Proza współczesna. Pismo literackie, wydawnictwo, sklep internetowy.

Wenus z Milman Road 
Marcin Czyż

 

 

        

                               „As  years go by”

                               Biografia Marianne Faithfull

                              

           

                    

            Surrounding stereotype głosi, że o obecności Rumunów w Reading świadczą rozsiane po całym terytorium samotne ramy rowerowe, dodatkowo przykute do detali miejskiej infrastruktury: barierek okalających jezdnię, znaków drogowych albo ulicznych lamp. Widok takich wybrakowanych rowerów, kurczowo tulących się do miasta, ma w sobie coś z perwersji seksualnej, która zaczerpnęła imię od austriackiego pisarza Leopolda von Sacher-Masocha (1836-1895). Miasto, a dokładnie Reading jest jak Venus w futrze a okaleczone jednoślady jak wychłostany poddany. Jest to inne, bo graniaste wcielenie Wandy i Grzegorza – głównych bohaterów Venus w futrze (1870). Ono także jest obrazem cierpienia, w efekcie którego rodzi się rozkosz. Na mapie najbardziej erogennym punktem, dotkniętym w niebywałej skali przez masochizm jest warehouse Tesco Dystrybution Centre. Dlatego właśnie, że nie ma go na Reading Map, hand ilustrated by the Graphic Design Team at Barton Willmore należy go nanieść, jak ognisko chorobowe transportowane przez wirusy i bakterie. Systematycznie rozkradane bezpańskie rowery, z cierpliwością przypisywaną pikerom, to skutek obecności emigrantów w międzyrzeczu Reading. Zapewne nie tylko Rumunów, choć to im stereotyp daje palmę pierwszeństwa w branży rowerowej. Ich są: koła, ramy, łańcuchy, pedały. Polacy zadowalają się detalami: dzwonki, trąbki, uchwyty na bidony, światła, wentylki, bagażniki i koszyki. Aborygenom pozostają szprychy. Emigracja zarobkowa, która dla części pielgrzymów do ziemi obiecanej kończy się ślepą drogą przestępczą, to nic nowego w tej części świata. Kusi kurs funta jak manna z nieba.

            Chciałbym wydobyć los pewnej emigranckiej rodziny, która dobiła do międzyrzecza Reading po II wojnie światowej. Wyjątkowej bo składającej się z samych kobiet: babki, matki i córki. Robię to, dlatego że jestem wnukiem, synem i bratem. A tak poza tym wciąż szukam Wenus, nie inaczej w międzyrzeczu Reading. Najmłodsza z trzech emigrantek czytała nieśmiertelnie kontrkulturową powieść Bułchakowa Mistrz i Małgorzata (1967), jako nowość. Robiła to przed snem albo przed orgazmem i zaraz po. Odkładając książkę na nocny stolik i odwracając się ku swojemu Mistrzowi. W angielskiej wersji Mistrz, to Mick, a Małgorzata to Marianne. Zaś popkulturowy przekład zamienił bestseller, kamień milowy w historii literatury w nieśmiertelny hit rock’n’rollowy: Sympathy for the Devil (1973).

            Babka, matka i córka nie przybyły do międzyrzecza Reading wyłącznie z powodów finansowych, choć groszem nie śmierdziały. Przywiał je tu, po pierwsze wiatr historii, a po drugie kobieca intuicja. Tajemnicze przekonanie babki i matki, że w tej bizzarnej, jakby nieeuropejskiej monarchii, uda się przekazać córce szczątki, plasterki, strzępy dawnej świetności. Ponadto, że możliwe będzie życie w cieniu dynastii Habsburgów, której krew płynęła w żyłach emigrantek. Mała Marianne zakwitnie w przyszłości jak dzika róża na wzgórzach Los Angeles w cieniu napisu Hollywood. Dla najmłodszej z Faithullównych jej przodkowie Habsburgowie byli jak gigantyczny napis reklamujący fabrykę snów. Poza tym powodem było małżeństwo Evy von Sacher-Masoch (1911-1991) z oficerem, akademikiem, brzydkim, bladym i bogatym szpiegiem. Brzydkim jak na klasyczne kanony piękna obowiązujące pośród starej europejskiej arystokracji. Bladym, jak na kontynentalną dermatologię. Bogatym jak na portfele zdegradowanej arystokracji. Szpiegiem władającym językami z oryginalnymi akcentami. Tym B B B ‚s Anglikiem był major Robert Glynn Faitfull (1912-1998). Wpadł on w oko środkowej z dam, kiedy wraz ze swoim regimentem przyjaźnie okupował zakątek dawnego imperium Austro-Węgierskiego. Było to po tym, gdy babcia Flora wymknęła się antysemityzmowi nazich, a mama Ewa została bestialsko potraktowana przez samców z Armii Czerwonej. Po tym wszystkim asymilacja przez miłość, to było to! Tuż po zakończeniu II wojny światowej, panie zabrały się z oficerem do Imperium, które mimo systematycznego okrajania przetrwało w formie nazwy United Kingdom. Gdy rezolutne środkowoeuropejskie niewiasty wylądowały w międzyrzeczu Reading Glynn był już ciałem obcym w najmniejszej komórce społecznej. To się nazywa rozwód. Dziewczyny zapewne nie doprowadzały do panicznego strachu rowerzystów z Reading. Szukały zarobku i swojego miejsca w nowej rzeczywistości, w profesjach: pokojówki, kelnerki i uczennicy katolickiej podstawówki. Od kuchni, kawiarni i klasy świadomie lub nie, wkręcały się w rozkręcający na maksa od lat 50-tych showbiz. Mówiąc językiem powieści Bułhakowa: w variete.

            Babcia Flora opiekowała się domem. Co wciąż dla wielu samców oznacza, że nic nie robiła. Weki, konfitury, poukładana w kostki w szafach pachnąca wrzosowiskiem i morelowym sadem bielizna oraz sufity przeglądające się w podłogach wymykają się światu posad, wypłat i ubezpieczeń społecznych. Aż dziw bierze, że seniorka von Sacher-Masoch tak bezboleśnie przeszła ze strony żyjących życiem ułatwionym na stronę ułatwiających życie. Aż ciśnie się pod kursor spiskowa teoria o jakiejś  rencie lub emeryturze spływającej do podomki babci z tajemniczych kont habsburskiej diaspory. Babcia Austria Felix. Gdy miała wychodne pozostawała w czerwonej jak cegła angielskiej szeregówce przy 41 Milman Road. Robotnicze Reading ze zlokalizowanymi w centrum ruinami nobliwej przeszłości: benedyktyńskie opactwo gdzie pochowano króla Anglii Henryka I, nie mogło być atrakcyjne dla kogoś kto pamiętał Wiedeń rozdygotany przez psychoanalizę, Wenecję w czasie zarazy, Petersburg Jeźdźca Miedzianego oraz Lwów, gdy Pogoń była Mistrzem Polski w Piłce Nożnej. Zakotwiczoną w tamtej przeszłości pozostawała nawet wtedy gdy pod drzwi domu Astonem Martinem podjeżdżał arystokrata nowego wzoru. Pierwszy, po pośpiesznym mężu, chłopak jej wnuczki Marianne. Wokalista rodzącego się legendarnego The Rolling Stones. Babka nawet na moment nie zluzowując kotwicy lock down w wolnych chwilach bujała się w fotelu na biegunach, jedynym meblu pochodzącym ze świata balów z karnecikiem w jednej dłoni i wachlarzem w drugiej. Bujając się wprawiała w drżenie i skrzypienie klepkę parkietową. Ją też udało się w tajemnicy przemycić w biustonoszu podczas exodusu. Paliła przy tym cygaro, ściskała monokl krzaczastą brwią i wybierała palcem opata fermentującą konfiturę ze słoja. Jej córka wybrała inną strategię przetrwania.

            Eva Hermini von Sacher-Masoch Baronesa Erisso urodzona w Budapeszcie  przed I wojną światową wychodziła z domu. Na ile to się udawało kontynuowała swoje dolce vita. Lecz już nie dolce farniente. Musiała zarabiać. Jako eks primabalerina prowadziła lekcje tańca. W jakimś danchallu w Reading. Tango, a przede wszystkim walca miała w błękitnej krwi. Tak jak dziś  picowanie, laudowanie i powożenie FLT w Tesco DC Reading mają urodzone w gorszej Europie córki komunistycznych robotnic i wnuczki pańszczyźnianych chłopek. Konserwatyzm Evy nie był szczelny. Zupełnie jak jej imienniczki wypędzonej z raju, która w końcu uruchomiła ziemską historię. Jabłko zostało rzucone. Poturlało się z rajskiego Wiednia do robotniczego Reading. Evie było nie obce bannana dance Josephine Baker. Kabaretowe Heil Hitla wykonywane kończynami dolnymi z dyktatorskim wąsiskiem między nogami w zadymionych lokalach Weimaru i okupowanego Paryża. Angielskie uczennice primabaleriny tańczyły fokstrota, swinga i jafa z czujem walca i tanga. Pamiętając o tym, że taniec zmienia świat i łamie dżentelmenom serca. Podobno Eva kelnerowała w kawiarni przy Friar Street. Grywała tam na pianinie i prowadziła lekcje rytmiki dla regimentu lokalnych striptizerek. Złośliwi twierdzą, że miała swój pokazowy numerek: Venus w Boa, na dnie arystokratycznych rozmiarów kieliszka szampana. Ci sami dodają, że nigdy nie miała soli w domu. Kiedy chciała posolić pukała do sąsiadów. Ale zawsze ukrywała zakurzoną butelkę Libe Frauch Milk w kredensie. Meblu, który mógł stać tam gdzie secesyjnie dworce kolejowe i barokowe kościoły. Było nie było. Przy pomocy swojej matki, obie wychowały artystkę. Cygańską królową sceny. Brukowiec „Daily Mirror” pisał o niej Venus w chodniku kąpielowym. Po tym jak w takim stroju wylądowała spod prysznicu w skandalu, który do historii kultury popularnej przeszedł pod nazwą „Incydentu w Redlands”. Przebieg i skutki tej prywatki dają się porównać z przyjęciem we włoskiej willi Byrona. W jego trakcie Mary Schelley poczęła Frankensteina. Marianne Faithfull po wielu latach wyda na świat album „Broken English”. Opowiadający o cenie jaką płaci buntowniczka niezależnie od gorsetu epoki.

            Party w Readlands to był prolog i epilog w karierze Marianne. Jednocześnie wyniósł ją na szczyt i z niego strącił. Stała się ikoną swingującej Anglii ale i jej kozłem ofiarnym. Do dziś w jej wielopokojowej garsonierze w Paryżu w toalecie wisi na ścianie prasowy wycinek. Artykuł opowiada, o utracie publicznego dziewictwa w trakcie narkotykowej imprezy. Brama do wielkiej międzynarodowej kariery w showbizie była bita wzlotami i upadkami. Puszczaniem oka dziurawymi rajstopami do przygodnych klientów na Picadelli Circus w Londynie. Melorecytowaniem sonetów Szekspira pod szarpaną na sposób grunge wiolę da damba na otwarciu Teatru Starego w Lublinie. Pomysł na ten performance habsburżance podsunęła Carla Bruni. Pierwsza dama Francji z korzeniami w starej mediolańskiej arystokracji. Przed tym trzeba było się wynudzić w St. Joseph Convent Scholl w Reading. Zresztą, jaka to nuda w klasie napalonych dziewczynek. Tutaj na szkolnej ławce cyrklem, w trakcie katolickiej biologii Mania wydrapała swoją przyszłość. Natomiast jej koleżanka z ławki Sally Oldfield popukując ołówkiem z gumką o blat pamiętającej czasy Wilhelma Ockhama ławki, wystukiwała „Dzwony rurowe”. Były to zalążki kompozycji, które potem rozwinął w hit z pogranicza jazzu i popu jej brat Mike Oldfield. Tymczasem obie koleżanki z ławki, po nominalistycznych lekcjach w Sant Joseph Convent Scholl szukały wolności w town Reading. Spędzały czas w Ole Cafe przy London Road, gdzie wykonywały w duecie, acapella jak Syreny zrośnięte płetwą ogonową, przeważnie The House rising sun The Animals i Blowind in the wind Boba Dylana. Wyjąc i świszcząc przy tym nie do wytrzymania. Marianne w trakcie lekcji biologii patrzyła tęsknie za okno nudząc się okropnie. Rzecz miała miejsce na popołudniowej zmianie:

                                   It is evening of the day

                                               I sit and watch children play

                                               Smiling faces I can see

                                               But not for me

                                               I sit and watch  as tears go by

Pingwin – zakonnica od biologii, na widok łez, posłała Manię za drzwi. Myślała, że ją upokarza. Tyle, że jej cela zdobiona krucyfiksem rozmijała się z pokojem Manii pełnym futrzaków okładanych batem. Ten ostatni najmłodsza z Faithfullównych podebrała z pudełka pod schodami w domu przy 41 Milmann Road. Była to kolejna z pamiątek, które z czasów Habsburskich przywłoka do Reading Babcia. Na korytarzu podniecona twórczą ekstazą uczennica mruczała sama do siebie:

                                   My riches cant by everything

                                               I want to hear the children sing

                                               All I hear is the sound

                                               Of rain falling on the ground

                                               I sit and watch as tears go by

Rzeczywiście miało się na deszcz. Nawet zaczęło padać. Ale tekst piosenki, na razie jeszcze bez melodii, który namruczywał Manii do ucha jej stryjeczny pradziadek Leopold von Sacher-Masoch, nie był prognozą pogody live. Był jej pierwszą wypłatą i  emeryturą. Wykonując ją milion razy czuła to samo co Grzegorz vel Severyn Kuchemski. Bohater z powieści pióra jej pradziadka Venus w Futrze. Wtedy, gdy Wanda von Dunajew krępowała gagatka i smagała go batem. Może tym samym, którym teraz ćwiczyła futrzane zabawki Mania w pokoju podlotka przy 41 Milman Road w Reading. To samo czuję kiedy pikuję noc w noc w Warehousie Tesco DC. Ostatnią zwrotkę sado-maso songu Mania, która powoli stawała się motylem w martensach, wymruczała już w oknie familijnej szeregówki, po lekcjach:

                        It is the evrning of the day

                               I sit and watch the children play

                               Doing things I used to do

                               They think are new

                               I sit and watch as tears go by

O poranku do mokrej od łez poduszki z wyhawtowanym von S. M, dołączyło poplamione krwią prześcieradło na gumce z Primarku w rozmiarze King Size. Dziś można je oglądać a nawet powąchać w Museum of English Rural Life w Reading. Mania z dnia na dzień wyprowadzała się do kartonu pod schodami, pluszak po pluszaku. Pokój podlotka zamieniał się w kryjówkę zbuntowanej i swingującej nastolatki. Przygotowującej się  do roli Cienia w sztuce Blood and Ice. Opowiadającej o twórczej mordędze autorki Frankensteina Mary Chelley. W ten sposób Marianne przejmowała pałeczkę od Mary w sztafecie zbuntowanych anielic. Sztuka miała mieć premierę na deskach Progress Theatre w Reading. Seksolatka przebrana w Cień szeptała niejednoznaczną moralnie kwestię: Why did you make me Frankenstein? Robiła to do ucha śpiącej Shelleyówny. Cień, to był kolejny debiut, po Aniołku z jasełek wystawianych na deskach szkolnego teatru St. Joseph Convent School. Poza tym komediantka oblepiła pokój plakatami mało znanej grupy szarpipdrutów z Londynu: The Rolling Stones. Chłopcy klepali  kowery blusowych muzykantów z czarnymi palcami na gryfie. Marianne drążyła tunel do ciemnej i brudnej kuchni przy Mapesbury Road, rezydencji w Londynie, w któryej Twins Stones: Mick i Keith układałi na pudle i taborecie melodię As tears go by. Po tym jak znaleźli się pod kuchennym kluczem z inicjatywy menadżera Andrew Loog Oldhama. Miał on już dość wykradania piosenek innym wykonawcą, czyli upychania na albumach ceverów, lub żebrania o nie u najpłodniejszej w ówczesnym świecie spółki autorskiej: Lennon, McCartney. Powiedział: „Koniec zżynania i pożyczania!”. Wywierając presję na swoich podopiecznych i fundując im kuchenne: lock down & night shift. W jego efekcie powstała melodia, która w ogóle nie nadawała się do repertuaru Stonesów, ale podpasowała wraz z tekstem pod niski głos Cycastej Anielicy vel. Wet pussy godness, bo tak od strony komercyjnej widział Marianne geniusz muzycznego menedżmentu.   

            Kręcę się w rytm As tears go by  pod oknem zwyczajnej szeregówki przy 41 Milman Road otoczony gromadką bawiących się dzieci. Przypominają one bohaterów reklamy międzynarodowego koncernu ze wszystkich kontynentów lub twarze z teledysku Michaela Jacksona We are the World. Tymczasem to We are Reading. Wpatruje się w okno i zastanawiam,  jak w jednym z pokojów przy 41 Milman Road doszło do przemiany dziewczynki w podlotka, który rzucił na kolana stolicę buntującego się świata? Potrzebuję metafory dziecięcej zabawy polegającej na kręceniu się wokół własnej osi, aż do utraty równowagi, a nawet przytomności w wyniku uderzenia głową o kant mebla. Tak zabawiałem się w dużym pokoju przy Zawadzkiego 22/22 w rodzinnym Tarnobrzdylku. Moment obrotowy podkręcałem trzymanym w wyciągniętych rękach workiem na kapcie z inicjałami M. Cz. Dziś pierwsze litery mojego imienia i nazwiska zastępuje decamp number 7214 pikera Tesco DC Reading. Zaś morderczą siłę odśrodkową uzyskuję składając się elektrycznym truckiem w warehousowe alejki. Raz zdarzyło się, że kiedy odleciałem na punkcie Venus w Safety Shoes z Europy post Austro-Węgierskiej, zakończyło się to uderzeniem w raki  i investigation. Wtedy nad poszkodowanym kaskaderem pojawiają się wirujące, ba swingujące gwiazdy. Innym z kolei razem wymijając czarnoskórą piękną pikerkę usłyszałem komplement: professional driver! Zareagowałem na niego cytatem z piosenki Leadbellego: Black girl, black girl, tell me where did you pick last night? Odpowiedziała: In the Tesco! Tak słodziła Mickowi Jaggerowi Marianne kiedy szpanował czarnym Astonem Martinem pod jej oknem w Reading. Zabawa w salonie i Warehousie przypomina samochody, które krecą się na rondzie przy Whitley Road. Łącząc ulice Reading z domem usytuowanym przy jednej z nich wchodzę w labirynt, który wyznaczają początki kariery cygańskiej królowej sceny.

            Małpuję Reading za pomocą map. Dwa flamastry: żółty i niebieski. Pozwalają namalować ścieżki na Reading Map Hand ilustrated … . Wpisać żółtymi odcinkami los cygańskiej królowej sceny i niebieskimi pikera z Tesco DC w historię miasta. Logografowie powiedzieliby stworzyć legendę. Dobrze zakręceni wypadamy ze swoich pokoi. Marianne przy 41 Milman Road. Piker przy 18 Northumberland Avenue. Nasze dłonie spotykają się przy Christ Churche. Zrogowaciała bohatera klasy robotniczej i napięta brzoskwiniowa skórka gwiazdy pop. Marcin, sorrry Mick, i Marianne idą wzdłuż Christ Churche Road. Po prawej mijamy Cintra Park. Nie mamy czasu aby poseksić się na parkowej ławce. Po lewej olewamy szczochem jakiego międzyrzecze Reading nie widziało Kendrick Road z jej eklektycznymi domami. Marianne przyciąga scena Progress Theatre. Trwają próby do musicalu Sympathy for the devil. Rock’n’drolowej adaptacji Mistrza i Małgorzaty. To wersja oficjalna spaceru. Dla „The Reading Chronicle”, dla „What’s on Reading” i dla Międzynarodwej Mysiej 3 – Facebooka! Bo tak naprawdę, pod dachem usytuowanego na rogatkach tej samej części miasta Warehousu Tesco D.C., każdej nocy trwa kipiący masochizmem spektakl. Jego główny bohater robi za Grzegorza, który podpisał kontrakt. Cyrograf uczynił z arystokraty niewolnika. Odebrał kondycję Homo Sapiens na rzecz Homo Performance. W roli Wandy von Dunajew, zimne stopy, jak rozładowana bateria trucka, należące do superwajzorzycy Egli, królowej węży z Litwy. W Reading żółta ścieżka artystki i niebieska pikera są ze sobą splecione, jak scena & warehouse.

            Helena, Irena, Beata. Jestem: wnukiem, synem i bratem gospodyni domowej, suwnicowej i businesswoman. Helena po tym, jak kury poszły spać ślęczała nad kolorowymi czasopismami. Tropiła autobiograficzne wątki w postaciach, które na dużym ekranie kreował Arnold Szwarzenegger. Stąd ostrzegała mnie: „Marcin nie pakuj się w tarapaty tego tam Rambo!”. Ireana porzuciła karierę suwnicowej w kopalni siarki, gdy się urodziłem. Natomiast chwilę po tym jak się wyniosłem z domu, aby poświęcić filozofii, umarła na raka jelita grubego. Od tamtej pory nie jadłem porządnej zupy pomidorowej zagryzając bułką z szynką. Beata zrobiła powiatową karierę w detalicznym handlu artykułami papierniczymi. Zaczynała od łóżka polowego na targu w epoce transformacji i osiągnęła w rodzinnym Tarnobrzdylku status kobiety sukcesu. Nikt nie chce pamiętać, że była moim pingwinem w trakcie zabawy w szkołę: Franciszkiem Józefem i Józefem Stalinem. Torturowała mnie książeczką Czuk i Heck Arkadija Gajdara (1904-1941). Biła linijką, kiedy nie potrafiłem wydukać: „Czuk i Heck, żyli w najpiękniejszym mieście świata, nad którym świeciła wielka czerwona gwiazda. Miasto to nazywa się Moskwa”. Teraz kiedy wylądowałem w Reading, Helenę, Irenę i Beatę zastępują: Flora, Eva i Marianne, Venus z 41 Milman Road.

            Co rozgrywa się na scenie łączy w UK świat arystokratów i świat robotników zamieszkujących zwykłe angielskie szeregówki, jak ta przy 41 Milman Road i 18 Northumberland Avenue. W systemie jaki wytworzył się na Wyspach Brytyjskich było tak zawsze. Szekspirowski The Globe mieścił pospólstwo na klepisku pod sceną i królową w galerii. Stadion Wembley podczas FA Cup, wypełniony bohaterami klasy pracującej, jak i posiadaczami fabryk.  Royal Albert Hall, kiedy z rock’n’rollem wdarli się tam The Beatles, a Johnn Lennon zwrócił się do publiczności: w dalszych rzędach aby brzęczała drobniakami w kieszeniach, a do tej z przodu aby potrząsała biżuterią. Tak jest w Reading kiedy w Global Cafe, w Sub 89, w The Rising Sun podczas muzycznych gigów wtapiam się w tłum białych angielskich protestantów o dwuczłonowych nazwiskach, tak samo pracowitych, jak i religijnych. Będąc jedynie zarobkowym emigrantem z biednej części świata z byle jakim „th”. Pochodzę stąd gdzie ludzie wciąż wierzą w Boga, który odpoczywał jeden dzień po stworzeniu świata, dlatego są uznawani za leniwych. Tak jest, kiedy w pośpiechu wskakuję w robotnicze ciuchy i słyszę przez otwarte okna, jak ci, którzy zarządzają czasem, ćwiczą na trąbce, klawiszach, gitarze, gardle. Wyobrażam sobie, jak zgadza się ze mną Julien Barnes – pisarz klasista. Jakoby klasy społeczne w UK zastępowały kręgi piekła, czyśćca i raju, które opisał Dante. Inferno jest mi już znane. To alejki Warehousu Tesco DC Reading z pejczem performance, chemiczne myjnie samochodowe i obracane w ruiny pałace z azbestu. Z otchłani, przez międzyświat, do panteonu droga prowadzi poprzez kulturę. Wierzę w to nawet gdy z 7214 wyłania się marudna ofiara. Narzeka, że jest samotny, bezdomny, biedny i nie ma już siły pikować w Warehousie. To Dzinn z Puszki Pandory, o którym lepiej byłoby zapomnieć. Ale jest, z odrobiną nadziei na dnie. Nierozerwalnie związaną z obecnością w międzyrzeczu Reading Wenus z Milman Road.

            Stojąc na autobusowym przystanku Christ Churche przy Whitley Road w Reading, mam za plecami strzelistą wieżę kościoła a przed sobą ślepą Milman Road. Po prawej stronie na rondzie kręcą się pojazdy, jak jakiś świąteczny orszak paradujący pod nosem tajemniczej Hindu Temple. Gdy siła odśrodkowa wyrzuci z ronda osobówki, motocykle, rowery i autobusy: 6a, 6 i 5, bezpowrotnie tracą one majestat uczestników kolorowego orszaku. Na prostej przyciskający gaz do dechy kierowcy osobówek, motocykli oraz naciskający mocniej na pedały rowerzyści a nawet ci z autobusów, którzy zatrzymują się na przystanku, są jedynie szarymi  członkami wieloetnicznej i multikulturowej społeczności Reading, którzy wracają z pracy albo są do niej podwożeni. Kto z nich wie, że ociera się o historię która przyprawia o zawrót głowy? Nie są nią zainteresowani przedstawiciele emigracji, trudno jest spiknąć postkolonialno-postpańszczyźniany świat z dyskretnym urokiem burżuazji, zakorzenionej w starej europejskiej arystokracji. Jeszcze trudniej z powodu degradacji wywołanej emigracją a potem awansem pod wpływem edukacji i sztuki. To dziwne, bo odbywa się w kraju będącym królestwem. Ale i zrozumiałe! Uniemożliwia to kapitalistyczny podział klasowy przypominjący średniowieczny ustrój feudalny. Fragmenty rodu Habsburgów wylądowały pod dachem robotniczego domu przy 41 Milman Road. Wraz z rozwojem  wytracając kontynentalną stateczność na rzecz wyspiarskiego ADHD.

            Zapukałem do drzwi angielskiej szeregówki przy 41 Millman Road w Reading w  kwietniu 2017 roku. Drzwi, które zazwyczaj dzielą świat prywatny i publiczny, dla biednego i bezdomnego emigranta zawsze oznaczają znacznie więcej. W tym przypadku  przeprowadzkę ze świata cieni do świata legend. Stałem się Silasem z wiersza Roberta Frosta (1874-1963) Śmierć najmity, który przekracza próg farmy, aby umrzeć. Otworzyła mi Matka arystokratka to wyjątkowe wcielenie Wenus. Znam ją  z życia, historii i literatury. Jej najbliższym mi wcieleniem jest suwnicowa z kopalni siarki. Rok przed śmiercią zadzwoniła do mnie, ale telefon był już z drugiej strony. W ten sposób zapukała do wszystkich drzwi, jakie kiedykolwiek za sobą zamknę. Gdy otworzyła mi Eva zobaczyłem Irenę. Niestety leciała do The Rising Sun Arts Centre przy 30 Silver Street aby poprowadzić lekcję walca. Na szczęście w kuchni przy garach krzątała się Flora znająca takie środkowoeuropejskie tajemnice, jak pomidorowa z ryżem i bułka z szynką. Natomiast w pokoju na piętrze Marianne, wzorowa ladacznica czytała na głos Mistrza i Małgorzatę, sympatyzując z Wolandem.

Reading, Berkshire 15/05/2020

 

Proza współczesna. Pismo literackie, wydawnictwo, sklep internetowy.

 

Marcin Czyż – Wiersze i prozę publikował w „Brumie”, „Nowej Wsi”, „Gazecie Lublin”, „Akcencie”, „Twórczości”, „Lampie” i „Wydawnictwie”. Laureat Lubelskich Koziołków Poetyckich. Przyjaciel UEFA Euro 2012 i literacki stypendysta MKiDzN 2012. Absolwent Filozofii UMCS i i Europejskiego Kolegium Polskich i Ukraińskich Uniwersytetów w Lublinie. Doktor nauk humanistycznych: Gra z historią w twórczości Andruchowycza (2015). Opublikował tom wierszy Smoczy uśmiech i ogon (2007) SPP Lublin. Urodzony w Tarnobrzegu w 1977r., od 2017 r., mieszka w Reading UK. Uczestniczy w Cafe’ Poets, Dreading Slum, Poetry in The Park. Ostatnio brał udział w projekcie Hight Street Heritage Action Zone organizowanym przez Historic England.

PODZIEL SIĘ

Do góry