Tadeusz Pióro rozmawia z MArcinem Baranem i Marcinem Sendeckim.

Zupełnie poważnie –
Tadeusz Pióro rozmawia z
Marcinem Baranem oraz Marcinem Sendeckim o „Końcu wakacji”.

Każde z tych pytań zadaję z pełną powagą

 

Tadeusz Pióro: Czy poszczególne tercyny są autorstwa wspólnego czy indywidualnego?

Marcin Sendecki: Nie zamierzamy ujawniać detali pracy nad tekstem.
Marcin Baran: Ja to nawet miałbym ochotę coś ujawnić – żeby się pochwalić, jak to wszystko sprytnie i z polotem wymyśliliśmy – ale bez nadmiernego szczególarstwa. Zatem z grubsza rzecz biorąc: czasem mieliśmy do dyspozycji tylko jeden wers, a czasem jeden ze współautorów mógł się rozpędzić na dłuższym dystansie. Rachunkowo rzecz biorąc, każdy z nas jest autorem 50% objętości tekstu. Oprócz pisania pierwotnego nastąpiła też praca nad gotowym już tekstem, a wtedy każdy z nas zajmował się, czy precyzyjniej rzecz ujmując: mógł się zajmować całością tekstu.

TP: Czy były jakiekolwiek ustalenia wstępne (na przykład – długość utworu; zakazy lub nakazy w rodzaju tych oulipijskich, rdzeń tematyczny bądź inna zasada organizacyjna pozaformalna)?

Marcin Sendecki: Li tylko tercynowość, jak sądzę.
Marcin Baran: Tak, to że wszystko włożymy w tercyny, tośmy sobie założyli. I jeśli dobrze pamiętam, to po ułożeniu kilku, a może kilkunastu tercyn, doszliśmy do wniosku, że dystans 333 linijek będzie w sam raz dla tego, co nam się pisze. Natomiast w tej chwili pozwolę sobie na odrobinę psychologizmu: z mojej przynajmniej strony ważną podstawą prekonstrukcyjną było całkowite zaufanie do poetyckiego gustu Marcina jako poety i krytyka połączone z radością wspólnego pisania, radością czerpania energii przy pisaniu z tego, co wymyśli współautor. Po prostu komfort pisania, rzecz rzadko doświadczana.
Marcin Sendecki: I mogę tylko powtórzyć wszystko powyższe, jak za panem bratem. Właśnie tak.

TP: Czy tytuł jest aleatoryczny, czy znaczący w określony sposób?

Marcin Sendecki: Zdecydowanie niealeatoryczny. Znaczący, w określony sposób.
Marcin Baran: Tak, miło jest łupnąć tak symboliczny, zmysłowy, przechodzony tytuł pod parasolem rzeczy napisanej grupowo.

TP: Czy warto zaglądać pod powierzchnię poematu?

Marcin Sendecki: Nie.
Marcin Baran: W znaczeniu, że jest tam więcej niż tylko ten wierzchni splot porąbanych obrazów? Jasne że warto. Choćby po to, by okazać w ten sposób szacunek autorom. I może nawet znaleźć tam, „pod powierzchnią”, to wszystko, co tam udało się upchać, świadomie i nieświadomie. A o czym pozwalaliśmy sobie śnić tylko w najśmielszych, niezbyt częstych snach.
Marcin Sendecki: Po namyśle: nie zrozumiałem pytania.

TP: Czy pisanie sprawiało wam czystą, niczym niezmąconą przyjemność, wprawiało w radosny nastrój, umożliwiając – mimo wielu sceptycznych, a nawet gorzkich konstatacji – dyskretną afirmację triumfu ludzkiego ducha w obliczu codziennych przeciwności i historycznych katastrof?

Marcin Sendecki: Zaiste, a teraz rączki do góry!
Marcin Baran: Tak, tak, tak! I jeszcze po wielekroć tak! To znaczy sprawiało, a nie, że rączki do góry. Z tym że przyjemność ta jest (była) jak narkotyk – im dalej w las, tym większe dawki są potrzebne. Myślimy więc nad czymś w rodzaju tetralogii, pentateuchu, no, czegoś dłuższego po prostu.

TP: Czego, waszym zdaniem, mówić o tym utworze nie wypada?

Marcin Sendecki: Przekonamy się. Albo i nie.
Marcin Baran: Ale komu? Autorom? Im wypada niewiele, bo za dużo wiedzą, choć jest to wiedza specyficzna i niekoniecznie przydatna do czegokolwiek. Całej reszcie – wypada wszystko. No, prawie wszystko.

PODZIEL SIĘ

Do góry