Poezja współczesna. Pismo literackie i wydawnictwo.

Feliks Stechnij
Wiersze

Wodopój

.

Żądne tornada wołają o moją krew z uszu
z płaskiego egzystowania z dębu i kruka
szczypniętym przez ząb srebrzysty co chciał mieć żonę nie zbłąkaną
od cezara do matczynego grobu ostatecznego biegłem

do miłości łona i oślepłem od światła iż tak miało być
Doszedłem pod drzewo zeschnięte którego gardło moje nie przełknęło imienia

Oparłem się co nie wyssałem żadnych skoków lat tysiące temu

Roznieciłem więc pożar
Bezsilna duchowość zmarłej kory przeze mnie zdartej
dała odporność ogniom i mojemu sadowi

Choć drewno było krwawe i łzawe badałem moralność tego żaru
Jakkolwiek krwi jeszcze nie poznałem
był to eksperyment czasu

Przysnąłem w jego iskrach strzelających

.

.

.

Czyniąc szczęście i władcy narodzin

.

Słodszym niż ta pierś będziesz w kontur wpisana
dla której drzewa i owoce w tyradę chwały stworzone

Rankiem w blasku pomroki niby krzątałem się
chowając się pod twoją ochroną która rozświetliła niebo w sieci splątane

Z czasem zrodziło się ciało w okrzyku twoim proteście
W przedświcie stopione kurczące w zimnej fali na gałęziach choin

W szańcu próśb i konań przeniknięty w skórę
błagając o przebłysk i pocałunek w miękkości ziemi soku

W bezkresie substancji narodzin co w sile miłości stworzonej
Zasnąłem w ciszy ostatecznej

.

.

.

Z widokiem na ścięty las

.

Raz pewien pamiętam ból był naszym panem
Targani północnym wiatrem stawaliśmy
nad szlakami przeminiętych narodzin

Pod gołębie wrota podszedłem
W drzwiach staną mroźny topornik, z kłami
Ja…
Uciekłem na pola pustynne uciekłem

W zmierzchu pamiętam
szarżowaliśmy na posłańców przeszłości
Gdzieś pod Australią zanurzyłem ręką po korę jesionu

Po kruszącym odzewie natury zgryźliśmy żołądki ciał naszych
i pamiętam flotę szarżującą na smoka spod skał
jakże był październikowy kat

Przed wiosną jeszcze do tułałem się pod park
Leżałem już i próchniałem wołając:
Gdzie jest mój Pan?
Gdzie jest Pan?

 .

.

.

 

 

Na wzgórzu latarnie świeciły

 .

 

To był grzech
od… gdzieś po Syberię

To był grzech
od fig po ocean

Mieczem ciosano przy narodzinach
aż po dziś aż po maj

Dzwoniły dzwony później w Bambergu
Gdy pewnego razu na gorącej jeszcze ziemi
ujrzałem kobietę całą w bieli

i biel tej ziemi
i skórę tej bieli

.

.

.

 

Dwanaście tysięcy trzygłowych łabędzi

 

 .

Kroczyłem wśród pięści oliwnych w czarny i biały ślad
W kalectwie rozpaczy wód zegarów i porzuconej matki
Na wzgórzu dwunastotysięcznym

Niewymowny jest głód mojej modlitwy
i niewymowny głód walki co w nędzy próbuje zakwitnąć

Na wzgórzu leży jedno na drugim
i drugie na jednym
i uda i krzewy wołają o pomoc i przebaczenie

Ściągnąłem na oczy czarną flagę
a sumy były zerem

.

.

.

Blizna

 .

 

dniami, skłóconymi dniami wisi ciężar odpowiedzi
czego wyjść, czego wejść, era rozumu otępiła

w grubym ciele, choć bez niego iść tylko do udręki kobiecości
jak umiera bez swojego czasu, a smutny jej los
od lat, gdy została wygnana

i ja z nią
i drzewo jest rozpaczliwe
z południa aż do południa

a włosy uwolni i drzewo oswobodzi
kłaść się, oddychać tym
od północy aż do północy

.

.

.

Którego byłem

 .

ruszyłem pod gaj dębowy
ruszyły za mną tuczniki drakona

skryłem się pod miliardem wspomnień
tam karawan zaprzęgany w konie

na dnie rzeki stadem pławiły się cytryny

biały liść…
krzywoprzysiężny czas…

.

.

Poezja współczesna. Pismo literackie i wydawnictwo.

Feliks Stechnij (2002) – Urodzony we Wrocławiu muzyk oraz poeta uważający się za poetę samotnika, jak dotąd bez debiutu oraz tomiku.

PODZIEL SIĘ

Do góry