Proza współczesna. Pismo literackie, wydawnictwo, sklep internetowy. Róża Bierut.

Przeciekająca wypożyczalnia z filmami
Tomasz Popławski

    Właśnie obudziłem się z 10-cio godzinnego snu. Poranny wzwód jeszcze mnie trzyma, więc oddanie moczu będzie ekstremalnie trudnym przedsięwzięciem.

    Na biurku obok łóżka rozprzestrzenia się krajobraz pustych butelek po wodzie lekko gazowanej. Na rogu beznamiętnie leży popielniczka przepełniona piętrzącymi się resztkami jointów.

    Lodówka świeci pustkami, a zlew ocieka resztkami jedzenia sprzed dni i tygodni.

W końcu robię siku. Nie wycierając rąk, sprawdzam, czy moje majtki bardzo śmierdzą.

,,Jak na trzy dni nie jest tak źle”

    Nakładam buty, płaszcz i wychodzę na klatkę schodową. Ktoś już na niej jest. U góry słychać powolne ruchy mopa i czuć wstrzymany w powietrzu oddech. Pierdzę dla rozluźnienia atmosfery i ruszam schodami w dół.

    Po drodze mijam to, co zawsze. Tabuny bloków, samotne przedszkole, osiedlowy sklep monopolowy ze stałą gwardią, ulubiony śmietnik szperaczy.

    Czuję się, jakby mój mózg był wyłączony; jakby ktoś lata temu nacisnął jeden przycisk i zostawił mnie z niczym.

    Wchodzę do pierwszego sklepu. ,,Ryby u Ali”- głosi szyld nad drzwiami. Nie mam pojęcia, która z tych dwóch to Ala. Jedna jest po 40-tce, druga około 30-tki. Pierwsza zawsze jest w krótkim rękawku, druga w ciepłym polarze. Właśnie kończą obsługiwać jakiegoś gościa.

     –  A kto to był?  –  zaczyna starsza.

– A przestań, Alicja, taki jeden. Poznałam go ostatnio w klubie. Dzień dobry, co panu podać?

– No to opowiadaj, całkiem przystojny.

    – To prawda, Alicja. Ale wydaje mi się, że jest żonaty. W pewnym momencie w aucie chyba mignęła mi jego zdjęta obrączka.

    – Rybę po grecku – odpowiadam.

– W aucie powiadasz, to co wy tam robiliście?

Obie zaczynają się śmiać.

– Alicja, przestań. Przecież on ma żonę.

– Chyba ma żonę, tego jeszcze nie wiesz. Sama tak powiedziałaś.

– To prawda, Alicja. A nawet jak ma żonę, to i tak fajnie jest spróbować czegoś świeższego.

Znowu zaczynają chichotać.

– 10,97 – mówi starsza.

– Kartą.

– No, młoda, ty to potrafisz wyłowić sztuki.

– Alicjaaa, przestań no już.

    Wychodzę od Ali z hermetycznie zapakowanym pojemnikiem ryby po grecku i ruszam w stronę kolejnego sklepu. Po drodze mijam kolejny monopolowy i obskurny warzywniak. Na całym pasażu jestem jedynie ja, szyldy sklepów i tabun starych babci z plastikowymi siatkami i zgiętymi plecami.

    Przyciągam do siebie drzwi, tym razem piekarni. Już na samym wstępie uderza mnie głośna muzyka disco polo i stęchły odór papierosów. Bułek jakoś tu nie czuć. Dwie panie, obie po pięćdziesiątce. Jedna wykłada pieczywo z kontenerów, druga szykuje się do obsługi.

    – Chcę, żebyś była moją żoną!

– Iza, ale lecisz z tą piosenką.

– A co ty myślałaś? Ze mną zawsze trzeba się rozruszać.

– Cztery bułki mamma mia.

– Cztery bułki mamma mia.

– Co ty tam mruczysz?

– Nic, pakuję cztery bułki mamma mia.

– Widzę, cztery bułki mamma mia. Bo ja chcę ciebie, ciebie, ciebie!

– Iza, mamy klienta!

– I co z tego? Lepiej szybciej pakuj te bułki!

– Ale ty jesteś.

– No co, tylko dobrze się bawię!

– Oto pana cztery bułki mamma mia!

– Ale tu jest sześć.

– Oj, przepraszam.

Iza wybucha śmiechem. Nie – Iza chyba lekko się speszyła.

– Kartą.

Wychodząc popycham drzwi. Nagle miga mi przed oczami gołąb, który nurkuje w głąb sklepu.

– O boże, Iza, znowu to cholerstwo!

– O ty mały kurwy synu! Gdzie jest wiatrówka?

Twoje włosy są żółte, żółte, żółte, jak twe zęby żółte, żółte!

    Mam wrażenie, że na podwórku panuje jeszcze większa szarość. Czuję lekką mżawkę stukającą o moją twarz. Tu i ówdzie zauważam babcie pchające wózki ze swoimi zlanymi w pieluchy wnuczętami. W małej odchodzącej uliczne stary uliczny grajek brzdąka coś na szarpanej gitarze, oczekując jakichkolwiek okruchów od wyjałowionych ludzi. Parę metrów za nim znajdują się drzwi do mojego warzywniaka.

    – Dzień dobry – rzucam pomiędzy piętrzącymi się jarzynami.

  – Dzień dobry – odpowiada uśmiechnięta młoda kasjerka i momentalnie wraca do rozmowy ze starszym małżeństwem, stojącym przede mną w kolejce.

    – Wie pani – ciągnie kobieta. – My z mężem ostatnio kupiliśmy takiego dużego, rasowego. Yorki na niego mówili. Wprowadzaliśmy mu naszą dietę i po dwóch tygodniach był gotowy.

   – Rasowego pani mówi – odpowiada kasjerka. – Coś jeszcze oprócz pomidorów?

– Pół kilo kapusty kiszonej.

– Ja biorę tylko ze schroniska. Szkoda jest mi tych piesków. Muszą czekać i czekać, aż ktoś je uratuje.

– Ale z rasowymi ma pani pewność, że nie jadł żadnego świństwa. A te ze schroniska, kochaniutka. Nie masz pojęcia, czy nie żyły wcześniej na przykład na ulicy.

    – To prawda – mówi, nakładając jednocześnie kapustę z wiadra. – Chociaż dla tych ze schroniska też można wprowadzić dietę. Zajmuje to trochę więcej czasu, ale ich mięso później dosłownie rozpływa się w ustach.

    Mąż ewidentnie ma problem z ustaniem. Cały czas przechodzi z nogi na nogę i poprawia skrzętnie swojego penisa przez spodnie.

    – A moim zdaniem bardzo dużo zależy od dobrego karmienia od samego początku. Jednak oczywiście zgadzam się, że sama dieta pod koniec jest kluczowym aspektem. Mój Horacy ostatnio dodał tak cudowny składnik. Piesek przez cały czas jadł seler naciowy. Później jego posmak był zniewalający.

    Horacy ewidentnie się rumieni.

– Seler naciowy? Muszę spróbować. To wszystko?

– Tak, kochanie. Ile płacę?

– 10 złotych.

– Horacy, rusz się.

Mężczyzna płaci i oboje wychodzą z tego skansenu cali rozradowani.

,,Seler naciowy, to może być niezłe”

– Poproszę seler naciowy i wiaderko ogórków kiszonych.

  Czy istnieje lepszy posiłek od psa? Ich mięso jest niebywałe, dosłownie rozpływa się w ustach, jeśli oczywiście ułożymy dobrą dietę.

  Moja podróż praktycznie dobiega końca. Czuję się, jak po przytulnym spotkaniu z rodziną. Mój humor dosłownie eksplodował.

    Na dworze zrobiło się całkiem przyjemnie. Słońce dosięga swoim językiem przemokniętych czubków budynków i gdzieniegdzie obmacuje fragmenty rozdeptanego chodnika. Zmierzam z entuzjazmem w kierunku domu. Przechodzę na drugą stronę jezdni, zostawiając tym samym pasaż za moimi plecami. Trudno jest mi uwierzyć, że początkowe uczucie wyłączenia kiedykolwiek istniało.

    Przechodzę między kolejnymi blokami, moje oczy natrafiają na najbardziej tajemnicze miejsce na całym osiedlu. Szyld głosi nazwę ,,Wypożyczalnia płyt DVD”. Za każdym razem przechodząc tędy, myślę jakim cudem tak archaiczny biznes jeszcze tu stoi. Całość znajduje się pod ziemią. Schody w dół nie mają żadnej posadzki, są po prostu zwykłymi płytami chropowatego betonu.

    ,,Czy w końcu nadszedł ten czas? Tyle razy się wzbraniałem, ale kiedy, jak nie teraz?”

    Otwieram drzwi. Wnętrze sprawia wrażenie matowego. Półki z płytami wypływają z każdej ze stron. Nagle napływa do mnie uczucie uwięzienia. Czuję się, jakbym był w gigantycznym labiryncie bez wyjścia. Podłoga jest rozmazana, płyty zaczynają się podwajać. Słyszany w oddali dialog z jakiegoś filmu wbija się w mój umysł jak gwóźdź.

    – Dzień dobry panu.

    Napotykam lekko niebieskie oczy młodzieńca. Jest w podobnym wieku do mnie. Jednocześnie jest wręcz absurdalnie inny. Pomylone ubrania, pomylone włosy, pomylony wyraz twarzy. I te oczy, jakby rozprzestrzeniające się poza horyzont, kompletnie nieosiągalne. Dodatkowo to zajęcie, sprzedawanie filmów. Czegoś, o czym ludzkość praktycznie zapomniała. Czegoś, co zostało absolutnie wyparte z życia codziennego.

    W pewnym momencie spoglądam na napis nad moją głową.

,,Zakaz jedzenia psów”.

.

.

Tomasz PopłaWski

Tomasz Popławski, młody pisarz paranoik próbujący na co dzień nie utonąć.

PODZIEL SIĘ