Krytyka literacka. Poezja, proza, literatura współczesna. Pismo literackie i wydawnictwo.

Ta łuna to on
Jacek Bierut

 

 

Są takie książki, o których aż strach pisać i troszkę także strach o nich nie pamiętać, kiedy zajęci jesteśmy czymś innym. I te są zwykle najlepsze. Nawet kiedy podczas kolejnej lektury, czytelniku, zalewa cię wysoka fala pytania: „o co ci, do diaska (lub do czegoś innego), autorze chodzi?”, czytasz dalej, bo tak wielka w tym przypadku jest przyjemność czytania, a kwestie samego tematu i toków znaczeniowych stają się o wiele mniej ważne od kwestii autentycznego żywiołu tego, co zostało napisane. I zaczynasz traktować tekst jako ciało, a jego najprawdziwsza krew zaczyna swoją drogę w twoim oku. I nagle się wszystko wyjaśnia, a jeśli nie wszystko, to wyjaśnia się nadspodziewanie dużo.

          Marcin Sendecki bardzo szybko wydał kolejną (po „Trapie”) książkę. „22”. Tytuł nie jest wycieczką do peiperowskej powieści, tylko bezbłędnym wynikiem matematycznego działania (22=8+14). Osiem oktostychów i czternaście sonetów (wiadomo, dlaczego akurat osiem i czternaście), kolejny koncept autora „Opisów przyrody”, który ma szansę znaleźć naśladowców. Nie bez znaczenia (zapewne) pozostaje także fakt, że wydał ją poza Biurem Literackim, co u autora o tym dorobku i autorytecie jest ruchem właśnie „znaczącym”. I dlatego już my sami milczmy o tym.

          Zacznijmy od tego, że autor „Parceli” kolejne książki z wierszami pisał zwykle długo i powoli, a tu po wydanym jesienią „Trapie” niemal natychmiast, w zaledwie kilka miesięcy później dostajemy kolejną nowość, jak można się domyślać po samych wierszach, po pejzażu, temperaturze, scenerii i ubiorach w nich występujących, pisanych właśnie w tym krótkim czasie kilku jesiennych i zimowych miesięcy. I ta zwartość aury, jednorodność spojrzenia, bliski sobie język poszczególnych wierszy jest wielkim atutem tego tomu. Dostajemy w nim coś, co z racji problemu poruszania się tu przeze mnie po dość grząskim gruncie nazwę z braku innego pomysłu archetypem specyficznej rasy człowieka współczesnego, który widząc świat w pewnej chwili, dając jego panoramę (szczątkową z racji perspektywy), niejako mimochodem daje też jego wykładnię, a nawet syntezę. Ze szczegółów wnioskuje o szczegółach i dochodzi jedynie do niezmiernie szczegółowych wniosków, które rozsypane na pierwszy rzut oka zupełnie przypadkowo, dają jednak pewien obraz, i w końcu można coś dostrzec, coś, co daje wrażenie pełni. I to dostrzec nie w jakiejś klarownej projekcji, lecz w języku, w czymś, co (chyba już tylko obok ekskrementów i telewizyjnych osobistości) wciąż jest jeszcze prawdziwe. Ale nie w języku, jako w nośniku znaczenia, co i tak udaje się tu przecież, na ile tylko może się udać, ale w jego energii. I nie chodzi mi tu o samo brzmienie, które też zostało wykorzystane do cna (twarde rzędy zsynchronizowanych spółgłosek), jak chciałoby się powiedzieć, ale o energię trudną do nazwania, jaką mają kolory na niektórych obrazach albo dźwięki w pewnych fragmentach wykonań niektórych kompozycji przez niektóre orkiestry. To coś, co przytrafia się zaskoczonemu odbiorcy tylko wtedy, jeśli ma kontakt z podaną niby od niechcenia, mistrzowską realizacją na przykład w obrębie jakiejś dziedziny sztuki, ale także może się to przytrafić w najbardziej banalnych okolicznościach, choćby kiedy nadchodzi sposobność skosztowania chleba upieczonego tylko i wyłączanie według kilka tysięcy lat doskonalonych zasad sztuki piekarskiej. Człowiek wtedy kosztuje, czyta, słyszy i doznaje przyjemności w stanie niecodziennym.

          A nowa rzecz Sendeckiego jest przede wszystkim właśnie o tej chwiejnej kondycji człowieka. Tak naprawdę można pokazać ją tylko wówczas, jeśli pokazuje się i resztę świata. Ale pokazywanie go wprost zaciera obraz i sztuką staje się wymyślić i zrealizować skalę możliwie daleką od jeden do jeden, a jednocześnie wciąż dostępną naszym zmysłom i intelektom. Autor to potrafi. Przez te swoje zmyślne soczeweczki pozwala nam zajrzeć w jakieś strzępki świata, czyli wszędzie, i to i w ciało, i w duszę. Zaczyna od scenerii. To są zazwyczaj drobiazgi, gałązki pokryte szadzią, kapsle „na podpłociu”, „za rogiem jest bank”. Daje się tu też, jak już w sztuce antycznej przykazano, wyraźną określoność czasu. Oczywiście chodzi o tę dziwną porę roku, ni to jesień, ni zimę, kiedy to „wczoraj śnieg w centrum, dziś suche chodniki”, a „wiatr chciał tylko nakłamać i wiać”, ale tak naprawdę szybko widzimy, że nie chodzi tu o żaden czas wspólny, czas uniwersalny, a nawet o żadną nowoczesną porę roku, tylko o ten stan współistnienia z czasem na zasadzie wyrywków i indywidualnych dominant w stylu „mam wodę na gazie / i mało mnie obchodzą bankowe pobory”. Czas wypiera zatem pokryte szadzią gałązki, wcale ich nie unieważniając. Czas jest tu zatem czymś w rodzaju scenerii, scenicznych dekoracji, a być może nawet samą sceną. Bo żyje się w zasadzie nie gdzieś, ale przede wszystkim w kiedyś. I życie polega trochę na kolejnych rozbłyskach różnych, różnorodnych, nieprzystających do siebie kiedyś, momentów, chwilek, stanów i całkiem sporych kawałków zamrożonego czasu, kiedy „środa się topi w niedzieli”. I nie dajmy się zwieść, wcale nie o czas w tym wszystkim idzie. Czas to tylko sprzyjające bądź niesprzyjające warunki na coś. A to coś też jest niestałe.

          Nie wiadomo, czy bardziej są to inni ludzie, czy na przykład aktualne warunki (możliwości) ekonomiczne (bo za mało w tym przypadku byłoby powiedzieć „finansowe”). Ludzie to wiadomo, niewiele dobrego da się o nich powiedzieć, ale trzeba mówić o ludziach, coś każe mówić o ludziach, bo w pewnym stopniu jest się sumą ludzi, nie na zasadzie, że ludzie to ja, ale na czymś, co wcale nie jest odwrotnością tego stanu, jestem (i nawet nie wiadomo, czy „niestety”) ludzki. No więc ludzie. Jacy są? Pchają się, chcą być widoczni, zauważeni, kochani. Docenieni, ale to się nigdy nie spełnia na pożądaną skalę. „Pierwsze / krzesła w radzie biorą najświeższe, bo są / najjaskrawsze. Tyle katalogu, ile kandydatur”. Autor zatem ani przez moment nie sili się, żeby powiedzieć coś o nich na pewno. Raczej tworzy ośmio lub czternastowersowe przyrządy rejestrujące w różnych przejawach aktywności stopnie ich „ludzkości”. I nawet jak coś wie, to tylko o nich wspomina, bo szczegóły tkają (mają tkać?) całość większego obrazu. Pozaludzkiego, chciałoby się powiedzieć, ale nie ma pewności, czy tak można to formułować. Bo ci ludzie po prostu są, w różnych układach, w różnych sytuacjach, i nie można się temu dziwić, ani ich pomijać. Zależysz od ludzi, ale to działa w obie strony, bo i ludzie mogą zależeć od ciebie (choćby te „bachory / pominięte w budżecie”). Zresztą ty, czyli osoba mówiąca w wierszu, też nie jest wcale jednorodna, raz jest mężczyzną, raz jest kobietą, i nie jest wcale ważniejsza od innych osób. Ludzie nie istnieją bowiem sami przez się, ani dla siebie, ani w innym celu, tworzą jedynie konstelacje. Mogą się po nich (konstelacjach) poruszać. Mogą odkrywać prawa nimi rządzące. Prawa są z reguły bardzo proste, hierarchiczno-ekonomiczne („Ten z końca. Kto ma na uwadze / inną konstelację, niech rypie do władz, / jeśli je znajdzie, gdy zwyżkuje jen”). Nikt tak z powodu tylko swojej jednostkowości nie jest ważny. „Gdybym cię nie zobaczył, nic by się nie stało”. Robimy coś, cokolwiek, żeby czymś zająć przywołane w motcie descartowskie (a także uniwersalne) duszę i ciało. Możemy choćby w ciasnym kółku podnieść sztangę. Możemy się kochać („Stanęło mi serce w odległym motelu, / gdy rozchyliłaś burkę z metką Armaniego”), ale w zasadzie i to jest bez znaczenia, bo („strome piersi / na złowróżbny protokół”) jeśli mamy jakieś znaczenie, to jest to znaczenie komiczne („Dowcip przy umieraniu nikomu nie szkodzi”) lub nie mniej złowróżbne, ekonomiczne. Kim jest nasz człowiek, człowiek z naszego świata, z naszego czasu, z tego kawałka czasu, który został nam tu wyświetlony? Poza innymi błyskotliwymi konstatacjami, możemy sądzić, że autor próbuje nas przeprowadzić do sądu, że człowiek to ktoś, „komu wolno zapłacić kartą”, i to, obok wielu innych rzeczy, jest w nim niepokojące i groźne, bo „debet wchodzi w krew”.

          Teraz pora na kilka zastrzeżeń. Wszystkie te moje dotychczasowe domorosłe interpretacje są zupełnie nieprawomocne, bowiem autor, używając tonu „serio”, puszcza nam zazwyczaj oko gdzieś z lustra ustawionego w miejscu mniej widocznym, a zaznaczając wypowiedzenia z wyraźną ironią, mówi nagle coś, czego czytelnik, jak mógłby sądzić, będzie się mógł trzymać, w tym świecie dość skutecznie dającym się pokazać w dwudziestu dwu odsłonach. Ale przecież ten tom, jak przeczuwam, ani przez moment nie uzurpuje sobie takich ambicji, raczej wprost się prezentuje z najlepszych stron, jako czysta zabawa literacka, z mickiewiczowskimi, słowackimi odniesieniami i zdeformowanymi frazami, z wyraźnym wskazaniem na słownik, jako narzędzie wykorzystane przy powstawaniu, przy deformacji niektórych zdań i wersów. Niby nie ma nic pewnego, niby „jeden cmentarz się trzyma / ustalonych brzegów”, ale literatura, a już wiersz w szczególności, jeszcze w tak szlachetnych, tak doskonałych formach jak sonet i oktostych, daje na tym polu pewne niebagatelne możliwości. Jeżeli czytamy w którymś momencie: „ta łuna to ja”, możemy poczuć, że oto to my sami czytając, znajdujemy się z „żagwią przy beczce szczerego mazutu” w ręku, i płonie nam w rękach to dziwnie spokojne, nienachalne, uczepione nieważnych szczególików życie, płonie w jak najbardziej naturalnym (językowym) środowisku. Jedynym możliwym jeszcze naturalnym środowisku. I to jest pocieszające. Literatura jako pocieszycielka naszych ciał i dusz (przy braku nadziei na istnienie duszy).

          Najbardziej podoba mi się jednak to, że książkę tę można czytać również na wiele innych sposobów, zupełnie niesentymentalnych i nienaiwnych, do czego nie wiedzieć czemu, akurat przy tej lekturze miałem sposobność, zdolność i predyspozycje. Na przykład jest w tej książce znacznie więcej wierszy, niż dwadzieścia dwa. Jest więcej oktostychów, niż osiem, i więcej sonetów, niż czternaście. Na przykład

Zdejmuje miarę z najmniejszej gałązki
świadomej alergii, jeśli zamierzasz krwawić,

dopokąd się nie zjawią siostry z bandażami,
żeby się spłakać na śmierć. Oldskulowa wódka

z sabaudyjskiej góry,
salto zyskuje rangę,

program ołtarza to rzecz osobowa
niczym z nowoprzyjezdnym.

To jest oktostych po zbójecku ułożony przeze mnie z czwartych wersów pierwszych ośmiu wierszy. Można się z tą książką w ten sposób naprawdę długo bawić i dokonywać niebywałych odkryć, dokładnie w tym tonie, w jakim była pisana (jak sądzę) – „pół pensji/ na prąd, herbatko. Drugie pół na kwiaty”. Po prostu zwątpienia i nadzieje. Kawał naturalnej elegancji.

Marcin Sendecki: 22. Wydawnictwo Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej i Centrum Animacji Kultury w Poznaniu. Poznań 2009, s.30.

 

Tekst ukazał się po raz pierwszy w Twórczości 

 

Jacek Bierut. Proza współczesna. Pismo literackie, wydawnictwo, sklep internetowy.

PODZIEL SIĘ