Krytyka literacka. Poezja, proza, literatura współczesna. Pismo literackie i wydawnictwo.

Prawda nie zawsze jest życiu potrzebna
Z Tomaszem Ważnym rozmawia Joanna Pawlik

 
 

Joanna Pawlik: Jedyne życie rzeczywiście przeżyte to literatura – mówi jeden z proustowskich bohaterów. Ty również swoich bohaterów wikłasz w niezmiernie trudne wybory i sytuacje. Chciałeś przez to wyręczyć czytelnika i przeżyć za niego prawdziwe życie? Chciałeś, żeby poczuł, powiem więcej, żeby zrozumiał, czym ono naprawdę jest, czytając w Na kanwie?

Tomasz Ważny: Mam pewien kłopot z tym proustowskim zdaniem. Z jednej strony jestem świadomy fikcyjności literatury. Już pierwszy wyraz skreślony na pierwszej stronie dowolnego dzieła jest kłamstwem, ponieważ literatura, jak każda forma sztuki, może jedynie imitować życie, może próbować o nim opowiadać, ale nigdy nie jest nim naprawdę. Każde dzieło sztuki, naznaczone postacią autora, która przejawia się w takich pozornych drobnostkach, jak choćby sposób myślenia o rzeczach, rodzaj odczuwania, język spożytkowany dla tego myślenia i postrzegania, a nawet – w przypadku sztuk pięknych – preferencje kolorystyczne czy schorzenia dłoni wymuszające taki a nie inny sposób stawiania kreski, pozostaje być może bliskim rzeczywistości, ale jednak kłamstwem o niej. W najlepszym wypadku jest to jej interpretacja. Bardzo niechętnie reaguję na sformułowania typu: „to taka prawdziwa i szczera książka”. Z drugiej strony rozumiem, że tylko sztuka, w tym sztuka literacka, potrafi wydobyć z życia jego wielość, złożoność, smaki i detale niedostrzegalne dla człowieka w przebiegach codziennej egzystencji.

JP: Co zatem wynika z samego życia, skoro tyle może z niego wydobyć literatura?

TW: Ze zwykłości życia wynika – wybacz truizm – zwykłość życia, zawężone pole dla jego doświadczania. Czy człowiek uwikłany w codzienność zagłębia się w niuanse psychologiczne motywujące ludzi do określonego działania? Czy dostrzega wielowarstwowość ludzkiej natury? Chyba nieszczególnie, prawda? Nie przeżywa życia. Przeżywa zwykłość.

JP: W jaki sposób wobec tego do zwykłości odnosi się sama literatura?

TW: Literatura przygląda się rzeczywistości, w jakiś sposób relacjonuje, ale także widzi w niej to, co istnieje, a nie stanowi doświadczenia większości ludzi, albo inaczej – jest ich doświadczeniem nieuświadomionym. Dostrzega więc gesty, tony głosów, pozornie zwykłe odruchy, przeobrażając je w obrazy i postacie. Autor, nieco bardziej uwrażliwiony na detale, z poszerzoną zdolnością postrzegania, rozpoznaje w ludziach i ich rzeczywistości to, czego oni nigdy nie będą podejrzewali. Stąd można zaryzykować tezę, że literatura pozwala pełniej przeżyć życie i okalającą je rzeczywistość. Pozwala na prawdziwe jego przeżycie. Tutaj zamyka się ten konflikt, z którego wynika dla mnie kłopot związany ze wspomnianym przez ciebie zdaniem.

JP: Czyli de facto czytelnik dzięki wejściu w fikcję literacką osiąga jakiś wyższy poziom wtajemniczenia, przekładający się na głębsze doświadczenie życia?

TW: Gdyby książki opowiadały tylko o czymś, co stanowi podstawowe doświadczenie codzienności, i gdyby opowiadały w sposób pospolicie codzienny, sądzę, że nikt nie chciałby ich czytać. Kiedy spogląda się na życie sztuką, spogląda się na nie z szerzej otwartymi oczami. Dotyczy to zarówno autora jak i odbiorcy. Szerzej otwarte oczy to większa siła przeżywania. To się ze sobą rozsądnie łączy. Już nawet fakt, że literatura opowiada o bytach różnych i złożonych sprawia, że czytelnik życie może przeżywać pełniej, ale wcale nie całkiem w oderwaniu od własnego. Przecież, podążając za myślą z tego samego dzieła, z którego wybrałaś cytat, w codzienności żyjemy odwróceni od samych siebie. Dopiero sztuka pozwala nam przyjrzeć się sobie i innym z większą uwagą, ponieważ sama przygląda się nam skupiona i uważna.

JP: Kiedy doświadczamy tego najpełniej?

TW: Prawdziwości życia w rzeczywistości doświadczamy chyba tylko przed wkroczeniem w dorosłość. Nie sądzisz? Przygoda z dzieciństwem może być przyjemna, okrutna albo po prostu byle jaka, ale chyba wtedy jesteśmy najbardziej otwarci na przeżywanie wszystkiego. Jako dzieci, skacząc do kałuży, odczuwamy radość i chyba nawet rozumiemy, dlaczego. Kiedy robimy to w wieku późniejszym, zwykle jesteśmy nieco skrępowani, boimy się oskarżenia o niedojrzałość. Może zatem literatura, albo szerzej – sztuka, to po prostu dzieciństwo rzeczywistości?

JP: Czy zatem już w samym tytule Na kanwie zawiera się niejako twój zamysł twórczy? Kanwa to tło czegoś, podstawa dla innej rzeczywistości, odmiennego świata, niezależnej historii?

TW: Wszystko to, co tutaj powiedziałem, zawiera w sobie odpowiedź odnośnie moich intencji w pisaniu, a także względem czytelnika, z tym zastrzeżeniem, że nigdy nie miałbym w sobie na tyle buty, żeby chcieć przeżywać życie za niego lub żeby uznać, że rozumiem je bardziej niż on. Z pewnością jednak historie zawarte w zbiorze Na kanwie są próbą zbliżenia się do życia, do jego rozmaitych wymiarów. Już sam tytuł podpowiada odniesienie się do czegoś, ale jednocześnie stwarza wiele możliwości. Przecież opowieść może być snuta na kanwie rzeczywistości, wyobraźni autora, pomieszania jednego z drugim. W literaturze chyba wszystko dzieje się na jakiejś kanwie. Obserwowanie rzeczywistości, podsłuchiwanie jej, wydobywanie różnych niuansów i przekładanie tego wszystkiego na język opowieści jest takim dziecięcym skokiem w kałużę.

JP: Obserwacja i podsłuchiwanie świata służy ci do interioryzacji jego zewnętrznych treści. Na kanwie to wiele przenikających się cudzych historii, nietypowych postaci, ale też osobistych doświadczeń. Jak to się rozkłada proporcjonalnie? Jakie znaczenie ma, jeśli ma, w twojej pracy twórczej twoja biografia, osobista historia?

TW: Trudno to wyrazić w precyzyjnych proporcjach. Wydaje się, że nawet jeżeli autor szczególną uwagę przykłada do tego, żeby kształt i forma tekstu były jak najodleglejsze od naleciałości autobiograficznych, nigdy nie udaje się tego w pełni uniknąć. Elementy mojej własnej historii, moje doświadczenia, przenikają do opowiedzianych zdarzeń w sposób chyba uniwersalny dla procesu pisania: w materii tekstu, na którą składają się myśli bohaterów, ich spostrzeżenia, wypowiedziane słowa, reakcje na zdarzenia, które przed nimi odkrywa rzeczywistość. Nawet rzeczy tak proste, jak pewne nawyki postaci z literackiej opowieści, często mają swój pierwowzór w nawykach autora.

JP: Czyli sam autor jest niejako kluczem do drzwi, które normalnie pozostałyby zamknięte?

TW: Być może rzeczywiście jest tak, że autor jest samowystarczalny dla procesu budowania postaci. To, co obserwuje, w korelacji z tym, jaki jest, stanowi podstawowy budulec bohaterów. Ostatecznie jednak ważny jest przecież sam tekst, mniejsza o materiał, z którego powstał. Zawsze staram się jednak uważnie kontrolować ten przepływ „własnego” w „cudze”. Na kanwie z założenia miała być książką bardzo odległą od figury autora, podobnie jak to miało miejsce w Godzinie wychowawczej. Może jest to mój upór, żeby przynajmniej w pierwszych książkach autor i jego ego podrasowane biografizmem były obecne szczątkowo. Pewne procesy przebiegają jednak samoistnie i dopiero po lekturze gotowej książki autor odkrywa w niej liczne tropy samego siebie.

JP: Jak bardzo musiałeś być uporządkowany w swojej pracy nad książką, żeby móc pozwolić sobie na całkowite zgubienie czytelnika wielością postaci, wątków, rejestrów i tropów? Jaki jest twój przepis na dobrze napisaną książkę?

TW: Tak jak nie ośmieliłbym się stwierdzić, że rozumiem życie lepiej od czytelnika, tak nie umiałbym chyba uznać, że znam przepis na dobrze napisaną książkę. Mogę jedynie wskazać ważne dla mnie elementy w procesie pisania. Po pierwsze: porządek. Staram się dokładnie rozplanować całą historię, przebieg wydarzeń oraz możliwie szczegółowo zorganizować detale związane z prowadzeniem narracji, cech bohaterów, języka, którym będą się posługiwali. To początkowy etap. Raczej powszechna reguła. Notuję sobie starannie te wszystkie szczegóły, rozrysowuję parę map i wtedy – to po drugie – zwykle przechodzę do pomysłu na pierwszą i ostatnią scenę lub pierwszy i ostatni akapit. Dobrze mi ze świadomością, że wiem, odkąd dokąd zmierza tekst, a punkt wyjścia oraz cel istnieją nie tylko jako zamierzone działanie, ale jako zapisane słowa.

JP: A w jaki sposób ten proces twórczy wygląda technicznie? Piszesz od razu na komputerze czy raczej gęsim piórem na zwojach papirusa? (śmiech)

TW: Każdego dnia z pierwszym promieniem słońca wychodzę do świata, taszcząc płachty papirusu na plecach, a kiedy tylko przyjdzie mi do głowy jakiś pomysł lub poczynię znośne spostrzeżenie, przysiadam w wygodnym miejscu, zapalam kilka świec oraz kadzidła, wznoszę oczy ku niebu, po czym sięgam po gęsie pióro, które zawsze noszę w satynowej pochewce, i jeżeli uda mi się nie dźgnąć jego ostrzem w oko, kaligrafuję to, co właśnie zechciało się przywitać z moją wyobraźnią (śmiech). A  zupełnie poważnie:  pierwsze fragmenty zapisuję zawsze na papierze, potem zaczyna się kolejny etap. Zamyka się on w kilku powtarzalnych działaniach: pisanie, robienie notatek, skreślanie, spisywanie najistotniejszych, pojawiających się kolejno szczegółów lub elementów najważniejszych dla materii tekstu i opowieści, i coś, co jest chyba moją małą obsesją: ciągłe powracanie do zapisanych już fragmentów, czytanie ich na głos, poprawianie i odnoszenie do reszty tekstu. To powracanie jest trzecim z najistotniejszych elementów. Czytam to, co zapisałem, ciągle od nowa, docieram do świeżego fragmentu, dopisuję odrobinę i wracam. To się wydaje nie kończyć. Mam takie wrażenie, że wtedy rzeczywiście siedzę w tekście i nie pozwolę sobie na jakąś dużą nieuwagę, przynajmniej jeżeli chodzi o układ zdarzeń, punktów, pod które podczepiam pewne sygnały dla czytelnika. Ogólnie rzecz ujmując, to bardzo nużący proces, ale wciąga. W trakcie budowania tekstu jestem też bardziej niż zwykle wyczulony na świat zewnętrzny. Staram się z niego czerpać.

JP: Jesteś bardzo przywiązany do raz zapisanych detali, czy sztuka rezygnacji jest wartością w twoim warsztacie pisarskim?

TW: Często zdarza się, że fragmenty opowiadania, które wyglądały na zamknięte, całkowicie burzę i buduję je od podstaw, ponieważ wpadło mi w ucho zasłyszane zdanie albo jakiś obraz wydał się być bardzo dobrym uzupełnieniem opowieści. Detal, człowiek, dwa słowa. Cała reszta to praca fizyczna. Nie wiem jaki jest przepis na dobrze napisaną książkę, ale chyba mogę uznać, że bardzo ważną rolę odgrywa uwaga, tak względem tekstu, jak i wszystkiego, z czym wchodzę w interakcję podczas pracy nad nim.

JP: Mam przeczucie, że w Na kanwie to, kim jest człowiek, nie jest jednoznacznie określone. Człowieka zna się dobrze dopiero wtedy, kiedy wiadomo o nim więcej z tych rzeczy, o których inni nie mają pojęcia – w dialogu wewnętrznym przemawia do siebie twój bohater, inny zaś mówi, że niewiele jest warte życie człowieka nie posiadającego wyboru. Pokazujesz, że człowiek jest zdolny zarówno do największego dobra jak i niewyobrażalnych okrucieństw. Co należy wiedzieć o człowieku, żeby go prawdziwie poznać?

TW: Zaryzykuję stwierdzenie, że człowieka jednak nie można prawdziwie poznać. Nie do końca nawet  wiadomo, co to mogłoby oznaczać. Człowiek to jednak byt dalece autonomiczny, kiedy opuszcza świat i zostaje sam ze sobą, kiedy robi te wszystkie rzeczy, kiedy oddaje się tym wszystkim myślom, o których trzeba wiedzieć, żeby go trochę bardziej rozumieć. Czy córka człowieka czyniącego zło, regularnie obdarowywana przez niego podarunkami, czułością i przyjaźnią, a zatem oglądająca go na co dzień od strony dobra, może powiedzieć, że zna swojego ojca prawdziwie? Czy jego syn, otrzymujący w figurze protoplasty wzór pozytywnych cech męskich, które szczerze podziwia, może stwierdzić, że zna tego człowieka? Jeżeli rzeczywiście komuś zależy na tym, żeby zbliżyć się do możliwości pełniejszego poznania człowieka, powinien starać się zdobyć wszelką dostępną wiedzę o nim.

JP: I tyle?

TW: To i tak nie wystarczy, nie daje żadnej pewności, a w dalszej perspektywie staje się działaniem bezcelowym. Zawsze w palcach pozostaje tylko naskórek. Nie wiemy przecież, co robią ludzie, kiedy nikt na nich nie patrzy, a to bardzo często zachowania, podniety i namiętności, które są najbliżej prawdy o nich. Nawet prosty rozdział czynów od myśli nastręcza problemów poznawczych. Czy człowiek, który czyni dla nas jakieś dobro wymierne, ale w myślach życzy nam jak najgorzej, jest człowiekiem dobrym, czy złym? I jaki jest w takim kontekście stan naszej wiedzy o nim? Żaden, tak sądzę. Jeżeli dodać do tego tajemnice, ukrywane przed światem doświadczenia, w szczególności te złe, traumatyczne, pozostajemy zupełnie bezradni. W unormowanej rzeczywistości instynktownie wybieramy unormowane zachowania. Dopiero kiedy możemy nieco po swojemu zwariować, odkrywamy bardziej prawdziwą naturę własną.

JP: Działanie człowieka zatem jest zdeterminowane jakąś bliżej nieokreśloną siłą wyższą?

TW: Jeżeli chodzi o to, co determinuje działanie człowieka, to wydaje mi się, że czynników jest wiele, wiele jest zmiennych, jednak wszystkie sprowadzają się do pojęcia ludzkiej natury. Mechanizmy gry są stałe, jedynie scenografia podlega regularnej modyfikacji. Doszedł do tego konflikt natury z kulturą. W próbie okiełznania tej pierwszej, ta druga ją w dużej mierze zdeformowała. Niekiedy to dobrze, niekiedy wręcz przeciwnie. A cała ta poznawcza dychotomia – człowiek dobry, człowiek zły – nie przekonuje mnie i jest nieprzystająca do rzeczywistości. Uważam, że ogranicza koloryt człowieczej natury, paletę namiętności powodujących nią. Człowiek jest. To jedyna w miarę pewna rzecz. Liczebność czynników pchających go do działania jest imponująca, ale zawsze ma źródła w naturze. Rzeczywiście jednak, odnosząc się do jednego z przytoczonych przez ciebie fragmentów książki, możliwość bliższego poznania człowieka staje się bardziej realna, kiedy wiemy o nim to, co skrzętnie – z własnego wyboru lub z jego braku – przed światem ukrywa. Podążając tropem takiego założenia, niemal zawsze dotrzemy do uniwersalnego źródła, czyli dzieciństwa.

JP: Można powiedzieć, że chodzi o odkrycie najgłębszej prawdy o człowieku, zarazem dość kontrowersyjnie piszesz, przemawiając przez jednego z twoich bohaterów, że prawda nie zawsze jest życiu potrzebna. Nie do końca nawet wiadomo, co to jest. Kolejne rozdziały w Na kanwie budują większy wzór, dopowiadają się i tworzą wzajemnie dla siebie konteksty. Poszukujesz zatem prawdy, czy nie zależy ci na niej?

TW: W kontekście prawdy już dawno złożyłem broń. Nie poszukuję jej. Rzeczywiście, wydaje mi się, że nie jest aż tak ważna dla życia, nie jest też bardzo potrzebna. Życiu potrzebne jest życie, a temu ostatniemu potrzebni są ludzie. Tylko tyle. Jest tak wiele założeń i punktów wyjścia wobec pojęcia prawdy, że już samo to wskazuje na jej dalece abstrakcyjną naturę. Można by posłużyć się całkiem wygodnym sposobem pojmowania i stwierdzić, że prawda jest jedna, ale kiedy tę formułkę wypowiedzą trzy różne osoby, jaką mamy pewność, że pojmują ją w sposób jednakowy? Jeżeli nie, nie istnieje jedna prawda. Wybieramy ją sami dla siebie. Czymś innym jest prawda codzienna, związana ze współistnieniem międzyludzkim. Ona też nie jest bardzo ważna. Mówię to nie dlatego nawet, że takiego jestem zdania, mam jednak świadomość, że prawdy między ludźmi jest niewiele, a świat istnieje, oni sami żyją, lepiej lub gorzej, ale żyją, dzieją się rzeczy dobre i złe, niekiedy umiarkowane. Zatem prawda nie jest sprawą kluczową. Może być, jeżeli tak chcemy i potrafimy. A z tym poszukiwaniem jej w Na kanwie? Takiego poszukiwania w książce w ogóle nie ma. W tych historiach jest po prostu życie, nie ma ani momentu wyjścia, ani momentu dojścia do prawdy. Nie ma też procesu poszukiwania. Jest życie, życie potrzebuje ludzi. Oni tam są. Prawda nie jest bohaterką tej książki, tak jak i niespecjalnie jest bohaterką życia.

JP: A wybór formy opowiadania to symboliczne pozbycie się linearyzmu powieści, żeby dokładniej opisać tę złożoność natury ludzkiej i opowiedzieć wielowarstwowość życia?

TW: Złożoność natury ludzkiej wymyka się chyba pojmowaniu linearnemu, prawda? Wydaje mi się, że opowiadanie jest formą wymagającą większego skupienia, niż powieść. Zawsze znajduje się, tak bym powiedział, bliżej środka, nie może przemieścić się zbyt daleko od istoty spraw, o których próbuje opowiadać. Mniej w nim może umknąć uwadze czytelnika, a dla autora jest trochę bardziej dyscyplinującą formą. Rzeczywiście, dobrze się to łączy z wielowarstwowością życia. Ta ostatnia może być wręcz nie do objęcia w żywotności ludzkiego istnienia, ale kiedy o nim opowiadać w nieco bardziej skondensowanej niż powieść formie, udaje się, tak przypuszczam, naświetlić ją skuteczniej, może trochę bardziej wyraziście. Nie przesądzam. To jedynie wrażenie. Jest jeszcze inna przyczyna, dla której bliżej mi do opowiadania niż powieści. Najpewniej jest tak, że przy całej mojej niemożności narzucenia sobie rygorów regularnej pracy, opowiadanie jest jedyną formą prozatorską, którą potrafię zrealizować od początku do końca. Nie dałbym rady obcować z bohaterami jednej, jakkolwiek bogatej, opowieści zbyt długo. Znudziłbym się.

JP: Raczej z bohaterkami, rzeczywiście zmieniasz je jak rękawiczki (śmiech). Kobiecych postaci jest chyba więcej niż męskich, prawda? Ten rys kobiecy jest już wyraźnie uwypuklony w twojej debiutanckiej książce poetyckiej Godzina wychowawcza, w której wypowiadasz się poprzez metaforyczny głos kobiety, deklarujesz nawet, że zazdrościsz kobietom przewagi mówienia, odczuwania oraz patrzenia na siebie z wyższych pięter niż mężczyźni, w Na kanwie jednak dajesz im prawdziwie popalić, bo albo umierają, albo cierpią, w najlepszym wypadku wariują, w każdym razie nad tym rozgrywaniem się kobiecych postaci ciąży prawdziwe fatum, determinujące skutki ich działań do jednego tylko, zgubnego kierunku. Co się stało?

TW: Życie się stało (śmiech). Ono jakby ze swojej natury jest zgubnym kierunkiem. Postać kobiety rzeczywiście wydaje mi się nieść ze sobą większe możliwości, jeżeli chodzi o podejmowanie prób poznawczych względem rzeczywistości. Mężczyźni są po prostu nudni i prymitywni. To oczywiście uogólnienie, jednak motywacje, które powodują kobietami, są ciekawsze i bardziej złożone. To co faktyczne, częściej w kobiecie spotyka się z tym, co emocjonalne. W Godzinie wychowawczej większa część tekstów jest próbą realizacji tego przekonania. Nie jest jednak tak, że w tej książce kobietom jest trochę lżej niż w Na kanwie. Podmiot mówi tam przecież głosami kobiet po doświadczeniu obozu koncentracyjnego, głosem matek, które straciły dziecko. Wspomnę tylko o tych. Nie nazwiemy tego lekkim losem, prawda? Ale Na kanwie również mężczyznom nie odpuszcza. Płeć doświadczanego człowieka jest w tych opowiadaniach mniej istotna. Niemal każda pojawiająca się w nich postać dźwiga jakiś ciężar: doświadczenia, pamięci, wiedzy, uwikłania, niemożności działania, ubezwłasnowolnienia, tajemnicy. Nie ma tutaj radosnej pieśni opiewającej zalety wolnej woli. W tę ostatnią dalece się w tych opowiadaniach powątpiewa. One manifestują raczej niewiarę w „sprawczość” człowieka, w jego zdolność, czy choćby obiektywną możliwość kreowania rzeczywistości. Nie chodzi o nihilizm, ale dostrzeżenie tej wielopłaszczyznowej niewykonalności woli. Każdy bohater tak dalece zależy od czegoś poza sobą, że bajanie o woli człowieka wydaje się być groteskowym głupstwem. Decydującą rolę w tych losach odgrywa pewne uwikłanie, bo tak naprawdę z uwikłania bierze się przeznaczenie człowieka, jest nim zdeterminowane. Intencjonalność ma w obiektywnej rzeczywistości znaczenie drugorzędne. Rzeczywiste życie zwykle kpi sobie z tych bzdur. I tyle. Zatem tak naprawdę to nie ja dopiekam swoim bohaterkom i bohaterom. Robi to za mnie coś innego, ktoś inny, już oni sobie czynią to sami z wzajemnością. Ja tylko notuję (śmiech). Zbieram poszlaki.

JP: Nikt inny jednak nie wypełnia za ciebie szuflad czy tam folderów wciąż nowym materiałem. To przecież już druga wydana książka w tym roku, a z wiarygodnych źródeł wiem, że masz materiał na co najmniej pięć książek poetyckich i ze trzy prozatorskie! (śmiech). Jesteś prawdziwym pisarskim tytanem pracy! Czym nas, jako czytelników, zamierzasz zaskoczyć w przyszłym roku?

TW: Ach, miejskie legendy! To nieprawda z tymi szufladami. Miałem w nich tylko większą część Godziny wychowawczej oraz zbiór kilku opowiadań, z których pięć weszło do zbioru Na kanwie. Obecnie szuflady są puste, jeżeli nie liczyć książki poetyckiej, chyba w większej części przygotowanej do pracy redakcyjnej. Mogę się jednak mylić. Jest jeszcze trochę materiału na następny zbiór form krótkich. Odnośnie pomysłów na powieści, to istnieją zarysy, owszem, ale na samą myśl o pracy nad czymś wymagającym tak ogromnej samodyscypliny jak powieść czuję dojmujące zniechęcenie! Nie jestem tytanem pracy. Jestem okropnym leniem i bardzo mi z tym dobrze. Ponadto dwie książki w ciągu jednego roku to norma wyrobiona na trzy, nawet cztery lata, choć znam ludzi będących odmiennego zdania. Muszę też przyznać, że ponieważ przez ostatnie lata pisałem stosunkowo regularnie, choć w ogóle nie publikowałem, pisanie znużyło mnie. Wydaje mi się, że już bardzo nie chce mi się tego robić. Poza tym tyle się ciągle gdzieś czegoś pisze, tyle się wydaje! Brak jednej czy dwóch powieści naprawdę nie zrobi różnicy, za to czas, który musiałbym poświęcić na ich napisanie, mogę spożytkować na tyle pięknych, bezowocnych czynności! Już samo to, że można zrobić tak wiele obficie bezowocnych rzeczy, jest bardzo pocieszające. Zwłaszcza w dzisiejszych czasach, gdzie wszystko musi być takie owocne, a człowiek taki produktywny. A fe! Ale dobrze, uznajmy, że materiału wymagającego pracy posiadam na jedną książkę poetycką i jeden zbiór opowiadań.

JP: Chyba się przed nami czytelnikami trochę krygujesz. Może rzeczywiście brak jednej czy dwóch powieści nie robi różnicy, jeśli to przeciętna literatura. A twoja bynajmniej przeciętną nie jest! Zatem tobie życzę niegasnącego zapału, a nam, czytelnikom cierpliwości w oczekiwaniu na twoje kolejne perełki literackie! Bardzo ci dziękuję za wywiad.

TW: I ja dziękuję tobie za wysiłek włożony w tę rozmowę.

 

Tomasz Ważny poeta

Tomasz Ważny

Poeta i prozaik urodzony w 1979 roku. Mieszka w Jeleniej Górze. Publikował w czasopismach literackich takich jak Odra, Akcent, Kresy, Pro Libris. W roku 2006 został finalistą organizowanego przez Biuro Literackie projektu Połów dla autorów przed debiutem książkowym. Zwieńczeniem tego przedsięwzięcia była publikacja arkusza poetyckiego Różne rodzaje w 2007 roku. W roku 2019, nakładem wydawnictwa j, ukazała się jego książka poetycka Godzina wychowawcza, będąca pełnoprawnym debiutem autora. W tym samym roku ukazała się debiutancka książka prozatorska Ważnego – zbiór opowiadań (mikropowieści) Na kanwie (wydawnictwo j, Wrocław).

Joanna Pawlik

Muzykolog, wiolonczelistka, maratonka, absolwentka Studiów Literacko-Artystycznych na Uniwersytecie Jagiellońskim. Nominowana do nagrody głównej XXIV Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. Jacka Bierezina 2018 za projekt tomu Alikwoty. Tom ukazał się w 2019 nakładem wydawnictwa j. Autorka mieszka i pracuje w Żywcu

Krytyka literacka. Poezja, proza, literatura współczesna. Pismo literackie i wydawnictwo.

PODZIEL SIĘ

Do góry