DSC_0082

Karol Maliszewski
Poezja i okolice (wyimki 1)

Jak się okazuje, wyjście z czasu przywraca wartość przestrzeni. Porzucenie rojeń o pokoleniowości skutkuje dowartościowaniem lokalności. W tym ujęciu ważne staje się miejsce mówienia, a nie jego historyczny czy polityczny czas. Oczywiście o tych aspektach interpretacji nie należy zapominać, lecz to nie znaczy, że trzeba je przeceniać. Zatem Opole Różyckiego, uzgadnianie tożsamości poetyckiej w oparciu o przeżywanie i rozumienie miejsca; albo jeszcze inaczej: trudne dochodzenie do utożsamienia z miejscem, jego niepewnym i niejasnym statusem. Tak samo Kłodzko Anny Zelenay czy Nowa Ruda Zygmunta Krukowskiego jako specyficzne zadania do literackiego wykonania, przestrzenie do „uzgodnienia” i wypowiedzenia.

 

W pewnym momencie przestaje mnie interesować społeczno-pokoleniowe osadzenie autora (autorki) wierszy. Zaczynam go (ją) traktować jako „przypadek metafizyczny”, „zjawisko duchowe”. Utwory w pierwszym oglądzie konkretne, sensualne i somatyczne, w swej głębszej warstwie wydają się być ewokacją ludzkiej tęsknoty za czymś znajdującym się poza bezpośrednio danym, empirycznym horyzontem. Wciąż pozostaję uczniem Mircei Eliadego i Paula Ricoeura.

 

Otóż można zatrzymać się na jakimś zagadnieniu przenikającym wiersze autorów z różnych środowisk i generacji, i drążyć go, aż do ukazania jego różnorakiej funkcjonalności. Doświadczamy wówczas wrażenia, że temat wiedzie życie niemal wieczne – opowiadany wciąż od nowa rozrasta się o dodatkowe znaczenia, doraźną korektę historycznoliterackiej chwili. Tak więc „obrazowość” (lecz już nie „wizyjność”, bo ta dana jest wyjątkowym poetykom w wyjątkowych sytuacjach) jako wyobraźniowy rdzeń monologu lirycznego, tu utwierdzany przez szczególną sytuację opisywania dzieła plastycznego (obraz obrazu), tworzenia ekfrazy i form pokrewnych; tak więc zamieranie we współczesnej poezji jawnego komizmu, który towarzysząc wrażliwości naszych czasów, przypomina raczej gorzkie rozbawienie, swoje źródła mające najczęściej w efekcie groteski, szyderstwa, persyflażu czy parodii.

 

Z jednej strony język i tradycja poetyckich form, z drugiej potrzeba ekspresji własnej, zaznaczenia swego miejsca wśród innych ludzi, w walce z czasem i przemijaniem. Być może rozważania o tożsamości miejsca w poezji należałoby zacząć od ustaleń dotyczących języka i możliwości przezeń stwarzanych dla ludzkiego umiejscowienia rozumianego jako zaznaczenie, umocowanie w bycie. Miejsce poezji w języku, w międzyludzkiej komunikacji, w życiu społecznym, a wreszcie miejsce poety (człowieka-twórcy) pośród innych istnień, definiowanie tak rozumianej tożsamości. Jeżeli wskazuje się na potrzeby ekspresji własnej, zaznaczania lirycznego ego w komunikacyjnej przestrzeni, to nie wyobrażam sobie pominięcia w tych rozważaniach aspektu topograficznego, przez który rozumiem projektowanie sytuacji lirycznej na tle rysującego się ukształtowania terenu.

 

Chodzi o wiersz Stanisława Barańczaka Widokówka z tego świata (z tomu pod takim samym tytułem), w którym to, co najważniejsze i pełne nietajonego napięcia wiąże się z dość nieokreślonym partnerem dialogu. Właśnie dialog, spotkanie, doszukiwanie się znaczenia zaimka „Ty” naprowadzają krytyka na trop związany z filozofią dialogu.

 

Jego debiutancki tomik – Negatyw z 1994 roku – rozpoczynał wiersz zatytułowany Kolacja filozofów, a jednym z kolejnych był Nietzsche i my, dedykowany przyjacielowi, poecie, i też redaktorowi „Nowego Nurtu”, Dariuszowi Sośnickiemu. Wspomniane utwory są dla mnie w pierwszym rzędzie odbiciem specyficznej aury duchowej początków lat dziewięćdziesiątych, a także obrazem studenckiej obyczajowości. Pierwszy w swej warstwie anegdotycznej relacjonuje zakrapianą alkoholem imprezę, drugi kłótnię i bójkę przyjaciół. Jeżeli, idąc tropem interpretacji Michała Larka, pierwszy wiersz można ujrzeć w perspektywie zależności od poetyki nowofalowej oraz stojącego za nią światopoglądu, to drugi wydaje się sygnalizować otwarcie się na inną tradycję filozoficzną i jako taki symbolizować charakterystyczną dla pewnej części pokolenia zmianę orientacji mentalnej. Nazwać by to można przejściem pod inne skrzydła, pod inny patronat duchowy.

 

Zupełnie inną perspektywę poetyckiego filozofowania ujawnia wiersz Nietzsche i my. Przede wszystkim młodzi adepci filozofii (a można to potraktować dosłownie, gdyż Grzebalski, i ujawniony w dedykacji Sośnicki, to wówczas studenci filozofii na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu) „filozofują” na wolnym powietrzu, opuściwszy ciasne przestrzenie wykładowych sal i akademikowych pokoi; opuściwszy miasto. Tu już nie dyskutuje się, popijając alkohol, tu staje się w obronie racji, świadcząc własnym ciałem, pełnym zaangażowaniem fizycznym. Niczym Zaratustra, który wybrał góry, lasy, odludzie, bohater bije się za miastem. Nie wiemy, o co, w imię jakich racji. Ważniejsza jest otoczka stoczonego pojedynku. Wymiana ciosów jak wymiana poglądów odbywa się w przestrzeni poza zastanym ustabilizowaniem sensów, poza dyskursem uniwersyteckim, bliżej życia i ziemi, w instynktownym odruchu. Ta sama bójka, ale na miejskim bruku czy w murach Akademii, nie miałaby już tak głębokiego znaczenia. To bardzo Nietzscheańskie. Wyjść poza słowa, poza prawdę strojącą się w łańcuchy metafor, filozofować całym sobą, ciałem i krwią . Oto w obecności wiecznej ziemi, naturalistycznie potraktowanej „ziemskości”, utytłany w błocie (w imię czegoś) człowiek.

Bić się najlepiej za miastem,
gdzie nikt nie widzi, gdzie ziemia
jest miękka i czarna. Nietzsche pochwaliłby
nas, widząc jak leżymy ubłoceni,
smakując językiem jej cierpkie ciepło.

Zwróćmy uwagę, że przez ten „obyczajowy”, studencki obrazek przeziera coś większego, może nawet gorliwość wyznawcy nowego porządku myślowego, poszukującego naturalności, a w efekcie i „większej prawdy”. Hipotetyczna możliwość jej uzyskania pojawia się wraz z wchłonięciem przekonań Nietzschego z a m i a s t e m. A proces ten może dotyczyć nie tylko bohatera i jego przyjaciela (też uwikłanego w gwałtowny przebieg redefiniowania warunków dyskursu), lecz również jakiejś większej grupy osób.

PODZIEL SIĘ