykłą muchą,
a może jednak muchą pirenejską?
Mucha rzeźnicza przylatuje do rzeźni
& i niezauważona siada na martwym, wiotkim mięsie,
w którym składa jaja
zanim zauważy ją rzeźnik Masařík i spróbuje ją odpędzić.
„To jest koło życia i śmierci” powiedziałby filozof
„A może kołowrotek?“
Któż to może wiedzieć?
Ten rzeźnik nie nazywa się Masařík, ale Řezníček,
& i z tasakiem w ręku bierze zamach na muchę,
ale zamiast w nią, trafia w swoją własną stopę cukrzycową,
które niechcący sobie amputuje,
& ta stopa,
stopa cukrzycowa rzeźnika Řezníčka,
nadal skacze po świecie jak szalona.
Wskoczyła na kołowrotek życia i śmierci
i ściga się do upadłego z żelaznym ogierem,
który wypadł z torów i pcha przed sobą wszystko jak potok
z pękniętej tamy, ale…
…ale ogon diabla jest bicyklem,
o czym bardzo dobrze wiemy,
& a na tym bicyklu jednonogi Řezníček
ściga swoją uciekającą wyemancypowaną, gnijącą stopę,
podczas gdy Doutník nazywający się tak samo jak cygaro, nadal się tli.
Stopa Řezníčka dojechała na kołowrotku aż do młyna
& za nią Řezníček na bicyklu,
który jest ogonem diabła.
& w tym młynie,
w którym mieszkała Wenus Młyńska
(która w rzeczywistości była grecką boginią miłości Afrodytą,
a dokładniej jej rzeźbą tułowia bez ramion,
która uciekła tam z Luwru)
rozpoczęło się wielkie mielenie.
Dołączył do niego również melon,
aby to miało też jakąś melodię
& także Melanezyjczycy,
którzy w rzeczywistości jest rasą mongoloidalną,
& o czym niewiele wiadomo,
w dodatku niewiele się o tym mówi,
ale nie ma to nic wspólnego z Mongołami,
o których bez skrupułów nie można mówić.
& w olbrzymiej kapsule pocisku przyleciał tam również Georges Méliès
i wszystko to sfilmował bardzo starą kamerą braci Lumière
pod roboczym tytułem Droga do Młyna lub Wielkie mielenie.
W roli wpływowego & przebiegłego przemysłowca,
który zabiega o względy Wenus Młyńskiej,
obsadził z czasów Pierwszej Republiki Čeňka Šlégla,
który po wojnie został skazany za wspieranie nazizmu,
ale kogo to dzisiaj obchodzi?
& tak przemysłowiec Šlégl z afektem,
lecz na próżno
zaleca się do bezrękiej rzeźby Afrodyty,
która ma namiętny romans
ze stopą cukrzycową Řezníčka
& także z Melanezyjczykami, włącznie z Mongołami
& nawet z posągami moai,
które przypłynęły z Wyspy Wielkanocnej na Boże Narodzenie,
aby się bawić na tej imprezie,
co oczywiście strasznie wkurza jednonogiego, wściekłego klauna & choleryka Pavla Řeznička,
który z chęcią by do nich dołączył,
ale wraz z Šleglem skazany jest jedynie na bierne obserwowanie orgii
bezrękiego tułowia rzeźby z gnijącym tułowiem stopy
& ze wszystkimi innymi bezwstydnymi i obleśnymi.
Tymczasem w mięsistości, w tym wiotkim mięsie,
gdzie rzeźniczka złożyła swoje jaja,
wylęgły się nowe muchy
& cały ich rój leci teraz do młyna
& przyłącza się do rozpusty.
& Řezníček i Čeněk Šlégl się wściekają,
ale na nic im się to nie zda.
Tuż obok przejeżdżał tramwaj z Aleksandrem Wielkim,
ale przystanek Przy Młynie jest na żądanie
a Aleksander zapomniał nacisnąć przycisk STOP,
więc wysiadł dopiero w Berlinie na Alexanderplatz
& i już nie zdążył wrócić.
Ale nagle Afrodyta ze stopą Řezníčka,
muchami,
Melanezyjczykami,
Mongołami i Moai
wpada pomiędzy kamienie młyńskie i jest mielona na mączkę mięsno-kostną.
Wpada tam również Řezníček,
który chciał ocalić swą nieposłuszną, amputowaną, gnijącą stopę,
więc ją chwycił, ale to pociągnęło go w dół,
gdzie zaraz za nim wpadł też Čeněk Šlégl,
który trzymał Řezníčka za jego pozostałą zdrową nogę,
aby nie spadł on pomiędzy kamienie młyńskie.
Ale ostatecznie wpadli tam wszyscy, włącznie z Mélièsem z kamerą.
& tak oto skończył się jego ostatni nagrywany film Droga do Młyna albo Wielkie mielenie.
(Złe języki twierdzą wszak, że remake spróbuje zrobić Zdeněk Troška,
ale o to na razie nikt się nie troszczy!)
„Młyn wciąż mieli, buhehehehe!”
chichocze maniakalnie złośliwy czarny młynarz,
który to wszystko spowodował
ten absolutny grabarz
głupiec i drań,
który nigdy nie ma dość.
To nie jest zwykły młyn,
ale czarny młyn,
mięso-młyn czasu i przestrzeni,
który zmieli absolutnie wszystko.
A potem wpada do niego również Blansko,
Brno z kramami & gwiazdami,
ze swoją bohemą, włącznie z demiurgiem Janem Novákem
i Frantą Kocourkem,
który kazał sobie rozłupać drzwi na głowie,
wpada tam nawet Goldflam ze swoim Dolfíkem,
i znika w nim też Praga,
& i ulica Sinkulova,
przy której mieszkał niejaki rzeźnik imieniem Masařík, a właściwie poeta Řezníček.
Wszystko zostaje zmielone, włącznie z przemiałem.
Przyszła kolej nawet na klapki,
podczas gdy Doutník nazywający się tak samo jak cygaro, nadal się tlił.
Drogi Pavle,
już nigdy nie przekażesz mi swoich wiadomości,
osobiście
ani przez telefon.
A kiedy dzisiaj znów zadzwonię na twój numer stacjonarny,
odezwie się tylko twój nagrany przed laty głos:
„Pavel Řezníček … nie odbiera telefonu.
Proszę zostawić wiadomość.”
.
(Opublikowano w magazynie Tvar nr 14/2021)
Tłumaczenie: Justyna Pokorska
.
.

Viki Shock
Urodzony 8 kwietnia 1975 r. w Pradze poeta, prozaik, artysta.
Ukończył Średnią Szkołę Techniczno-Mechaniczną (1990–1995) oraz Husycki Wydział Teologiczny Uniwersytetu Karola (2015–2020).
Pracował jako mechanik, sanitariusz, bibliotekarz, woźny, asystent produkcji w Czeskiej Telewizji, korektor, copywriter, redaktor w agencji prasowej Mediafax, ogrodnik na praskich cmentarzach w Liboc-Vokovice, Bubeneču i Malvazinkach oraz archiwista w Ministerstwie Finansów Republiki Czeskiej.
W latach 1994–1995 samodzielnie wydawał czasopismo literackie „Karpatské příčiny” (wraz z Robertem S. Wronskim).
W latach 1993–1996 i 2002–2005 był członkiem zespołu muzycznego Ironickej Mozek; pisał dla niego teksty piosenek, śpiewał i grał na kazoo. W 2002 roku nakładem wytwórni Vronsky Records ukazała się płyta „Příchod bohů aneb To jste nečekali!”.
W latach 1997–2004 prowadził wydawnictwo samizdatowe THC Review, w którym publikowano zbiory „marihuanowej poezji szalonej” autora i jego przyjaciół w nakładzie od 5 do 30 egzemplarzy (łącznie 31 tytułów). W 2019 roku kontynuował działalność w wydawnictwie internetowym samizdatowym TBC Review, gdzie do tej pory ukazały się 3 tytuły.
W 2004 roku reprezentował czeską poezję na Międzynarodowych Targach Książki w Lipsku.
Współpracował jako redaktor (lub stały współpracownik) z wieloma czasopismami, takimi jak „Babylon”, „Dobrá adresa”, „Přítomnost”, „Pražský patriot”, „Psí víno” i „Reflex”.
Współpracował również z wydawnictwami Clinamen (dla których przygotował m.in. wybór poezji Vladimíra Pospíšila „Kalikrů kalikým”, 2007) i Beletris (wybór opowiadań Filipa Příhody „Kruh pro poníka”, 2005 oraz debiutancki wybór poezji Davida Pillowa Vzkazy’ego „Madame X”, 2012).
Jako artysta zajmuje się rysunkiem i kolażem (w 2008 roku jego prace były wystawiane wspólnie z pracami Eugena Brikcia w Galerii Smečky w Pradze pod tytułem „Starzy/Młodzi”).
Na podstawie jego tekstów reżyser Vladimír Franče nakręcił krótkometrażowe filmy „Odkryjmy sztuczne raje!” (2002), „Zaćmienie” (2003) i „Kosmos” (2004).
W latach 2011–2014 Viki Shock zagrał w krótkometrażowych groteskach Jana Nejedlýego („Medaliony zapomnianych”, „Kurier w ucieczce, czyli Huspenina w niebezpieczeństwie”, „W pułapkach strachu”, „Láďa i Linda” itp.)
Jego teksty tłumaczono na język angielski, bułgarski, francuski, włoski, węgierski, niemiecki, serbsko-chorwacki i hiszpański.
Viki Shock jest autorką trzynastu opublikowanych tomików poezji i prozy.
.
.

Justyna Pokorska
Urodzona w Wałbrzychu. Ukończyła stosunki międzynarodowe na SGH w Warszawie, ale wyprowadziła się ze stolicy w Sudety i od kilkunastu lat zajmuje się tłumaczeniami ustnymi oraz pisemnymi z języków czeskiego i słowackiego na język polski. Poza tym prowadzi gospodarstwo agroturystyczne w pobliżu polsko-czeskiej granicy.
