Poezja współczesna. Pismo literackie i wydawnictwo.

Radosław Wiśniewski
Transmigracja (fragment powieści)

– Kto był na mszy w niedzielę, ręka w górę – mruknął ksiądz Wania, nazywany tak chyba dlatego, że często dostawał kolorów na policzkach i wyglądał wtedy jak rasowy, rosyjski mużyk z wiechciem jasnych włosów na czubku czaszki oraz kwadratową szczęką. Wszyscy na wszelki wypadek podnieśli ręce poza Bernim. Berni siedział nieporuszony i tylko tik lewego oka zdradzał, że bardzo, ale to bardzo się boi. Berni jednak bał się całymi dniami, banie się było jego podstawowym zajęciem, a lęk podstawową formą istnienia, od której czasem się uwalniał, popijając z żulami piwo albo wino na placu zabaw w parku miejskim. A robił to, od kiedy odkrył kojącą moc bełta, czyli od połowy szóstej klasy. W szkole bał się, bo nigdy nie był przygotowany na nic poza bitką, względnie na odebranie wpierdolu, gdy siły były wystarczająco nierówne. Nierówne były zazwyczaj, bo nikt nigdy nie stawał po stronie Berniego, a bicie jednego w grupie zawsze było fajniejsze niż stanie z boku. Po szkole bał się, bo czuł, wiedział, że nie zdoła się przygotować na kolejny dzień do szkoły, nawet gdyby przeszedł jakiś osobowościowy przełom i tu oraz teraz usiadł z mocnym postanowieniem, by nadrobić wszystkie zaległości od pierwszej chwili, kiedy przekroczył próg szkoły. Zapewne było to niemożliwe. Jego nieprzygotowanie sięgało wielu, wielu lat wstecz. I to nie było najgorsze. Najgorsi byli wszyscy kochankowie jego mamy, rodzącej co dwa, trzy lata kolejne rodzeństwo Berniego, a mimo to zachowującej widać jakiś specyficzny powab i wdzięk dla kolejnych gachów, których wymieniała w tempie raz na rok. Wszyscy bili Berniego w przerwach bicia jego mamy, więc pomimo tego, że ostatecznie od kolejnych kłopotliwych kochanków uwalniała się raz za razem, nic się nie zmieniało w świecie Berniego. Był bity, a matka była zawsze zajęta kimś lub czymś innym, co było zapewne w jej mniemaniu poszukiwaniem szczęścia, szczęście zaś jej samej wydawało się mocno sprzężone ze szczęściem jej syna i całej czeredy młodszego rodzeństwa. Była to oczywista nieprawda, bowiem było za późno, by nawet największe szczęście, na jakie mogli liczyć, mogło zatrzymać Berniego w jego powolnym, jednostajnym ruchu w kierunku przepaści. Jemu samemu jako chwilowy azyl od trosk zostawał park wokół starej fosy, ławki wokół stadionu miejskiego i coraz więcej taniego, słodkiego wina. Berni czuł, że w jego wypadku istnieje coś takiego jak przeznaczenie lub los i poddawał mu się bez oporu, aczkolwiek z rosnącym lękiem. Wiedział o tym Berni i wszyscy naokoło. Nikt zatem nie zdziwił się, że brakowało tej jednej podniesionej ręki. Ręki Berniego. Tak samo jak nikt się nie zdziwił, że ten brak zwrócił uwagę księdza Wani.
– Chodź no tutaj, Kaszyński – ksiądz Wania schylony do tej pory nad dziennikiem wyprostował się i oparł wygodnie na krześle. Widać to było wyraźnie, bo szerokie biurko katechety stało na niewielkim podwyższeniu na lewo od tablicy.
– Ale po co? – zapytał Berni zaczepnie, jakby próbował jednak jakoś się obronić przed tym, co musiało nadejść nieuchronnie. – Bo co, bo nie podniosłem ręki? Nie podniosłem, bo nie byłem. Przynajmniej nie kłamię.
– Pozwól no tutaj, pozwól – lodowato spokojnym głosem powtórzył polecenie ksiądz i oparł szerokie, mięsiste dłonie o krawędź stołu.
Berni niechętnie podniósł się z ławki na końcu salki katechetycznej i powoli ruszył po trzeszczących deskach w stronę podestu. Ksiądz pokazał gestem, że ma wejść na podwyższenie. Nie było tam dużo miejsca, biurko zajmowało większość podestu, więc ktokolwiek by na nim stanął, wisiał piętami w powietrzu.
– Opowiesz nam wszystkim, Kaszyński, dlaczego to nie byłeś na mszy? – zapytał z wystudiowanym spokojem ksiądz Wania.
– Bo nie i już, nie zawsze mogę być, nawet jakbym chciał być.
– Myślisz, że Pan Bóg to jest chłopiec na posyłki?! – Wania mówił ciągle spokojnie, chociaż czuć było, że rośnie w nim wściekłość. – A może to jest petent, dla którego możesz, ale nie musisz znaleźć czasu?! No?! Nikt się ciebie, gnoju, nie pyta, czy ty chcesz, czy możesz! Rozumiesz?! To obowiązek jest! I masz być co niedziela!
Twarz Berniego nie wyrażała zrozumienia, tylko psią rezygnację, apatię zwierzęcia, które zna ciąg dalszy. To najwidoczniej nie dało satysfakcji księdzu Wani, który pożądał zrozumienia albo czegoś innego niż wyrażała szczupła, okolona blond włosami twarz Berniego.
– I czego się tak gapisz, koniowale?!! – ryknął katecheta. – Msza święta to twój zasrany obowiązek, kurwi synu. Nikt ciebie nie pyta, czy możesz, czy nie. Masz być i słuchać! Mamusia się puszcza, tatusia nie ma w domu i co?! Smutno chłopczykowi?! Jest tak, bo tak samo jak ty, synu dziwki, nie chodzili do kościoła. I nie zawsze mogli! I zamiast chodzić do kościoła, uczyli się picia, pierdolenia i palenia! I tak samo chowają ciebie! Rozumiesz czy nie?!
– Ksiądz się odczepi od mojej matki – wykrztusił Berni i zrobił się cały jak flaga narodowa, dołem czerwony, górą biały.
– Tyyy psia jucho, ty… – ksiądz Wania w jednej chwili zamachnął się lewą ręką, która wydawała się wręcz przybita na stałe do stołu i uderzył Berniego z całej siły w głowę. Berni bezwładnie poleciał na tablicę, odbił się od niej jak szmaciana lalka, wzniecając małą kurzawę pyłu kredowego, który podniósł się z korytka pod tablicą i wylądował przed pierwszym rzędem ławek zwyczajowo zajmowanych przez dziewczyny. Czerwony na twarzy i umorusany kredą leżał dłuższą chwilę na podłodze. Dziewczyny z pierwszej ławki zaczęły chichotać. Ale czujne oko księdza już błądziło gdzie indziej i złowiło natychmiast owalną twarz Piątka.
– Ty, Piątek, taki zadowolony jesteś, wstań no proszę i opowiedz nam, jakie były czytania w niedzielę na mszy?
Piątek zmartwiał, ale po chwili wstał, uśmiechnął się nieśmiało i zaczął:
– No więc było z proroka Izajasza…
– Jeremiasza – szepnął teatralnie Dryla z ławki obok.
– Dryla! – wrzasnął ksiądz. – Chodź no tutaj! I ty, Piątek, też!
Obaj zaczęli posłusznie przeciskać się przez wąskie przejście między ławkami. Minęli po drodze Berniego, który wracał na miejsce, rozcierając lewe ucho.
– Ale nas to ksiądz nie będzie bił, co? – zapytał z ironicznym uśmiechem Piątek.
– Nieee – uśmiechnął się ksiądz. – Was nie, chcę tylko się dowiedzieć… bliżej, bliżej – wskazał im to samo miejsce, na którym przed chwilą stał Berni. – Chciałbym się dowiedzieć, który z was tak naprawdę był na mszy w niedzielę, bo na pewno nie obaj, chociaż obaj podnieśliście ręce.
Odpowiedziało mu milczenie. Dryla stał ze spuszczoną głową. Miał to wyćwiczone ze szkoły. Piątek patrzył księdzu w oczy, jakby nie wiedział, że wściekłemu zwierzęciu nie wolno patrzeć w oczy.
– Na pewno nie obaj – powtórzył przez zaciśnięte zęby ksiądz Wania – bo czytania były akurat z Koheleta, kurwa wasza mać! – chwycił obu za koszulki i pchnął z całej siły. Wprawdzie nie odbili się od tablicy jak Berni, ale polecieli po malowanych i wyświechtanych deskach dobre dwa lub trzy metry, nie potrafiąc złapać równowagi. Wyrżnęli z całej siły w ścianę przy cichym, ale wystarczająco donośnym chichocie dziewczyn z pierwszej ławki.
– Kto mi powie, o czym było kazanie – ksiądz uśmiechnął się przebiegle i jego wzrok padł na ciebie. Podniosłeś się i nie czekając na wezwanie księdza, ale wydostawszy się spomiędzy ciasno zestawionych ławek, skręciłeś w lewo, w stronę drzwi wyjściowych.
– A ty gdzie?!!! – ryknął ksiądz Wania. Poczułeś mrowienie w okolicy pośladków. W pierwszej chwili myślałeś, że wyrwie się zza biurka i będzie chciał cię dopaść. Odwróciłeś się odruchowo w kierunku zagrożenia i zobaczyłeś, że istotnie uniósł się zza biurka, ale nie był w stanie cię dopaść. Dzieliło was ładnych kilka metrów. Nawet gdyby skoczył przez biurko, wpadłby na pierwszy rząd ławek, a i tak raczej by cię nie dogonił, bowiem byłeś już przy drzwiach.
– A do domu – odpowiedziałeś głośno i wyraźnie. Ksiądz Wania uniósł brwi, a jego kanciasta twarz wyrażała bezbrzeżne zdziwienie.
– Jak stąd wyjdziesz, to zapomnij o bierzmowaniu, gnoju! – wycharczał. – Zapomnij o czymkolwiek!
– Tak zrobię – odpowiedziałeś i nacisnąłeś klamkę drzwi, które przecież nie były zamknięte na klucz. I wyszedłeś, tak jak się wychodzi z kina, sklepu, przychodni lekarskiej, kiedy powód przebywania w danym miejscu przestał być istotny. Szedłeś powoli przez korytarz, krok po kroku, stopień po stopniu. Byłeś sam i ta samotność przynajmniej przez chwilę nie wydawała się pustką. Nikt cię nie gonił, nikt się nie odważył. Na zewnątrz budynku było chłodno. Był październik, może początek listopada, pełno mokrych liści, niewielkie plamy światła latarni ulicznych, z których nie wszystkie świeciły. Ulice połyskiwały po deszczu, wiał lekki wiatr. Wszystko wydawało się zupełnie nowe. Droga do domu wydawała się drogą w nieznane.

PODZIEL SIĘ

Do góry